Bułgaria 2002
Od dawna chcieliśmy pojechać do Bułgarii. Szykowaliśmy się już w ubiegłym roku (2001), ale w końcu zdecydowaliśmy się na Chorwację. Decyzję ostatecznie podjęliśmy zimą, kiedy okazało się, że znaleźliśmy w Internecie stronę o ciekawym pensjonacie w miejscowości Obzor.
Nasza wiedza o Bułgarii była bardzo fragmentaryczna i pełna tzw. obiegowych opinii. Ponieważ tylko Kuba był w tym kraju, i to bardzo dawno temu (74 i 75 rok), nie mieliśmy też żadnych aktualnych wspomnień. Sądziliśmy, że Bułgaria to kraj ładnych plaż i ciepłego morza, ale dość biedny i zaniedbany, gdzie bezpieczeństwo pozostawia wiele do życzenia, standard wypoczynku jest niski, ale równie niskie ceny to rekompensują. Większość rzeczy okazała się nieprawdą.
Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, czy będziemy jechać przez Rumunię czy przez Jugosławię. Teoretycznie do Jugosławii potrzebujemy wizy i w ambasadzie przysięgają, że bez wiz nie wjedziemy. Wizy kosztują 66 dolarów za osobę dorosłą i 33 za dziecko. Z zasady jednak zwykliśmy wierzyć bardziej wierzyć niezależnym podróżnikom niż „czynnikom oficjalnym”, a niezależni podróżnicy pisali, że można przejechać przez Jugosławię, tylko trzeba na granicy wykupić „propustnicę” za 7 euro.
Ale od początku. Tradycyjnie, startowaliśmy z Opola. Przez Pietrowice, Opavę i Fulnek dojechaliśmy do Trenčina, gdzie zaczyna się słowacka autostrada. Stamtąd do Bratysławy, a kawałek za Bratysławą wjechaliśmy na teren Węgier.
Węgry to w ogóle ciekawy kraj. Ładny krajobrazowo, dobre drogi i miasta jak z obrazka. Są tylko dwa problemy: droga benzyna i język. Naprawdę nic nie da się zrozumieć. Jedzie się ulicą, widzi człowiek szyld z rybą i napisem np. Füldösz Számolskek – i nie wiadomo, czy chodzi o sklep rybny, wędkarski, smażalnię czy może hotel „Pod Srebrnym Pstrągiem”. W każdym razie, wieczorem dotarliśmy do Szegedu, gdzie na kempingu o zabójczej nazwie Szeged-Kiskundorozsma Sziksósfürdő rozbiliśmy się na jedną noc. Polecamy w szczególności węgierskie piwo Arany Aszok, za to zdecydowanie nie polecamy autostrady Budapeszt-Szeged – jest jej raptem 100 km, a kosztuje prawie 10 euro!
Następnego ranka czekało nas mało przyjemne doświadczenie, jakim jest jugosłowiańska granica. To doprawdy granica dwóch światów – Europy (tej biedniejszej, ale zawsze Europy) oraz Bałkanów. Na granicy celnik odbiera paszporty, każe zaparkować i przyjść po „propustnicę”. Trzeba pójść do państwowego biura podróży Putni, kupić za 7 euro (na paszport) jakiś świstek, a potem ze świstkiem w ręku ustawić się w kolejce do stołu. Przy stole siedzi pięciu policjantów: Jeden wypisuje propustnice, drugi zapisuje dane z paszportu w ogromnej księdze, a trzech pozostałych wesoło rozmawia i pali papierosy. W tym czasie Ania i Jaś zostali w samochodzie, gdzie co chwilę podchodziły cygańskie dzieci żebrząc o jakieś pieniądze.
Po odzyskaniu naszych paszportów z propustnicami usiłowaliśmy wymienić pieniądze. Na granicy jest ze trzydzieści zaniedbanych budek z napisem Bank, ale o godzinie 7.00 czynna była jedna, do której ustawiła się ogromna kolejka.
