Bułgaria i Stambuł 2013
W 2003 roku spędziliśmy z naszymi znajomymi – Dorotką i Irkiem – bardzo udane wakacje na Krecie. W 10 lat później postanowliśmy powtórzyć wspólny wyjazd. Warunków było kilka: ma być ciepło, ma być apartament, ma być odpowiednia plaża i musimy zmieścić się w założonym budżecie. I tak stanęło na Bułgarii, a konkretnie na jej południowych rubieżach. Znaleźliśmy dwa apartamenty w Sinemorcu (przedostatnia miejscowość przed turecką granicą) i ruszyliśmy. Tym razem pojechaliśmy bez dużych, nastoletnich dzieci, które wybrały wypoczynek bez „starych”.
Nasza podróż na dobre zaczęła się w Krakowie, gdzie dotarliśmy w zasadzie niezależnie – Kuba po tygodniowej delegacji, Ania nocnym pociągiem z Gdańska, a Milunia z Bukowiny Tatrzańskiej. Ruszyliśmy wcześnie rano – przez Podbeskidzie, Słowację i Węgry, rumuńską granicę przekraczając niedaleko Debreczyna. Pierwszy nocleg mieliśmy w Caransebeş w hotelu Armand– którego wystrój balansował między Ludwikiem XIV a ornamentyką współczesnych pałacy cygańskich, jakich sporo widać po drodze. Potem ruszyliśmy na południe przez Karpaty Południowe, gdzie czekał nas wyjątkowy widok – tzw. Karpackie Morze, czyli zbiornik zaporowy Żelaznych Wrót. To wspólne rumuńsko-jugosłowiańskie przedsięwzięcie zakończone zostało w 1972 i jest dziś jednym z najbardziej spektakularnych jezior zaporowych w Europie. Położone wśród gór, wygląda rzeczywiście jak małe morze.
Stamtąd nasza droga powiodła w stronę nowego mostu Calafat-Vidin, otwartego zaledwie miesiąc przed naszym przejazdem. Nowy, piękny most wantowy oraz kawałek autostrady i linii kolejowej łączą Rumunię z Bułgarią na wysokości Sofii i stanowią element bardzo wygodnej drogi nad Morze Czarne. Można tam szybko dotrzeć nie jadąc przez rumuńskie góry ani przez Serbię. Cena przejazdu – ok. 30 złotych – jest dość wysoka, ale chyba i tak niższa niż wcześniej kursujący na tej trasie prom.
W Bułgarii jest spokojniej niż w Rumunii, trochę biedniej, ale jest też zdecydowanie mniejszy ruch. Nasza trasa wiodła przez góry w okolice bardzo malowniczo położonego u stóp wapiennego masywu miasta Wraca, a potem w kierunku Sofii. Najwyżej położona europejska stolica powitała nas remontami dróg, dużym ruchem. Następnie pojechaliśmy nową w większości autostradą z Sofii w stronę Burgas – jej ostatni odcinek nie był uwidoczniony nawet na skądinąd bardzo aktualnej Automapie.
Generalnie, tę trasę trzeba uznać za wygodną. Od Preszowa do Debreczyna jedzie się w zasadzie autostradą, kolejny kawałek autostrady jest od Aradu za Timişoarę, przejazd przez Karpaty odbywa się dobrą drogą krajową. Zmorę naszego wyjazdu sprzed pięciu lat (drum in lucru – rumuńskie określenie na drogę w budowie) – spotkaliśmy tylko raz i do tego w Bułgarii.
Uwaga: w każdym kraju obowiązują winiety – na Węgrzech i w Rumunii mają one postać elektroniczną (po prostu płaci się określoną sumę pieniędzy za prawo do korzystania z dróg przez samochód o określonych numerach rejestracyjnych), zaś na Słowacji i w Bułgarii winiety postać naklejek na przednią szybę.
Na miejsce doraliśmy co prawda po zmroku, ale już wtedy było jasne, że Sinemorec to koniec świata. Liczba stałych mieszkańców wioski oscyluje zapewne w okolicach kilkudziesięciu, choć w sezonie bardzo wzrasta – widać to zwłaszcza po liczbie hoteli i restauracji. Jest to miejscowość kameralna, ale jedyny (bardzo brzydki) hotel z logo TUI pokazuje, że jej dni są też już policzone. Generalnie, w nadmorskim pasie Bułgarii panuje urbanistyczny i architektoniczny chaos, co niestety nie wróży dobrze rozwojowi turystyki w tym – pięknym skądinąd – kraju.
