Wakacje w Bułgarii i Rumunii, lato 2007

 

 

Dlaczego Bułgaria i Rumunia

Rok temu zrobiliśmy małe doświadczenie podzieliwszy wakacje na dwie części: aktywne chodzenie po górach i jaskiniach w pierwszym tygodniu i leniuchowanie nad wodą w drugim. Eksperyment okazał się nad wyraz udany, a ponieważ dawno już marzyliśmy o wyjeździe do Rumunii (żeby zobaczyć ten kraj w stanie, gdy jeszcze nie został najechany przez turystyczną „stonkę”), zmaterializowaliśmy nasze marzenia. A więc: postanowiliśmy przez tydzień porządnie wygrzać się na czarnomorskiej plaży w jakimś odludnym miejscu, a przez tydzień zwiedzać miasta i góry Siedmiogrodu. Wyposażeni więc w przewodniki, mapy i pożyczonego GPS-a (podziękowania dla Grzegorza) wyjechaliśmy na wakacje.

Podróż tam

Zaczęliśmy naszą podróż w Opolu, skąd wystartowaliśmy około szóstej rano. „Tradycyjną drogą śródziemnomorską”, tj. przez Pietrowice, Bruntal, Ołomuniec i Brno, skierowaliśmy się potem na Bratysławę i Budapeszt. Jeśli coś nas po drodze dziwiło, to prędkość, z jaką się poruszaliśmy: kraje i winietki na przedniej szybie zmieniały się jak w kalejdoskopie, bez zmian pozostawała jedynie autostrada: dobra, równa, szeroka. Zaskakująco szybko, bo jeszcze przed południem wjechaliśmy na Węgry, by po paru zaledwie godzinach dojechać do Szegedu. Było na tyle wcześnie, że postanowiliśmy zrobić sobie krótki piknik w znanym nam już miejscu: na kempingu Sziki pod miastem.

Kemping wyładniał w ciągu tych pięciu lat, kiedy byliśmy tam ostatnio. Pojawił się nowy pawilon, a w nim m.in. sala telewizyjna, stół do bilarda, kącik do zabawy dla dzieci (a w nim – Czerwony Kapturek po węgiersku) i przede wszystkim część rekreacyjna: jacuzzi, sauna i stół do masażu, wszystko dodatkowo płatne. Spędziliśmy tam kilka godzin, zjedliśmy bardzo smaczny obiad (jak to na Węgrzech) i pojechaliśmy dalej – w stronę Timişoary, gdzie mieliśmy pierwszy nocleg.

Pierwsze zetknięcie z Rumunią to zakup plakietki na granicy. Kosztuje „tak około” 4 euro, przy czym od widzimisię pana w budce zależy, czy zapłaci się 4, czy może 4.50, czy może 5 euro. Trzeba podać nazwisko, które pan notuje w komputerze: powiedzieliśmy więc, pan napisał „Habic”, a gdy Kuba próbował prostować – machnął ręką i wręczył mu fakturę. Akurat musiał wpaść panu w oko, bo z 5 euro dostał 1 euro reszty i jeszcze uśmiech. I już wiadomo: przekraczając granicę Węgier wyjechaliśmy z szeroko rozumianego Zachodu, jesteśmy na Bałkanach.

Hotel znaleźliśmy bez większych trudności, wędrując po planie nakreślonym przez miłe rumuńsko-węgierskie konsylium na stacji benzynowej w Timişoarze. Niestety, pokój nie był zbyt piękny i pogryzły nas w nocy komary, co w niewielkim tylko stopniu wynagrodziły widoki spektakularnej burzy w nocy oraz znakomite śniadanie zjedzone dnia następnego.

Drugi dzień zapowiadał się krótki, a był bardzo długi. A to z dwóch powodów: Kubie coś się pomyliło z odległościami i zamiast oszacować 12 godzin jazdy, oszacował 9. O drugim powodzie za chwilę.

Po krótkim zwiedzaniu Timişoary pojechaliśmy w stronę Bukaresztu trasą na Drobeta – Turnu Severin, z zamiarem obejrzenia Przełomu Żelaznej Bramy – miejsca, gdzie Dunaj przebija się przez Karpaty, a Rumuni i Serbowie spiętrzyli go dodatkowo wielką zaporą wodną. Wpisali się w ten sposób w piękną tradycję inżynierską: w II wieku n.e. Rzymianie w dzisiejszym Turnu Severin zbudowali most przez Dunaj o długości ponad 1000 metrów i wysokości 17 metrów (!).