Droga przez Jugosławię, na mapie zaznaczona jako bądź to autostrada, bądź to droga ekspresowa, jest bardzo różna. Przyzwoitą drogą ekspresową (jednopasmową, choć szeroką) jest na początku. Potem robi się coraz węższa i dziurawa, przed Belgradem osiągając standard niższy niż większość polskich dróg krajowych (choć nadal pozostaje płatna; cały przejazd „autostradami” przez Jugosławię kosztuje 32 euro, oczywiście oprócz 7 euro/paszport za propustnicę). Miłą odmianą jest tylko przejazd nad doliną Dunaju – jest tam naprawdę pięknie, a widoki z wysokiego i długiego mostu zapierają dech w piersiach.
Belgrad prezentuje się okropnie. Trudno w to uwierzyć, ale jest to miasto brzydsze nawet od Warszawy. Przejeżdżając przez rozsypujące się osiedla, pośród rozklekotanych i smrodzących samochodów nie mogliśmy uwierzyć, że jedziemy przez kraj, który jeszcze 12 lat temu był dużo bogatszy od Polski. Mieliśmy refleksję, że tak pewnie wyglądałaby Polska, gdyby Rakowski z Wilczkiem dostali od społeczeństwa mandat w wyborach w 1989 roku. Za Belgradem zatrzymaliśmy się na chwilę, bo Kuba zrobił się bardzo głodny. Przydrożny bar wyglądał strasznie: jedna kuchenka mikrofalowa, pełno much i porozrzucanych śmieci, ogólny smród. Uciekliśmy stamtąd czym prędzej i ładną autostradą Belgrad – Niš pojechaliśmy dalej.
Za Nišem krajobraz się zmienia. Wjeżdżamy w góry, a kawałek za miastem droga robi się naprawdę emocjonująca. Widoki są naprawdę wspaniałe, choć niestety, kierowca nie może uczestniczyć w ich podziwianiu. Szosa idzie przylepiona do skały, często wchodzi w tunele, jest wąska i ciągną nią tiry. Po wyjeździe z tego kanionu spotkała nas śmieszna przygoda. Machnął na nas policjant – a trzeba wiedzieć, że w Jugosławii jest pełno policji i łapią przekraczających prędkość przy każdej okazji. Gdy się zatrzymaliśmy, powiedział radośnie „Zdrastwujtie druzja!” i poprosił, żeby go podwieźć 20 km do sąsiedniej wioski. Akurat Ania siedziała z tyłu z Jasiem, więc mieliśmy miejsce. Po drodze rozpamiętywaliśmy tradycyjną przyjaźń polsko-serbską, ani słowem nie wspominając o niedawnych nalotach.
Granica bułgarsko-jugosłowiańska w Kalotinie nie jest może piękna, ale za to Bułgaria od razu przedstawia się jako przyjazny kraj. Pierwszy Bułgar przywitał nas miłym: „Polska! Dżeńdobry!”. Bułgarzy skasowali nas łącznie na 45 dolarów (przede wszystkim opłata za drogi), ale wszystko odbyło się szybko i sprawnie, nie było żadnych kolejek, a wszyscy byli bardzo mili. Druga miła niespodzianka spotkała nas w Sofii – na stacji Shella byli bardzo mili benzyniarze i nie było żadnych kłopotów z płaceniem kartą. Już tam zresztą poznaliśmy bułgarskie ceny (bezołowiowa 2.70 zł za litr), które potem cieszyły nas przez cały pobyt.
