Baltica 2023
Kraje bałtyckie,
choć bliskie, nigdy nie były brane pod uwagę w naszych wyprawach. Ani to
kierunek na zimę – bo nie ma gór, ani na lato – bo nie ma ciepłego morza.
Zaczęło się tak naprawdę od Finlandii – Ania chciała pojechać do kraju, gdzie
przez cały dzień jest ciemno, a przy okazji zaznać piękna fińskiego domu w
lesie, z sauną: tzw. mökki. Wyprawa do
Finlandii jednak ostatecznie się nie złożyła ze względów czasowo-finansowych i
na arenę wróciły państwa bałtyckie.
Nieco
skomplikowana była logistyka, bo na pierwszy tydzień Milunia
pojechała na obóz snowboardowy na Chopok. Ostatecznie
stanęło na tym, że dotrze do Łodzi, z Łodzi do Warszawy, przenocuje u Jasia,
ten dostarczy ją na lotnisko – a stamtąd przyleci do Tallina, skąd odbierzemy
ją my, przedtem docierając samochodem do Estonii.
Zaczęło się więc
od Tallina, który nie jest może szczególnie okazały, ale daje się lubić. Na
szczycie wzgórza znajduje się średniowieczne, hanzeatyckie miasto. W czasach
sowieckich stolica Estońskiej SSR, od 1991 roku – niepodległej Estonii. Dziś
przede wszystkim nowoczesna metropolia, technologiczny hub północy. I jak na
nowoczesne miasto przystało, jest tam wszystko co trzeba – w szczególności
centra handlowe i food courty z dużym wyborem
pyszności ze wszystkich stron świata.
Tallin ma swój
urok, o czym przekonaliśmy się kolejnego dnia. Miasto otoczone jest
średniowiecznymi murami, w których wyróżniają się tzw. Gruba Gośka (dawne
więzienie miejskie, dziś studencki hostel) oraz Kiek
in de Kök, której nazwa to temat mnóstwa
nieprzystojnych żartów. Tymczasem etymologia jest niewinna – po prostu była tak
wysoka, że obrońcy mogli zajrzeć (kiek) do
kuchni (kök) tallińskich mieszczek. Oprócz
tego jest ratusz, kilka przyjemnych zaułków – i piękna brama. Kamienica będąca
siedzibą Bractwa Czarnogłowych, hanzeatyckiej organizacji kupców i żeglarzy. I
dużo śladów, że Tallin to jedno z najbardziej cyfrowych miast świata.
Dzień po
przylocie Miluni popłynęliśmy promem do Helsinek.
Dworzec promowy przypomina trochę lotnisko – choć rano był całkowicie pusty.
Prom MyStar to prawdziwa perła; bardziej przypomina
luksusowy hotel niż środek transportu. Ponieważ wykupiliśmy rejs ze śniadaniem,
od razu poszliśmy do kantyny, urządzonej po skandynawsku, ale ze smakiem. Wybór
dań nie był może spektakularny, ale na pewno każdy znalazł coś dla siebie. Na
ośmiu pokładach są także kabiny, pub z ogrodem zimowym (przeszklony zimą,
odsłonięty latem), największy sklep wolnocłowy jaki widzieliśmy, kącik dla
dzieci, business lounge
i wszystko, czego dusza zapragnie. Prom płynie w absolutnej ciszy – nie czuć
nawet wibracji. Dopiero kiedy wstał świt dojrzeliśmy, jak szybko suniemy po
tafli Zatoki Fińskiej.
Dwie godziny morskiej
podróży w komforcie, żeby nie powiedzieć luksusie, minęły nam jak z bicza
strzelił i wylądowaliśmy w Helsinkach. To ciekawe, nowoczesne miasto – choć na
ludzką miarę. Po mieście poruszaliśmy się tramwajem, ale – prawdę mówiąc –
centrum nie jest szczególnie duże, więc nogi były w zupełności wystarczające.
Zobaczyliśmy więc Sobór Uspieński, pamiątkę po
próbach zamiany Finów z luteranów na prawosławnych oraz omnik
cara Aleksandra na Placu Senatorskim, nad którym góruje tzw. biały kościół –
czyli protestancka katedra. W okolicznych sklepikach można kupić tak przydatne
rzeczy jak suszone mięso renifera, kubki z Muminkami, skóra bobra albo olejki
do sauny. Zimowy entourage wygnał nas następnie do zabytkowej hali targowej,
dzisiaj przerobionej na stylowe miejsce, gdzie zjedliśmy lokalne smakołyki i
popiliśmy bodaj najdroższą podczas całego pobytu kawą. Następnym naszym
przystankiem był kościół Temppeliaukio, wykuty w
skale w latach 60-tych, słynny ze swojego unikatowego designu. Resztę zimowego
popołudnia spędziliśmy na spacerach w okolicach dworca w stylu art nouveau,
ze słynnymi figurami latarników. Niestety palmiarnia w ogrodzie botanicznym
była nieczynna, czynna była za to prawdziwie kosmiczna toaleta uliczna, która
stanowiła technologiczne wyzwanie dla nas, a dla lokalnych taksówkarzy –
miejsce szybkich przystanków pomiędzy jednym kursem a drugim. Nie wątpię, że
dane na temat naszego sikania zostały zapisane w chmurze i poddane drobiazgowym
analizom na podstawie wysublimowanych algorytmów big data i zasiliły modele sztucznej inteligencji.
W pamięci pozostał nam widok na fińską piaskownicę – zabawki rozrzucone w
śniegu.
Powrót do Tallina
na pokładzie tego samego, luksusowego promu był nieomal taką samą
przyjemnością. Tyle że tym razem jedliśmy szwedzkie klopsiki köttbullar (w Finlandii zwane lihapullat)
i sałatki.