Bieszczady 2005
Podróż popoślubna 3-10 września 2005-09-11
Początek całej historii to pierwsza połowa 90-tych lat kiedy w jakimś artykule przeczytaliśmy o pensjonacie rodziny Ostrowskich w Wetlinie. W rzeczywistości, w której podstawowym kryterium wyboru była niska cena, państwo Ostrowscy wybudowali w najbardziej oddalonej od cywilizacji wsi w Bieszczadach pensjonat „Leśny Dwór” - najbardziej luksusowy w promieniu 100 km. We wrześniu 1995 roku, wzięliśmy ślub i zaraz potem pojechaliśmy w naszą podróż poślubną właśnie do państwa Ostrowskich w Bieszczady. W 10 lat później postanowiliśmy powtórzyć tę wyprawę.
„Tu w dolinach wstaje mgłą wilgotny dzień
Szczyty ogniem płoną stoki kryje cień...”
Trudno powiedzieć, czego pragnęliśmy bardziej – czy odrobiny czasu dla siebie; czy powrotu do wspomnień sprzed 10 lat; czy też po prostu gór, za którymi tak już oboje tęskniliśmy. Pewnie wszystkiego po trochu. Nie przerażała nas perspektywa zostawienia dwójki dzieci pod opieką Rodziców (którym w tym momencie należą się stokrotne podziękowania i brawa), osiemsetkilometrowej podróży na drugi koniec Polski, łażenia po górach bez żadnego przygotowania kondycyjnego... nic a nic.
Bieszczady przywitały nas piękną pogodą, która miała trwać przez całe 6 dni naszego pobytu. Kalendarzowa wczesna jesień bardziej przypominała lato w pełni – temperatury rzadko spadały poniżej 20 stopni w dzień, w zasadzie cały czas świeciło słońce, nie padało ani raz (powtarzam: w Bieszczadach nie padało!). No, słowem, lepszych warunków nie mogliśmy sobie wymarzyć. Jednocześnie był to wrzesień, a więc z gór wymiotło już „turystyczną stonkę”, czyli niedzielnych turystów. Nie ma też harcerzy, za to sporo było studentów. Samochód na obcej rejestracji widzieliśmy bodaj jeden, co wyraźnie kontrastuje z innymi rejonami Polski (np. Pomorzem), gdzie obcokrajowców widuje się stosunkowo często.
Dom Państwa Ostrowskich niewiele się zmienił – nawet pokój i widok z okna był taki sam, tylko dzieci im podrosły, a w księgach pamiątkowych przybyło wpisów. Także sami Ostrowscy zmienili się niewiele albo wcale – pani Grażyna jest nadal ujmująco miła i bezpośrednia, pan Piotr, nie bez racji przezywany Pietrek Psiakrew, nadal jest oryginałem, jakich niewielu w miejscu nawet tak obfitującym w rogate dusze jak Bieszczady. Wokół przybyło bardzo wiele hoteli, pensjonatów i gospodarstw agroturystycznych, ale „Leśny Dwór” – choć oficjalnie posiada 3 gwiazdki, a standard pokoi, który 10 lat temu mógł być uważany za wysoki, dziś jest po prostu zwyczajny – nadal cieszy się dużą popularnością. Oprócz nas było jeszcze kilka podobnych par (jedna z dzieckiem), a także sporo osób starszych, dobrze po 40-tce. Jednak chyba nikt nie ganiał po górach tak jak my.
Wyraźnie natomiast zmieniły się Bieszczady. Są to zmiany ewidentnie na korzyść. A więc po pierwsze, namnożyło się miejsc turystycznych – noclegów w każdym standardzie (od baz namiotowych po luksusowe pensjonaty i hotele), ale nadal góry nie są przytłoczone „masą” – może poza Polańczykiem. Zdecydowanie podwyższył się standard barów, restauracji i miejsc noclegowych; właściciele prześcigają się w pomysłach na zwabienie turystów, a w wielu miejscach pojawiły się galerie, gdzie można kupić pamiątki i sztukę stylizowaną na ludową. Praktycznie znikł transport publiczny w Bieszczadach, PKS-y jeżdżą sporadycznie, ale ich miejsce zajęły busy oraz prywatne samochody turystów – chętnie zabierających autostopowiczów. Liczne drogowskazy wskazują stadniny konia huculskiego. Widać, że turysta bieszczadzki Anno Domini 2005 w stosunku do turysty sprzed 10 lat zrobił się zasobniejszy, bardziej wymagający, szuka często turystyki kwalifikowanej i bardziej ceni swój czas.