Za Sofią pojechaliśmy w stronę Warny, gdzie jest najpiękniejsza autostrada jaką kiedykolwiek widzieliśmy. Nowiutka, śliczna i równiutka, prowadzi przez malownicze, obłe góry pokryte lasami świerkowymi. Na przemian po estakadach i w tunelach, cały czas lekko w dół (Sofia jest najwyżej położoną stolicą Europy, ponad 500 m n.p.m.), droga wiedzie cały czas na wschód. Wraz ze zmianą wysokości zmienia się klimat – miejsce roślinności stepowej i górskiej, dominującej w okolicach Sofii, zajmują lasy liściaste i pola uprawne. Po około 100 km autostrada się kończy i dalej prowadzi zwykła droga. Początkowo zresztą jest bardzo kiepska, ale potem się poprawia. Generalnie, wbrew słyszanym przez nas opowieściom, drogom w Bułgarii można zarzucić niewiele. Są szerokie i w miarę równe, wokół miast porobione są obwodnice, a ruch jest mały. Jedyne, co irytuje, to iście bałkański temperament bułgarskich kierowców (choć po pewnym czasie człowiek się przyzwyczaja) oraz paskudny obyczaj włączania świateł kiedy jest już całkiem ciemno.
Krajobraz Bułgarii jest bardzo urozmaicony; ciekawe jest też, że ludzie mieszkają w sporych skupiskach – nie ma np. domków oddalonych od wsi i zagubionych gdzieś w dolinie. Długie, często dwudziestokilometrowe odcinki między miejscowościami to tereny całkowicie bezludne.
W naszych planach podróży przeoczyliśmy fakt, że w Bułgarii jest inna strefa czasowa – o godzinę później niż w Polsce. Rzeczywiście, jest to solidny kawał na wschód, co miało tę przykrą konsekwencję, że dzień skończył się nam półtorej godziny wcześniej niż planowaliśmy. W całkowitej ciemności dotarliśmy do Warny, a potem wjechaliśmy na główną drogę wzdłuż wybrzeża. Po ciemku w Bułgarii jeździ się kiepsko, głównie ze względu na to, że na drogach – skądinąd, jak pisaliśmy, szerokich i równych – często brakuje białych linii i słupków.
Do Obzoru dotarliśmy około 22-giej czasu bułgarskiego, czyli 21-szej naszego. Mieliśmy pecha, bo akurat było wyłączenie prądu w Obzorze. Kiedy jednak zatrzymaliśmy się w środku ciemnego, choć nadal gwarnego o tej porze miasteczka, od razu podszedł do nas Bułgar i zapytał, czy czegoś szukamy. Warto w tym miejscu powiedzieć, że ze strony Bułgarów zawsze spotykała nas życzliwość i uczynność. Począwszy od granicy, poprzez stacje benzynową i szukanie pensjonatu w Obzorze, aż po przygodę w knajpie. Działo się to niedaleko za Sofią, gdzie zatrzymaliśmy się na chwilę. Chcieliśmy bardzo pić, zamówiliśmy sobie kawę, colę i wodę mineralną, ale nie mieliśmy jeszcze bułgarskich lewów. Chcieliśmy zapłacić w euro, ale właścicielka lokalu powiedziała, że nie może wziąć od nas innych pieniędzy niż lewy. Sytuacja wydawała się nierozwiązywalna, ale w mig pojawił się młody Bułgar, który zaoferował, że wymieni nam 10 euro, a jeżeli trzeba, to zapłaci za nas. Oczywiście wymieniliśmy, jak się okazało, bo bardzo korzystnym dla nas i niekorzystnym dla Bułgara kursie 2 lewy za 1 euro (później wymienialiśmy około 1.91).
Obzor jest wielkości naszego Pobierowa lub Rowów i znajduje się w pół drogi między Warną a Burgas. Ta malownicza mieścina położona jest na zboczach wzgórza dość stromo schodzących w kierunku morza. Podobno ma specyficzny mikroklimat – dzięki bliskości gór nawet a najbardziej upalny dzień powietrze chłodzi lekka bryza.