Droga, początkowo zaledwie przyzwoita, z każdym kilometrem robiła się coraz gorsza, przez szeroko zakrojone roboty drogowe. Co parę kilometrów droga albo zamieniała się w szutrówkę przygotowaną pod wylanie asfaltu, albo też znajdowało się tam zwężenie i światła regulujące ruch wahadłowy. Gigantyczne kolejki samochodów (droga była dość ruchliwa) dowodziły, że jest to jedna z głównych tras w Rumunii i nie my jedni mamy problem. W efekcie, średnia prędkość na dwustukilometrowym odcinku Timişoara – Turnu Severin wyniosła poniżej 40 km/h. Wcale niekrótkie odcinki pomiędzy kolejnymi robotami drogowymi (szerokie, ładne i równe) przejeżdżało się szybko. Na dodatek po południowej stronie Karpat zaczął padać deszcz, co sprawiło, że widoki na zalew (prawdzie morze pomiędzy górami, po którym pływają ogromne statki) nie były tak spektakularne, jak się spodziewaliśmy.

Z nieco większym optymizmem spojrzeliśmy na jazdę przez Rumunię za Drobetą – Turnu Severin, kiedy zaczęła się równa i szeroka droga. Średnia prędkość od razu skoczyła nam do około 100 km/h, co było nie lada osiągnięciem, zważywszy, że ową szeroką i ładną drogę poprowadzono przez środek wszystkich wiosek (ograniczenia do 50 km/h, na szczęście w Rumunii znają piękny obyczaj mrugania światłami). W Krajowej (Craiova) podjęliśmy decyzję o jeździe drogą krajową 6, na Caracal i Alexandrię; była to trafna decyzja, bo droga okazała się równa i pusta. W skądinąd zapyziałej miejscowości Caracal (nazwa od tureckiego Kara Kale, czarna twierdza, jak podaje przewodnik) zjedliśmy obiad w dość niesamowitym miejscu. Nazywało się to Night Club Primavera, było polecane przez wszystkich w mieście. Wyglądało dość luksusowo: willa stylizowana na rzymską, basen, leżaki. Ale z 60 dań w karcie dostępne było... słownie jedno, zresztą całkiem smaczne. Niesamowitości miejsca dopełniała kompletna pustota, silny wiatr, rozpoczynający się deszcz oraz jeden, jedyny stół: luksusowo zastawiony, a mimo to... pusty. Może jakieś nowe wcielenie Vlada Ţepeşa, zwanego „Palownik”, a w literaturze Dracul, mieszka w Caracalu i wychodzi dopiero po zmroku?

Dalsza droga, przez Alexandrię, do Bukaresztu, była wyścigiem ze zmrokiem. Zachód słońca to pora, kiedy Rumuni wylegają na ulice, zjeżdżają z pól i podróżują pomiędzy wioskami. Słowem, drogi pełne są pieszych, rowerzystów, samochodów bez świateł i nieoświetlonych wozów zaprzężonych w osiołki.

Gdy zbliżaliśmy się do Bukaresztu, bardzo pomógł nam GPS. Dzięki niemu nie przeoczyliśmy zupełnie nieoznaczonej obwodnicy miasta i skierowaliśmy się prosto na Konstancę. 160 km autostrady i 60 km zupełnie przyzwoitej drogi krajowej wynagrodziło nam wcześniejsze trudy na trasie Timişoara – Turnu Severin. Jak za 4 euro – zupełnie przyzwoite drogi, u nas pan Kulczyk bierze tyle za 50 km autostrady między Koninem a Wrześnią.

Droga wzdłuż rumuńskiego wybrzeża (od Konstancy do Vama Veche) jest bardzo ładna, dwupasmowa i zupełnie nie ma świateł – choć jedzie przez miasto. Jak Rumuni regulują ruch, że jest płynny, pozostaje ich tajemnicą. Miasta wybrzeża (Konstanca, Mangalia, Eforie Nord i Sud oraz „planety”, tj. Saturn, Neptun, Jupiter) są duże, oświetlone i tłoczne. Vama Veche, przed samą granicą, to bardzo „rozrywkowe” miasto młodzieży. Za bułgarską granicą (kolejna opłata drogowa, 7 euro) znowu zmienia się trochę pejzaż: robi się całkiem cicho i pusto. W odróżnieniu od rumuńskiego (które jest jednym wielkim deptakiem i dyskoteką), bułgarskie wybrzeże w tej części jest pustawe i senne. Do miejsca naszego przeznaczenia, wioski Krapec, dotarliśmy około pierwszej w nocy. Bez większego kłopotu znaleźliśmy dom Kolevi, a w nim – Slaviego.

Bułgaria

Krapec

Wioska Krapec, występująca także w pisowni Krapetz i Krapets (po bułgarsku: Крапец), reklamuje się jako „ostatnie ciche miejsce nad Morzem Czarnym”. Rzeczywiście, miejsce jest bardzo kameralne – setka domów, jeden hotel Janica (zbudowany za pieniądze unijne), dwa sklepy, cztery knajpy oraz przystanek autobusowy. Jednak w określeniu „ciche miejsce” jest wiele przesady, między godziną piątą a siódmą rano w powietrzu odbywa się prawdziwy koncert zwierząt gospodarskich: ryczenie osłów, gdakanie kur, szczekanie psów, gęganie gęsi... jak to na wsi.