Mieszkaliśmy w niewielkim domku na tyłach domostwa miejscowych Bułgarów. Nasz domek składał się z dwóch niedużych apartamentów (każdy z osobnym wejściem, łazienką i w pełni wyposażonym kącikiem kuchennym) oraz niewielkiego tarasu, na którym głównie spędzaliśmy czas, którego nie poświęcaliśmy na wizyty na plaży, w knajpkach i zwiedzanie okolic. Oba apartamenty były w sam raz na nasze potrzeby – ani za duże, ani za małe.
Miejscowość pełna jest mniej albo bardziej kameralnych, przeważnie rodzinnych, knajpek, kawiarni oraz piekarni – poświęciliśmy im osobny rozdział tej relacji. Hitem wieczorów były zaś tzw. donaty, czyli pączki pieczone na przydrożnym straganie. Fascynującemu spektaklowi – ciasto najpierw było wyciskane z dysz, potem przypiekane z jednej strony, obracane przez maszynę, przypiekane z drugiej strony i wreszcie trafiało na teflonową tacę – towarzyszyły zachwyty dziewczynek oraz zniewalający zapach. Tego nie da się opisać :)
We wsi są dwie plaże, obie mają charakter plaż strzeżonych, z poustawianymi leżakami, ratownikiem, wypożyczalniami sprzętu pływającego, plażowymi barami, itd. Zrezygnowaliśmy z wypoczynku na nich i jeździliśmy do niedalekiego (7km) Ahtopola, aby tam – z dala od tłumów – wypoczywać na kameralnej plaży nieco oddalonej od miasta.
Nasza plaża była położona kilkadziesiąt metrów od głównej plaży Ahtopola, pod wysokim brzegiem. Szeroka na kilka metrów, z obu stron otoczona była skałami. Nie tylko malowniczymi, ale i ciekawymi do oglądania z maską i rurką. Piasek był raczej szary, nie do porównania z tym mięciutkim i drobniutkim, z którego słynie polskie morze, w ciągu dnia bardzo mocno się nagrzewał. Zejście było dogodne, przez kilkanaście metrów było w miarę płytko. W centralnej części plaży nie było w ogóle podwodnych skał, woda była czysta i w śródziemnomorskim upale naprawdę fajnie można było wypocząć. Ale w ogóle było bardzo ładnie.
Ale największą atrakcją plaży były zdecydowanie fale. Milunia – a potem Milunia wraz z Kasią – spędzały dosłownie cały dzień szalejąc wśród kotłującej się wody. W pierwszy dzień było jeszcze „lajcikowo” – dziewczyny pływały na materacu i czasami fala zmoczyła im nosy. Ostatniego dnia – poniewierała je po piasku. One zaś wychodziły z wody tylko na chwilkę, żeby coś zjeść, przeschnąć, przekąsić , pstryknąć kilka fotek i... znowu do niej pobiec!
Kilka razy dziennie robiliśmy sobie piesze wycieczki wzdłuż plaży. Naszym ulubionym – ale w wietrze dni niedostępnym – miejscem było tzw. „thermal spa”, czyli naturalna laguna otoczona skałami, w której woda była jak podgrzewana, a do tego kwitło życie. Wystarczyło na chwilę włożyć nogę, by zobaczyć młode rynki, prawie przeźroczyste krewetki i kraby buszujące po dnie.
Nie sprawdziły się wycieczki po bardziej oddalonych od Sinemorca plażach. Rezowo – miejscowość na granicy z Turcją – okazała sie nieciekawym, w zasadzie wymarłym miejscem, gdzie jedynie duże znaki przypominają, że kiedyś było to miejsce rywalizacji i napięcia między Wschodem a Zachodem. Puste plaże po stronie tureckiej pokazują natomiast potencjał turystyczny po drugiej stronie granicy. Reklamowana w internecie Plaża Silistar okazała się drogim (parking 4 lewa) i w sumie nieciekawym miejscem, typowym dla Bułgarii – leżaki, parasole, bar plażowy, bleeee...