Obzor to nieczęsty w Bułgarii przykład miejscowości nie zdewastowanej przez wysokie hotele i cała infrastrukturę robioną pod turystykę zorganizowaną. Liczne pensjonaty i nieliczne nieduże hoteliki zapełniają przede wszystkim Bułgarzy, na ulicach słychać także rosyjski, ukraiński i polski, czasami można zobaczyć samochód na niemieckich lub włoskich numerach. Samo miasteczko jest niebrzydkie, ma ładną fontannę, odnowioną cerkiew i zadbany park. Pełno jest oczywiście restauracji, sklepików i straganów z plażową tandetą, jak to w nadmorskiej miejscowości. Na rynku kwitnie życie, a poczesne miejsce zajmuje motor policyjny z rotacyjnym kierowcą.
W mieście było wszystko, co być powinno – sklepy spożywcze, gdzie co rano Kuba robił zakupy (śniadania robiliśmy we własnym zakresie), sklepiki przemysłowe typu szwarc mydło i powidło, kantory wymiany walut, dwa oddziały banków, poczta. Były nawet dwie kawiarenki internetowe. Oczywiście najważniejsza jest niezliczona liczba restauracji, knajpek, pizzerii, dyskotek, itd. Prawie w każdej restauracji gra muzyka, a że Bułgarzy lubią się bawić do później nocy, osoby mające lekki sen powinny zabrać stopery. Bułgarzy, w odróżnieniu od Włochów czy Chorwatów, nie uznają sjesty. Otwierają swoje sklepiki o siódmej rano i pracują mniej więcej do dwudziestej, bez przerwy około południa.
W pensjonacie mieszkaliśmy na ostatnim piętrze, gdzie znajdują się cztery dwuosobowe pokoje. Taras był dzielony na dwa pokoje, ale praktycznie przez cały pobyt pozostawał do naszego wyłącznego użytku. Na piętrze znajdowały się dwie łazienki (prysznic, muszla i umywalka), więc nie było problemu dostępności albo higieny. Jedyny zgrzyt mieliśmy, kiedy na naszym piętrze pojawili się Rosjanie. Pewnego dnia zorientowaliśmy, że w łazience coś śmierdzi. Krótkie śledztwo dowiodło, że Rosjanie – rosyjskim zwyczajem – zużyty papier wyrzucają do kosza zamiast do muszli. Interwencja u Pepy (właścicielki) spowodowała, że korzystali już z ubikacji „po europejsku”. Za nocleg płaciliśmy 3$ za osobę za noc, przy czym Jaś (4 lata) nie płacił.
Osobny temat to restauracja przy pensjonacie. Jest pięknie położona, na trzech poziomach, pod rozłożystym orzechem i obok dawnej studni. Ponieważ wielu (jeżeli nie większość) gości to Polacy, istnieje także menu po polsku. Jedna z kelnerek, Petia, bardzo dobrze mówi w naszym języku, a druga, Milena, szybko się uczy. Jedzenie jest dobre i tanie – trudno cokolwiek polecić z karty, bo wszystko jest naprawdę pyszne. Do wszystkiego warto wziąć sałatkę szopską, obficie posypaną słonym i aromatycznym żółtym serem. Obiad na dwie osoby plus coś dla Jasia kosztował nas zwykle w okolicach 30-40 złotych. Ponieważ jadaliśmy tam praktycznie co wieczór, raz na jakiś czas dawaliśmy Petii pięćdziesiąt lewa i prosiliśmy ją o pilnowanie rachunków. Kontrolowaliśmy ją pobieżnie i raczej nie obserwowaliśmy nieścisłości. Co wieczór w restauracji grała też muzyka na żywo; łysy jak kolano Bułgar grał na klawiszach standardy bułgarskie, międzynarodowe (np. Blue Eyes albo Lambada) czy polskie. Generalnie, atmosfera była fajna i fakt, że nie chodziliśmy do innych lokali (tylko raz czy dwa) nie był wcale spowodowany naszym lenistwem ani wymuszony przez fakt pobytu w tym pensjonacie. W Studenym Kladenecu było po prostu najfajniej.