Pierwszego dnia nie byliśmy pewni jeszcze naszych możliwości, nadwyrężonych – jak sądziliśmy – wieloletnim biurowo-domowym życiem. Dlatego wybraliśmy spokojną trasę – z przełęczy Wyżnianskiej na Połoninę Caryńską i zejście zielonym szlakiem do Koliby na Przysłupie i dalej do Bereżków. Podejście na Caryńską nie zrobiło na nas większego wrażenia – było jeszcze wcześnie, a więc upał nie dawał się tak we znaki, zresztą po drodze pojawiły się pierwsze jagody. Po zejściu z głównego, czerwonego szlaku zobaczyliśmy jak naprawdę wyglądają Bieszczady. Przez około godzinę spotkaliśmy tylko jednego pana z psem (psów nie wolno wprowadzać do lasu). W Kolibie zaprzyjaźnił się z Anią kotek i napiliśmy się zasłużonej herbatki z cytryną. W Bereżkach stopa łapaliśmy może 2 minuty – nieomal natychmiast zatrzymali się mili państwo i podwieźli nas do samego samochodu, przy okazji udzielając mnóstwa cennych rad. Ten dzień utwierdził nas w przekonaniu, że nie jest z nami jeszcze tak całkiem źle i któregoś dnia damy sobie w kość.
Wieczór tego dnia spędziliśmy w Cisnej, w knajpie pod charakterystyczna nazwą „U Trolli” albo „Troll” (już nie pamiętamy) – ale rzeźby mówią same za siebie.
Jednak drugiego dnia postanowiliśmy pójść w rejony mniej uczęszczane, tj. nad San. Po przejeździe dziurawą jak fiks drogą między Berehami a Dwernikiem przez Nasiczne i odwiedzeniu ładnego, nastrojowego kościółka w Dwerniku oraz cerkwi w Chmielu, zaparkowaliśmy w Zatwarnicy. Najpierw asfaltową, a potem żwirową drogą doszliśmy do miejsca opisanego jako „miejsce po cerkwi”. Niestety, żadnego miejsca po cerkwi nie udało się nam znaleźć wśród metrowych chaszczów, mimo posiadania dokładnej mapy i GPS-a. Ale to dopiero był początek naszych przygód krajoznawczych. Otóż na mapie widniała ścieżka wzdłuż potoku. Rzeczywiście, przez jakieś 20 metrów widoczna była ścieżka. Potem zeszła do potoku i tutaj zanikła. Dalsza droga przypadała nam trochę korytem potoku, a trochę przez różne dziwne miejsca. Np. w pewnym momencie wyszliśmy na... coś na kształt indiańskiego tipi skleconego z tyczek i resztki jachtu; w innym – na foliowy namiot. Domyślamy się, że to prowizoryczne mieszkania smolarzy albo innych niebieskich ptaków, które znalazły sobie przystań w głuszy.
Ścieżka miała nas doprowadzić do ruin młyna w Hulskiem. Po około 500 metrach przedzierania się przez chaszcze wyszliśmy niedaleko domostwa, do którego nie prowadziła żadna bita droga (toteż w obejściu pasł się wyłącznie koń, żadnych samochodów). Po ponownym trawersie potoku wyszliśmy na gliniastą drogę, która doprowadziła nas do ujścia potoku Hulskie do Sanu. Była tam tablica z napisem „Ruiny młyna Hulskie” tylko... żadnych ruin nie było!
Nad Sanem czekała na nas nagroda – piękne słońce i cudowna atmosfera. Cicho potok gada, na na na na, gwarzy pośród skał – tak właśnie tam wyglądało. Powygrzewaliśmy się, zjedliśmy prowianty i niemałym trudem przeprawiliśmy się na drugą stronę. Przy wyższym stanie wody nie byłoby to możliwe – progi skalne sprawiały, że nurt był bardzo wartki i tylko odrobinę więcej wody zwalałoby człowieka z nóg. Potem widokową drogą powędrowaliśmy w kierunku Zatwarnicy, z niewielkim przystankiem na sielskiej łączce nad Sanem.
Tego dnia zaliczyliśmy także nieudaną wycieczkę do Ustrzyk Dolnych i Leska. Nieudaną bo – uwaga! – w obu tych miejscowościach wszystko jest czynne do godziny 17-tej.
Marzyliśmy o całodziennej, intensywnej wycieczce. Ania znalazła ciekawy szlak – z Przełęczy Wyżniańskiej na Wielką Rawkę, a potem wzdłuż granicy, przez Kremenaros do Wetliny. W sumie wyglądało na jakieś 11 godzin marszu i nawet Pietrek Psiakrew próbował nas zniechęcić do pierwszej wersji tej wyprawy, tj. wejścia z Wetliny przez Dział Rawki. Nie złamał nas jednak, choć za jego radą skróciliśmy wyprawę – niepotrzebnie, jak się okazało.