W czasie całego pobytu mieliśmy jeden dzień niepogody – odwiedzieliśmy w nim niedaleki Sozopoł, miasteczko położone na cyplu, niegdysiejszą grecką Apollonię, pełną malowniczych zaułków, przytulnych knajpek, zabytkowych domów oraz sklepików z rękodziełem. Sozopoł przypadł nam do gustu na tyle, że tę wizytę powtórzyliśmy kilka dni później, aby jeszcze pospacerować i zrobić przedwyjazdowe zakupy. Podczas tego pobytu spotkała nas nieprzyjemna przygoda – Kuba zaparkował w niedozwolonym miejscu, a kończąc pobyt rozdzieliliśmy się. Gdy Ania dotarła do samochodu okazało się że właśnie ma go zabierać laweta. Szczęśliwie w sumie złożyło się, że Ania nie miała ani pieniędzy, ani telefonu. Policjanci najpierw chcieli odholować samochód, potem żądali mandatu w wysokości 20 lewa, potem zabrali kogoś innego, a my w tzw. międzyczasie odjechaliśmy. Ufff...
Reklamowana jako jedna z głównych atrakcji południowej Bułgarii, rozczarowała nas. Katamaranem przypominającym pływający leżak popłynęliśmy w dół mętnej i leniwiej rzeki. Wokół miało kwitnąć życie, ale widzieliśmy tylko kilka ptaków, niektórzy także jednego wylegującego się żółwia błotnego. Pejzaż wokół przypominał wielką łąkę – trzciny, nieliczne drzewa, w niedalekiej odległości skały, ale w sumie nic szczególnie fantastycznego.
Odwiedziliśmy aquapark w Nessebyrze – bardzo duży, ale i bardzo zatłoczony. Miluni bardzo się podobało, podobałoby się zapewne jeszcze bardziej, gdyby nie to, że na parę zjeżdżalni nie chcieli jej wpuścić, a na kilku innych trzeba było czekać w długich kolejkach. Trzeba jednak powiedzieć, że park jest duży, atrakcji jest wiele – z niespotykanych gdzie indziej, np. zjeżdżalnie „z hopkiem”, których wylot jest około dwóch metrów nad powierzchnią wody.
Ale „gwoździem programu” był dwudniowy wyjazd do Stambułu. Sam w sobie był wydarzeniem – choć z Sinemorca w kilometrach nie jest bardzo daleko (ok. 330 km). Przez Bułgarię jedzie się brzydką, dziurawą i na wpół zarośniętą drogą przez Park Narodowy Gór Strandża, lesistego i górzystego rejonu na południu Bułgarii. Ponieważ jechaliśmy świtem, co chwilę spod naszych kół uciekały zające, borsuki i ptaki; w drodze powrotnej natknęliśmy się także na żerującego spokojnie tuż obok drogi dzika.
Przejście graniczne to powiew Orientu – najpierw jest jeden szlaban, który pani otwiera po dziesięciominutowym zastanowieniu (nic nie jedzie z przeciwka). Nie ma żadnych oznaczeń ani tablic informacyjnych, więc spokojnie pojechaliśmy do drugiego szlabanu, gdzie dowiedzieliśmy się, że musimy iść do budynku granicznego. Jest budynek, pełno napisów, wszystkie po turecku, zakaz fotografowania, a nad wszystkim góruje dobrotliwa twarz Atatürka (notabene, ten obrazek miał nam towarzyszyć praktycznie wszędzie). Nic nie wiadomo, ani co zrobić, ani w jakiej kolejności, za to do każdego okienka długa kolejka.
Okazało się, że okienek jest aż pięć, a trzeba je pokonać w konkretnej kolejności: najpierw wiza, potem kontrola paszportowa, potem wjazd samochodem (notowanie numerów samochodu i sprawdzanie właściciela). Tutaj interludium: do naszego służbowego samochodu przydał się papier wystawiony przez PZMot, który trzeba było skserować. Na koniec kontrola celna (która niczego nie kontroluje, bo pan nie wstaje zza biurka), wreszcie można jechać do kolejnego szlabanu, gdzie Turek po 10 minutach namysłu wpuszczał już do Turcji.
I tutaj następował kolejny szok cywilizacyjny – tym razem na plus. Szeroka, równa, w znacznej części dwupasmowa droga doprowadza do autostrady do Stambułu. Sam Stambuł już od rogatek robi kolosalne wrażenie – ogromne miasto, pełno nowczesnych osiedli i budynków, ogromny dworzec autobusowy otoczony przez setki nowoczesnych autokarów. Wszędzie widać wieże minaretów. Hotel o swojskiej nazwie Torun, do którego przyjechaliśmy, był – nie bójmy się tego słowa – marną speluną, ale za to pustą i niedrogą.