Sama plaża w Obzorze zrobiła na nas złe wrażenie. Była zatłoczona i dość wąska, choć raczej czysta. Czym prędzej z niej uciekliśmy. Jechaliśmy nie więcej niż dwa kilometry za Obzor, na początku na kemping Czajka, a potem do miejsca zwanego Raj i rzeczywiście tak wyglądającego. Parkowaliśmy samochód i szliśmy na „nasze” miejsce na plaży.
Praktycznie od pierwszego dnia pobytu zaprzyjaźniliśmy się z parą Bułgarów. Miro i Julia z Szumenu przyjechali tylko na tydzień. Dzień w dzień ktoś z nas przynosił na plażę jakieś specjały (arbuza, ciastka, melona, itd.), którymi równo się dzieliliśmy. Całymi godzinami gadaliśmy, graliśmy w jakieś gry na plaży, wspólnie bawiliśmy się albo po prostu kąpaliśmy się. Jaś zapamiętale łowił kraby i pływał, a że przez parę dni wiał solidny wiatr, szybko trzeba było go ubrać. Ze dwa czy trzy dni fale były naprawdę duże i wtedy mieliśmy dodatkową zabawę. Raz zakopaliśmy Jasia i bardzo mu się to podobało, do momentu gdy nie zorientował się, że nie może wyjść i wtedy się popłakał.
Warto poświęcić trochę miejsca obyczajom plażowym. Bułgarski klimat skłania raczej do wylegiwania i kąpieli się niż spacerów i choć nie brak spacerujących. Wiele osób zbiera muszle, których morze wyrzuca bardzo dużo. Nikt jednak nikomu się nie narzuca, po plażach nie chodzą też żadni handlarze. Panuje wielka tolerancja w kwestii ubioru. W Obzorze dominują pełne stroje kąpielowe, ale gdzie indziej nie jest to regułą. W Ałbenie, do której pojechaliśmy pewnego dnia, większość kobiet plażuje w stringach i topless. Przy zejściu z kempingu Czajka obozowała para młodych ludzi, którzy w ogóle nie zakładali na siebie nic. Niedaleko od zejścia w pełnej zgodzie plażowały już osoby przeróżnie poubierane, a grupki golasów spacerujące brzegiem nie wzbudzały większej sensacji.
Zaletą posiadania samochodu jest to, że na miejscu można robić sobie wycieczki. Przede wszystkim wybraliśmy się do dwóch zabytkowych miast na wybrzeżu. Sozopoł i Nessebyr znajdują się na południe od Obzoru, w okolicach Burgas. Sozopoł położony jest na skalistym cyplu, który otacza galeria spacerowa z mnóstwem malowniczych knajpek. Nieco powyżej znajdują się elegantsze lokale, w których można na chwilę spocząć przy sałatce szopskiej i wodzie mineralnej.
Z drugiej strony półwyspu wybrzeże jest dziksze, za to widoki piękniejsze. Sozopoł to jednak przede wszystkim miasto bardzo malowniczych, tradycyjnych domów. Na uliczkach jest gwarno i tłoczno, ale sympatycznie. Wystarczy zejść trochę w bok aby poczuć trochę bałkańskiej egzotyki wśród zielonych ogrodów przydomowych, wdów rozprawiających o czymś z zapałem w wąskich, cienistych przejściach oraz wszędobylskich kotów-dachowców.
Nessebyr ma trochę inny charakter, więcej jest kamiennych zabytków z czasów greckich i bizantyjskich. Miasto ma za to duży, ładny plac i świetnie zachowane mury obronne. Można w nim znaleźć wiele ładnych zaułków, w których omalże słychać jeszcze głosy kupców handlujących w basenie Pontus Euxinus. Zresztą, miasteczko znajduje się na obrzeżach wielkiego kurortu, jakim jest Słoneczny Brzeg (Słynczew Briag) i niestety negatywnie wpływa to na ruch w Nessebyrze. Podobało nam się tam, ale nie tak bardzo jak w Sozopolu.