Z Przełęczy Wyżniańskiej droga wiedzie rozłożystą halą w kierunku bacówki PTTK pod Rawką. Mimo poranka była pełna ludzi, wyraźnie pozostających na noc w tym niedużym schronisku. A więc jeszcze duch traperski nie zginął, póki my żyjemy! Od schroniska droga wiodła mocno w górę, aż do samej połoniny na Rawkach. Piękne widoki na grupę Tarnicy i połoninę Caryńską kazały się nam zatrzymać na szczycie. Potem przeszliśmy ku spotkaniu trzech granic, na Krzemieniec, zwany powszechniej Kremenarosem. Na szczycie był słup z napisami z trzech stron – ukraińskim, słowackim i polskim.
Warto dodać, ze ukraińsko-polska granica, mimo że jest zewnętrzną granicą Unii, jest niespecjalnie pilnowana. Za to na rozstajach dróg w Cisnej. Komańczy i Czarnej stoją patrole Straży Granicznej i kontrolują wyjeżdżających z Bieszczadów. Raz nas skontrolowali – niby byli bardzo mili, ale dokładnie obejrzeli wnętrze samochodu („muszę zobaczyć tę Multiplę z bliska...”) i sprawdzili starannie wszystkie dokumenty.
Wróćmy jednak na nasze pasmo graniczne. Ta droga upłynęła nam pod znakiem runa leśnego. Najpierw maliny dosłownie wchodziły nam w ręce. Duże, soczyste owoce wisiały tuż przy ścieżce i po prostu grzech byłoby ich nie wziąć. Potem znaleźliśmy jagody – rosły na wyciągnięcie ręki i nie omieszkaliśmy osłodzić sobie drogi. Na sam koniec na dużej polanie znaleźliśmy jeżyny – jeszcze nie wszystkie były dojrzałe, ale zdarzały się czarne, słodkie i soczyste owoce. Ponieważ większość szlaku szła wprost nad doliną Moczarnego, gdzie jest rezerwat ścisły i mieszkają niedźwiedzie, stale zastanawialiśmy się, czy nie objadamy przypadkiem jakiegoś misia z zapasów, które planował zgromadzić na zimę.
Długi i w sumie nieciekawy szlak graniczny (praktycznie cały czas lasem) wynagrodził nam widok z Rabiej Skały na słowacką stronę. Z niewielkiego urwiska widać szeroką dolinę, całą praktycznie objętą rezerwatem. Na mapie łączy się ona z rezerwatem Moczarne, co sprawia, że dzikie zwierzęta mają ładne kilkadziesiąt kilometrów kwadratowych matecznika, gdzie mogą być nie niepokojone przez ludzi.
Ostatnie dwie godziny to zejście do Wetliny przez Jawornik – długie i dość strome. Z jednej strony było męczące, z drugiej – cieszyliśmy się, że nie musimy tędy podchodzić. Mimo zrobienia tego dnia prawie 30 km po górach, zdążyliśmy jeszcze na wieczorną saunę :) – czym zaimponowaliśmy nawet Pietrkowi Psiakrew.
Czwarty dzień miał być nieco luźniejszy – wybraliśmy się więc na pobliski Smerek z Wetliny. Można powiedzieć, że tego dnia spotkaliśmy tłum ludzi – na Przełęczy Orłowicza można było naliczyć nawet 8 osób (!!!). Zejście czarnym szlakiem, na granicy lasu, a potem „końską ścieżką” (liczne ślady podków i, niestety, kupy) obfitowało w ciekawe miejsca oraz interesujące okazy flory, np. grzyby, huby, itd. Po około godzinie od zejścia na czarny szlak w kierunku bacówki „Jaworzec” czekała nas niemiła niespodzianka. Otóż droga, którą prowadził szlak, była kompletnie, totalnie rozjeżdżona przez ciągniki do zrywki drewna. W środku – błoto po kolana, po bokach – maliny i pokrzywy po pas. Naprawdę, momentami bardzo kluczyliśmy po lesie; potem droga była trochę bardziej sucha, ale i tak nie wyobrażamy sobie, jak tamtędy się poruszają ludzie po deszczu.