Zwiedzanie Stambułu zaczęliśmy od tramwaju – duży, klimatyzowany i komfortowy pojazd dowiózł nas do samego historycznego centrum miasta (przystanek Sultanahmet). Zaraz potem mieliśmy pierwszy rzut oka na tureckie społeczeństwo – mężczyźni ubierają się całkiem po europejsku, połowa kobiet także, druga połowa nosi chusty i długie spódnice. Bardzo nieliczne – być może to turystki z krajów arabskich? – zasłaniają także twarz. Wszystkim, nawet najbardziej zakwefionym kobietom, spod spódnic wystają eleganckie buty, często na wysokim obcasie, a sama chusta i torebka są bardzo bogato zdobione, czyste i zapewne bardzo drogie.
Pierwszą atrakcją na naszej trasie był Błękitny Meczet – monumentalna budowla stojąca jakby w opozycji do Hagia Sophii, choć niedaleko. Udało się nam wejść tylko na dziedziniec – świątynia pełni swoją sakralną rolę, a właśnie zaczynały się modły.
Naszym drugim i głównym tego dnia przystankiem była Hagia Sophia – przez tysiąc lat największa i najważniejsza świątynia chrześcijaństwa. Po zdobyciu Konstantynopola przez Turków legendarne mozaiki na szczęście zamalowano, a nie zniszczono – choć islam zabrania tworzenia wizerunków ludzi i zwierząt. Część z nich odsłonięta jest już w samej świątyni (od czasów Atatürka stanowiącej muzeum), część przeniesiona jest do muzeum. Choć w połowie remontowana, Hagia Sophia robi piorunujące wrażenie, tak z zewnątrz, jak i z wewnątrz. Nawet jeśli widziało się już Bazylikę św. Piotra, poraża ogrom świątyni oraz wspomnienie jej bogactwa. Śladem pięćsetletniego funkcjonowania Hagia Sophii jako meczetu są inskrypcje po arabsku, mihrab (wnęka wskazująca kierunek do Mekki) oraz minbar (rodzaj kazalnicy).
Po przejściu przez park Gülhane dotarliśmy do nadbrzeża, z którego odpływają statki wycieczkowe pływające po Bosforze. Po krótkich negocjacjach zbiliśmy cenę z 80 do 50 lir za naszą szóstkę i dolmuşem (czyli minibusem) powieziono nas do niewielkiego stateczku. Dwóch chłopaków, z których każdy miał może z piętnaście lat, jedną ręką prowadziło statek, a mężczyzna w średnim wieku (ojciec? pracodawca?) pilnował porządku na pokładzie. Tymczasem przed naszymi oczami przesuwały się obrazy – najpierw Złotego Rogu (zatoka) i dzielnicy Galata pełnej nadmorskich meczetów oraz pałacy, potem Bosforu, nad którym Europę i Azję spina wielki, wiszący most. Potem popłynęliśmy w kierunku drugiego mostu autostradowego otaczającego miasto od północy, niedaleko pałacu, by dotrzeć do azjatyckiego brzegu, eleganckich domów i dalszych meczetów w dzielnicy Üsküdar. Po drodze mijaliśmy mniejsze i większe statki płynące jedynym naturalnym kanałem łączącym Morze Czarne z Atlantykiem. W międzyczasie podano herbatę – słodką, aromatyczną, w rozszerzanych ku górze czarkach.
Po powrocie zaczęliśmy szukać posiłku i był to chyba najbardziej traumatyczny moment całej wizyty. Na moście Galata, poniżej poziomu jezdni, znajduje się tysiąc mniejszych albo większych knajpek, a przed każdą z nich stoi horda naganiaczy. „Heloł mister, hał ar ju!”. „Luk hie wery speszal prajs for ju!”, „Ola amigo!”, „Błon dżiorno, wieni kłi”, „Gawaritie pa russkij?”. Szarpali za ręce, wpychali menu przed oczy, a tam bardzo proste dania po nieprawdopodobnych cenach (np. kiełbaska z ryżem po 30 lir, czyli 50 zł). Czym prędzej uciekliśmy stamtąd i poszliśmy przez zabytkową dzielnicę Fatih, w środku której znaleleźliśmy prosty, przydrożny kebap – z daniami z prawdziwej baraniny!
Wieczór spędziliśmy znowu przy Hagia Sophii, gdzie miał być spektakl „światło i dźwięk”, który okazał się być po prostu podświetlaną fontanną. Ale i tak była to świetna okazja do obserwowania wieczornego życia Turków. Całe rodziny, ale także grupki (kilku mężczyzn, kilka kobiet, kobiety z gromadką dzieci) chodzą, jedzą lody i owoce, piją wodę, rozmawiają. Młode pary obściskują się i całują pod drzewami, nie wykluczając nastoletnich dziewczyn w chustach. Dzień kończy się o 23-ciej, kiedy ze wszystkich minaretów w mieście rozlega się nawoływanie do modlitwy.