Trzecią wycieczkę zrobiliśmy sobie do delfinarium w Warnie. Show z delfinami jest bardzo fajny, choć cena biletów (16 lewa osoba dorosła, 10 dziecko) odbiega od bułgarskiego standardu. Trzeba jednak pamiętać, że przedstawienia odbywają się jedynie o 11.00, 14.00 oraz 15.30. Tego samego dnia odwiedziliśmy kurort Ałbena na północ od Warny, jedną z pereł socjalizmu lat siedemdziesiątych. Dziś jest gruntownie odrestaurowany, Niemcy pobudowali nowe hotele, na plaży są rzędy równych leżaków i parasoli, piasek jest sprzątany, a co 100 metrów znajdują się budki z ratownikami mówiącymi po niemiecku i angielsku. Po ulicach jeżdżą kabriolety i bryczki, pełno jest hałaśliwej młodzieży, a restauracje reklamują się swojskim: „Wilkommen! Bulgarische Küche!”. Całość raczej przygnębiająca dla takich turystów jak my, szukających raczej ciszy i spokoju niż dresiarskich uciech. Natomiast dość ciekawy jest dojazd do Ałbeny od strony Warny – domy pobudowano tam na stromych stokach, wiatry rozmyły ziemię i wszystko się obsunęło. Dziś przy drodze straszą ruiny i wygląda to jak wojenne zniszczenia w Chorwacji.
Z żalem zostawialiśmy Bułgarię. Wracaliśmy inną drogą, przez Płowdiw. Pejzaże równie urozmaicone, choć właśnie pod Płowdiwem na horyzoncie widać potężne góry, takie jak nasze Tatry. Bułgaria podobno jest wspaniałym rejonem do uprawiania turystyki górskiej i speleologii. Niestety, nie mieliśmy okazji odwiedzić najważniejszego zabytku tego kraju, Riłskiego Manastyru w górach Riła. Na granicy jugosłowiańskiej byliśmy około południa i był to niestety pewien problem.
Trzeba wiedzieć, że granica bułgarsko-jugosłowiańska to prawdziwa brama Unii Europejskiej. Są tam Turcy z Niemiec, Turcy z Belgii, Turcy z Holandii, Turcy ze Szwecji, Turcy z Luksemburga, Turcy ze Szwajcarii, Turcy z Austrii oraz Turcy z Francji. Brakuje chyba tylko Turków z Turcji - od razu widać, że Turcja nie jest jeszcze w UE. Każdy Turek ma piątkę Turczątek, a każde Turczątko ma paszport, więc i dla każdego trzeba wydać propustnicę. Wokół stołu, przy którym pracują policjanci, stoi więc rozemocjonowana gromada Turków gadających z sobą w języku Unii Europejskiej (to jest po turecku). Raz na dwie minuty jugosłowiański policjant wypisze propustnicę i mówi np.: „Izmail Budruk!” - a tłum powtarza: „Izmail Budruk! Budruk Izmail!” - i w falującym tłumie zaczyna się przepychać jeden z Turków, po czym odbiera siedem paszportów swojej rodziny, sprawdza czy są wszystkie propustnice i z powrotem przepycha się w kierunku mercedesa (wszyscy Turcy mają mercedesy), którym odjeżdża do domu w jakimś Essen albo innym Amsterdamie.