W bacówce „Jaworzec” prowadzący ją goście opowiedzieli trochę o życiu poza sezonem. Mieszkają w niej cały, okrągły rok; drogi są nieprzejezdne od listopada do późnego marca i wtedy wszystko trzeba nosić na barkach. Natomiast zawsze „wylizana” (jak to określili) jest obwodnica bieszczadzka. Pługi docierają do każdego domu, w którym jest dziecko chodzące do szkoły – nawet jeśli oznacza to odśnieżanie kilku kilometrów drogi do Berehów Górnych, gdzie jest jeden dom.
Tego dnia wybraliśmy się jeszcze na samochodową wycieczkę krajoznawczą. Odwiedziliśmy cerkwie – najpierw piękną, starą cerkiew w Komańczy – niegdyś grekokatolicką, aktualnie prawosławną. Opowiadał nam trochę o niej starszy pan, który stróżował. Mówił, jak to komuniści chcieli ją rozebrać i przenieść do skansenu do Sanoka, na co lokalna społeczność nie chciała pozwolić. Jeździli więc do Warszawy, aby cerkiew uznano za zabytek – na co w pełni zasługuje swoją architekturą zewnętrzną i wspaniałym ikonostasem. W końcu cerkiew udało się ocalić, jednak przeszła we władanie parafii prawosławnej – co jednak nikomu za bardzo nie przeszkadza, bo liturgia jest taka sama, tylko papieża się w niej nie wspomina (tak objaśnił nam nasz przewodnik, sam - grekokatolik). Opowiadałby pewnie więcej i dłużej, gdyby nie zawołał go mały chłopiec; zwróciliśmy uwagę, że zwraca się do niego per ‘dida’.
W Turzańsku cerkiew była niestety zamknięta, ale jej banie z daleka świeciły się w zachodzącym słońcu. Mieliśmy chwilę by przespacerować się po pobliskim cmentarzyku; widać sporo nowych grobów pisanych cyrylicą. Najbardziej charakterystycznym znakiem pogranicza były dwa groby obok siebie: jeden rzymskokatolicki, drugi grekokatolicki; jeden pisany po polsku, drugi po ukrańsku; jeden z krzyżem prostym, drugi łamanym... tylko nazwiska, daty urodzenia i śmierci były zbliżone. Może to bracia? Może za życia jeden do drugiego miał pretensję o odstępstwo od wiary ojców i dopiero śmierć ich pogodziła?
Generalnie, sporo czytaliśmy o historii Bieszczadów. Przez wieki żyli sobie tu ludzie, w zgodzie z sobą nawzajem i prawami boskimi oraz ludzkimi. Typowy spis z roku 1921 z wsi bieszczadzkiej wygląda tak: 54 chałupy, 391 mieszkańców, z czego 340 grekokatlolików, 12 rzymskich katolików i reszta wyznania mojżeszowego. Proporcje zresztą bywały różne, miasta administracyjne, jak Sanok, miały większość mieszkańców katolików (Polaków), zaś grody handlowe, jak Lesko czy Lutowiska – silną społeczność żydowską.
Charakterystyczna jest historia braci Balów, panów na Hoczwi, którzy pod koniec XVI wieku przeszli na kalwinizm. Kiedy jednak odebrali wiernym cerkiew, przerobili ją na zbór i zaczęli nawracać chłopów – miarka się przebrała. O sprawie dowiedział się król Zygmunt August, który wydał specjalny edykt. Czytamy w nim z grubsza, że bracia Balowie mogą sobie wyznawać co im się podoba, bo to Rzeczpospolita, ale w żadnym razie nie wolno im wtrącać się do życia religijnego kmieci w należących do nich wsiach. Tak pisał król polski! W tym czasie w Anglii i Szkocji palono czarownice na stosach, we Francji miały miejsce trzy kolejne wojny religijne i wreszcie Noc św. Bartłomieja (1572). Jeszcze wiele lat później obowiązuje zasada cuius regio eius religio – a tu w Rzeczpospolitej piszą, że wara szlachcicowi od duszy jego chłopa!
Świat ten skończył się w 1947 roku, kiedy Ludowe Wojsko Polskie przyjechało wysiedlać Łemków i Bojków na ziemie północne i zachodnie, a kto nie chciał, temu stryczek albo kula w łeb. Palono wioski, wysadzano w powietrze cerkwie, a jedyną winą tych ludzi było, że mówili po ukraińsku nie po polsku. Mimo to, przez skórę i w powietrzu jakoś czuje się ten świat; szemrze o nim bieszczadzka trawa i zawodzi wiatr na połoninie.
Jak w tej piosence Andrzeja Wierzbickiego:
„W rozstrzelanej chacie
Rozpaliłem ogień
Z rozwalonych pieców
Pieśni wyniosłem węgle
(...)