Muezzin o piątej rano obwiescił drugi dzień naszej wizyty w Stambule, który miał upłynąć pod znakiem pałacu Topkapı oraz Wielkiego Bazaru. Jak miało się okazać, tylko pierwszą część udało się zrealizować.
Pod pałac przyszliśmy na godzinkę przed jego otwarciem, wiedzeni ostrzeżeniami z przewodnika na temat słabej dostępności biletów. Okazało się, że niepotrzebnie wcześnie, choć czekać trzeba było tylko chwilę. Dzięki temu, że byliśmy pierwsi, zwiedzaliśmy harem przed tłumami. A to właśnie harem i skarbiec są największymi atrakcjami pałacu.
Wbrew potocznemu przeświadczeniu, określenie haram oznacza „zabronione” i stosowane jest jako określenie prywatnych komnat sułtana, części niedostępnej dla obcych. Mieszkało tutaj do 300 konkubin, ale także dzieci sułtana oraz eunuchowie. Najpotężniejszą osobą w administracji była valide sultan, matka sułtana, a zaraz po niej Wielki Wezyr oraz dowódca eunuchów. Po przekroczeniu okazałej bramy wchodzi się do prywatnych apartamentów brata Słońca i Księżyca, wnuka i namiestnika Boga, Pana królestw Macedonii, Babilonu, Jerozolimy, Wielkiego i Małego Egiptu, Króla nad Królami, Pana nad Panami, jak sam się tytułował. Sam harem jest bardzo ozdobny, pełen płytek z inskrypcjami, misternych pergol, oraz motywów roślinnych; gdzieniegdzie pojawiają się także pejzaże. Kończy się wspaniałym tarasem ze spektakularnym widokiem na Złoty Róg przedzielony mostem imienia, jakżeby inaczej, Atatürka, Bosfor, i płynące po nim statki, pejzaże azjatyckiego brzegu oraz Galatę z wyrazistą wieżą.
W miarę, jak przybywało ludzi, przemieściliśmy się w jeszcze dwa miejsca. W skarbcu mieliśmy okazję zobaczyć jak bajeczne i nieprawdopodobne było bogactwo osmańskiego imperium w czasach jego rozkwitu – były trony ze złotej blachy, wysadzane drogimi kamieniami, czary, czajniki, lampy ze szczerego złota, laski, czarki do herbaty, itd. Kolejnym ciekawym miejscem były relikwie islamu. Wśród nich wiele wspólnych z tradycją chrześcijańską. Jest tam m.in. kubek Abrahama (zwanego w islamie Ibrahimem), różdżka Mojżesza (po arabsku Musa) oraz miecz króla Dawida. Z bardziej charakterystycznych dla islamu – klucze od Kaaby, liczne włosy z brody samego Mahometa, miecze jego towarzyszy, fragmenty Czarnego Kamienia z Kaaby, również liczne egzemplarze Koranu. A także zielony sztandar, którym ponoć posługiwał się ponoć sam Prorok, a który m.in. przyniósł Mehmetowi III zwycięstwo w drugim oblężeniu Egeru w 1596 roku – co notabene stanowiło miłe nawiązanie do naszej ubiegłorocznej wizyty w tym przepięknym miasteczku na północy Węgier. Niestety w żadnych z tych miejsc nie wolno było robić zdjęć.
Nieudana była natomiast wizyta w Wielkim Bazarze. Ten legendarny targ miejski był... zamknięty, z powodu trwającego właśnie, ostatniego tygodnia Ramadanu. Nieliczne stoiska otwarte w okolicach sprzedawały głównie chińską tandetę. Przez opustoszałe uliczki zeszliśmy w kierunku tzw. Bazaru Korzennego, gdzie było trochę lepiej – były m.in. przyprawy, słodycze i gdzie kupiliśmy tradycyjne, tureckie słodkości na prezenty dla rodzin. Nieco zawiedzeni wyjeżdżaliśmy ze Stambułu, choć w sumie wizytę można uznać za udaną.
Wyjazd jest tak samo absurdalną procedurą jak wjazd – kilka okienek, kilka pieczątek, kilka fikcyjnych „procedur”. Bułgaria jest zdecydowanie brzydsza i biedniejsza – choć na pociechę odbyliśmy kilka rozmów telefonicznych po stawkach regulowanych przez Unię.