Biali są traktowani szczególnie. Kiedy policjant jugosłowiański wykrzykuje: „Johann Schmidt!” - to tłum Turków faluje powtarzając niczym głuchy telefon „Joha Szmed!”, „Hoha Smed!” „Hasa Med!” „Hassan Ahmed!” „Ahmed Hassan!” - a ponieważ żadnego Hassana Ahmeda nie ma, a biedny Johann Schmidt nie usłyszał, że jego wołano, paszport zawisa w próżni. I powędrowałby na kupę, na której Schmidt mógłby go nigdy nie znaleźć, ale jugosłowiańscy policjanci to paskudni rasiści i białych traktują inaczej. Policmajster pracowicie szuka Johanna, a w międzyczasie wyławia ze stosów paszportów te egzotyczne - np. słowackie, włoskie, a także polskie - i w cudowny sposób przekłada je do kolejki bez kolejki. Dzięki temu obrzydliwemu rasizmowi Jugosłowian my na granicy bułgarsko-jugosłowiańskiej spędziliśmy jedynie dwie i pół godziny, a nie np. sześć, jak większość wspomnianych wcześniej Zachodnich Europejczyków spod Stambułu. Ale może się okazać już wkrótce, że Jugosłowianie zaniechali tych haniebnych, dyskryminujących praktyk i dlatego następnym razem jedziemy przez Rumunię.
Granica węgierska to znowu granica innego świata. Kolejki też są, ale po pierwsze przesuwają się w deterministyczny sposób, a po węgierskiej stronie jest miła pani, która na powitanie się uśmiecha, jest ubrana w lśniąca, białą bluzkę i siedzi w czystym kantorku. Szybko trzeba się też odzwyczaić od bałkańskich obyczajów drogowych (np. traktowanie znaku STOP lub ciągłej linii jako informacji, a nie obowiązku), bo Węgrzy to dżentelmeni na drodze.
Przede wszystkim, odradzamy zakup przewodnika Pascala. Jest fatalny, nawet jak na niski poziom generalnie reprezentowany przez przewodniki Pascala. W Bułgarii nie jest niebezpiecznie, nie mieliśmy ani jednej sytuacji, gdy czulibyśmy się jakoś zagrożeni. Mrożące krew w żyłach historie przedstawiane osobom wyjeżdżającym do zamkniętych kurortów o rzekomych kradzieżach i napadach zapewne mają na celu skłonienie turystów do nie wychodzenia poza teren ośrodka, w którym ceny są trzykrotnie wyższe niż poza nim.
Jeżeli coś radzimy zabrać do Bułgarii, to kilka silnych żarówek. Bułgarskie wybrzeże, wymarłe przez większość roku, ściąga setki tysięcy turystów latem. Pojawia się wtedy kryzys energetyczny i zdarzają się wyłączenia prądu. Właściciele pensjonatów dają w związku z tym bardzo słabe żarówki do pokojów (np. 40 watów) i trudno przy czymś takim normalnie żyć, nie wspominając o czytaniu.
Klimat, przynajmniej tam gdzie my byliśmy, jest raczej łagodny. Parę razy nawiedziły nas solidne burze; jedna nawet mocno nas zmoczyła. Generalnie jednak pogoda była dobra, choć bywało, że wiał chłodny wiatr z północy. Długie spodnie ani długi rękaw raczej się nie przydadzą, nawet wieczorem można było chodzić w krótkich spodniach czy sukienkach.
Nie ma problemów z higieną, które są powszechne np. w niedalekiej Turcji i znane pod nazwą „zemsta sułtana” (trzy dni spędzone w toalecie). Oczywiście pod każdą szerokością geograficzną konieczne jest mycie owoców przed spożyciem i picie jedynie przegotowanej lub mineralnej (butelkowanej) wody.
Nie sposób nie wspomnieć o bułgarskich specjałach kulinarnych. Kraj ten, na styku kultur, przez wieki znajdował się pod różnymi wpływami. W kuchni bułgarskiej łączy się kuchnia węgierska, rosyjska, grecka i oczywiście turecka. Zamiast pracowicie opisywać poszczególne dania, polecamy strony poświęcone bułgarskim specjałom. Dodamy tylko, że każdego dnia próbowaliśmy innej potrawy i każda z nich od nowa nas zaskakiwała. Każdy Polak zna chyba znakomite bułgarskie wina, polecamy również mocne rakije, a także bardzo przyzwoite piwa (Burgasko, Kamenica).