Będę malował od nowa
Wioski w dolinie
Święty Mikołaju
Opowiedz jak tu było
Jakie pieśni śpiewano
Gdzie się pasły konie
A on nie chce gadać
Ze mną po polsku
Z wypalonych źrenic
Tylko deszcze płyną
(...)”
Tego dnia znowu zachciało nam się dziczy. Zaparkowaliśmy samochód na leśnej drodze niedaleko miejscowości Rabe k. Baligrodu. Po zobaczeniu rezerwatu „Gołoborze w Rabe” (taki sobie) poszliśmy w kierunku Chryszczatej. Masyw jest duży, ale dziki i zwodniczy. Szlaki – oprócz głównego, czerwonego i oprócz tych, które wiodą drogami – są pozarastane i słabo widoczne. Gdyby nie dobra mapa, orientacja w terenie i GPS moglibyśmy się zgubić. Dopiero wyjście na szczyt Chryszczatej doprowadziło nas do szerokiej, oznaczonej czerwonym szlakiem drogi, wiodącej głównym grzbietem. Tuż za przełęczą Żebrak czekała na nas największa niespodzianka tego dnia i chyba całego pobytu.
Najpierw myśleliśmy, że to niedźwiedź. Na szczęście stał odwrócony tyłem i zobaczyliśmy majtający się na boki ogon, taki jak u konia. Przez sekundę myśleliśmy, że to koń, ale konie nie mają rogów i grzywy. To był najprawdziwszy żubr żyjący dziko w górach. Zobaczył nas po chwili i przez moment przyglądaliśmy się sobie. Po upewnieniu się, że nie jest to samica z młodym, spokojnym i pewnym krokiem przeszliśmy obok niego, wywołując umiarkowane zainteresowanie. Widać było, że człowiek nie jest dla niego całkiem nowym stworzeniem – był raczej niespeszony, a na szyi miał grubą, plastikową obrożę (podejrzewamy, że z nadajnikiem pozwalającym śledzić szlaki wędrówki). Przeszedłszy zrobiliśmy jeszcze kilka fotek, mniej lub bardziej udanych. Wtedy żubr najwyraźniej lekko się zirytował, albo postanowił się z nami bliżej zaprzyjaźnić – w każdym razie zaczął wolno iść w naszym kierunku. Tego było dla nas trochę za wiele i dość szybko, choć bez biegu ani innych nerwowych ruchów, oddaliliśmy się z tego miejsca.
Po zejściu z Jawornego wróciliśmy do samochodu, orientując się, że mimo zamiaru spędzenia „spokojnego dnia” zrobiliśmy ponad 27 km. W sklepie w Lesku kupiliśmy po puszce piwa – oczywiście „Żubra”. Od tego wieczora nawet Pietrek Psiakrew patrzył na nas z większą atencją :)
Następny dzień minął nam na spacerach i wycieczce do Polańczyka, którego atmosfera raczej kontrastuje z Bieszczadami: deptak, gry elektroniczne, knajpy, beemwice robiące łup-łup-łup, a w nich kolesie ze złotymi łańcuchami i ich niunie w koszulkach kończących się dobrze nad pępkiem i spodniach zaczyniających 20 cm poniżej niego. Słowem, kurort. Zjedliśmy (z niemałym trudem) ogromny obiad w knapie „U konia” i wróciliśmy do Wetliny – po drodze zahaczając o Lesko.
Następnego dnia mieliśmy wracać, ale postanowiliśmy jeszcze zafundować sobie coś na deser. O 4.30 wstaliśmy i zaparkowawszy na Przełęczy Wyżnianskiej poszliśmy szybkim marszem w kierunku schroniska „Chatka Puchatka”. Przyszliśmy idealnie – słońce akurat wynurzało się znad rzadkich chmur tuż nad horyzontem. Choć wiał silny, zimny wiatr, wytrzymaliśmy dobre pół godziny – góry oświetlane powoli, zacienione doliny, jakby fale czarnego morza – wszystko to wyglądało zbyt niesamowicie by przejmować się zimnem i żadne zdjęcia nie są w stanie oddać uroku bieszczadzkiego wschodu słońca. Kiedy płomienny świt zszedł w doliny, wróciliśmy do samochodu, by po ostatnim śniadaniu i kawie w pensjonacie odjechać do domu.
Bieszczady pożegnały nas strofami Jerzego Harasymowicza z pomnika ku czci poety:
W górach jest wszystko co kocham
Wszystkie wiersze są w bukach
Zawsze kiedy tam wracam
Biorą mnie klony za wnuka