Każde wakacje niestety się kończą. Aby umilić sobie czas powrotu odwiedziliśmy jeszcze w północno-zachodniej Bułgarii miejscowośc Bełogradczik, przepięknie położoną wśród piaskowcowych skał. Na szczycie pobliskiego wzgórza Turcy wybudowali twierdzę Kaleto, malowniczo wkomponowaną w piaskowcowe ostańce. I choć miejscami ekspozycja była duża, Ania – niepokojona przez osę – odtańczyła na szczycie taniec połamaniec, składający się piruetów, aksli i jaskółek, podskoków i obrotów, wywołując wesołość zwiedzających.
Przejście rumuńsko-węgierskie, do której dotarliśmy wieczorem, to ciągle ostra granica cywilizacyjna. Z Bałkan wjeżdżamy do Europy, drogi nagle robią się równe, obejścia bardzo zadbane, a pobliski Szeged to wręcz szok cywilizacyjny. Czyte, równe ulice; pachnący pokój hotelowy; ciche tramwaje. W centrum miasta otwarte lodziarnie, uśmiechnięte i zadbane dziewczyny, a bruk tak czysty, że można by z niego jeść. Podobnie było w Bratysławie, w której zatrzymaliśmy się na krótkie zwiedzanie – zamek z widokiem na Dunaj i rynek. Niestety, po drodze do Gdańska czekał nas jeszcze jeden szok cywilizacyjny – korki na polskich drogach. Na szczęście – wszędzie z powodu nowych, kończonych właśnie obwodnic i autostrad.
Reasumując, wakacje możemy uznać za bardzo udane. Dopisała pogoda, dopisał program, dopisało też towarzystwo. Przejazd był znośny, a wzbogacony o odrobinę zwiedzania wręcz ciekawy. Bałkany szybko awansują cywilizacyjnie, jest coraz ładniej, coraz czyściej i... coraz drożej, niestety. Wizyta z Stambule dała zaś odechnąć trochę Orientem i z tym akcentem przymierzamy się do planowania kolejnych wakacji.
Sałatka szopska to poniekąd symbol Bułgarii, także ze względu na kolory – jest biało-zielono-czerwona, jak bułgarska flaga. Składa się z pomidorów, ogórków oraz tartego białego sera sirene (w Polsce występuje on pod nazwą „ser bułgarski” albo „ser szopski”), czasami jeszcze dodawana jest cebula i oliwka. W restauracjach podawana jest przed posiłkiem, w charakterze przekąski – służy raczej do zaostrzenia apetytu i uzupełnienia płynów w organizmie niż do zaspokojenia głodu.
Talerz pełen mięs, zamówiony przez nas w Sozopolu, pokazuje tylko częściowe bogactwo tamtejszej kuchni. Podstawą są kebabcze i kiufte – czyli kiełbaski i klopsiki wykonane z mielonego, aromatyzowanego mięsa. Niegdyś baraniego, dzisiaj także wieprzowego (notabene, w Stambule Milunia jadła kiufte z baraniny), bogato przyprawionego koprem włoskim. W każdym razie – prawie każdy dzień kończyliśmy jakimś mięsnym przysmakiem kuchni bułgarskiej.
Jako że byliśmy nad morzem, były one najłatwiej dostępne i stosunkowo tanie. A więc – przede wszystkim małe rybki, smażone na głębokim oleju. Także większe, które trzeba było przed jedzeniem porządnie odfiletować. Milunia raczyła się akułą, czyli filetem z rekina, stosunkowo chudym i smacznym. No i oczywiście doceniliśmy także krewetki (skaridi) oraz małże (midi), wszystkie w sosie własnym albo w białym winie i z cytryną.
Warto podkreślić, że specyfiką południowej Bułgarii są małe piekarnie serwujące świeże, wypiekane na miejscu i na bieżąco pieczywo, serwujące także kawę, bałkański jogurt ajran oraz drożdżowy napój buza. Cieszyły się nieprawdopodobnym powodzeniem – już o siódmej rano były pełne! Pieczywo – słodkie, słone oraz bez dodatków – było zawsze świeże. Na słono podawany był biurek, czyli ciasto francuskie z serem, sofijanka, czyli bułka posypana serem. Na słodko zaś – słodkie kifłe, czyli bułeczki z czekoladą (szokoład) i dżemem (marmaład).
Smacznego!