Nasz apartament w domu Kolevi był dość przestronny, a jednocześnie przytulny. W sumie było w nim 7 miejsc do spania (dwa dwuosobowe łóżka i trzy jednoosobowe) oraz ładna i czysta łazienka z prysznicem. Dodatkowo, wyposażony był w całkiem nową klimatyzację, co przydawało się nam praktycznie codziennie, jako że dni były ciepłe. Na pięterku, na którym był nasz apartament (a na które prowadziły dość emocjonujące kręcone schody), były jeszcze dwa dwuosobowe pokoje – w jednym mieszkała przez cały pobyt para (?) dwóch chłopaków, w drugim – lokatorzy się zmieniali. Te dwa pokoje dzieliły inną łazienkę. Dodatkowo, do wspólnego użytku mieliśmy mały hall z telewizją satelitarną oraz letnią kuchnię w ogrodzie – prostą, ale funkcjonalną. Jedyną niedogodnością były wspomniane schody oraz fakt, że – jak to na Bałkanach – nie wolno było wyrzucać papieru toaletowego do muszli, tylko należało do kosza.

Obowiązki gospodarza pełnił Slavi, na co dzień – chłopak córki właścicielki. Dobrze nam się gadało, z powodu bliskości językowej (Slavi władał dobrym angielskim) oraz kulturowej. Był podobny nam wiekowo, a dodatkowo – jak opowiedział – przez 7 lat mieszkał w Dreźnie i jeździł na kite na Zatokę Pucką. Slavi udzielił nam szeregu cennych rad, m.in. podał namiary na najfajniejsze knajpy oraz ładne miejsca. Służył także jako podręczny kantor wymiany walut: posyłaliśmy mu SMS-a „przywieź proszę równowartość 100 euro w lewach” – i Slavi następnego dnia, przyjeżdżając, zabierał walutę wymienioną po korzystnym kursie.

Plaża

Choć sama wioska położona jest nad morzem, miejsce nie nadaje się bezpośrednio do plażowania. Ląd urywa się bowiem dziesięciometrowym urwiskiem, pod którym jest wąski pasek brudnego piasku i kamieni. Na prawdziwą plażę trzeba było przejechać około kilometr na północ, najpierw koło niedokończonego ośrodka wypoczynkowego, potem koło starego, postsocjalistycznego kempingu. Jedno i drugie stanowiło obraz nędzy i rozpaczy, niemniej sama plaża prezentowała się ładnie. Była dość szeroka i łagodnie wchodziła w morze. Niestety, sporo było na niej śmieci – zarówno organicznych (wodorosty wyrzucone przez morze), jak i ludzkich (głównie plastikowe butelki). Morze Czarne było na szczęście ciepłe, co rekompensowało nam wszystkie niewygody plażowania.

Wiele osób rozbijało się na dziko na wydmach, w cieniu rozłożystych drzew. W największy upał znikali z plaży, zapewne relaksując się w namiotach i wracali po południu. Gdybyśmy wiedzieli przed wyjazdem z Polski, że będzie taka możliwość, też wzięlibyśmy namiot, kuchenkę i tak spędzili pierwszy tydzień w Bułgarii. A tak – korzystaliśmy tylko z uroków plaży, popołudnia i wieczory spędzając w naszym apartamencie i w restauracjach.

Na plażę zabieraliśmy codziennie arbuza albo melona kupionego za jakieś śmieszne pieniądze od rolnika w centrum wsi, zakopywaliśmy go w piasku przy wodzie, by w połowie dnia zjeść przyjemnie schłodzonego. Oprócz pożywnych kalorii, taki owoc zapewniał porcję wody tak szybko traconej w bułgarskim klimacie.

Różny wiek naszych dzieci sprawiał, że zupełnie inaczej reagowały na morze. Jasiowi najbardziej podobało się morze wzburzone, z wielkimi falami. Szalał wtedy na nadmuchiwanym materacu, „surfując” po falach w strefie przyboju. Im mocniej fala rzuciła go o piasek i sponiewierała, tym bardziej był zadowolony. Milunia natomiast najbardziej lubiła plażę i spokojne morze, do którego wchodziła z tatą i mamą, by bawić się w „poniedziałek, wtorek” (przy „niedzieli” była wyrzucana wysoko do góry).

Schodząc z plaży nieomal codziennie spotykaliśmy pasterza, który przepędzał swoje stado obok samochodu – wyglądało to bardzo malowniczo.

Nos Kaliakra i Kamien Briag

Jedyna tak naprawdę wycieczka w Bułgarii powiodła nas do Nos Kaliakra. Kaliakra to skalisty cypel wysunięty głęboko w Morze Czarne. Jakkolwiek w pejzażu z daleka dominuje las anten, to jednak po wejściu na jego teren okazuje się, że są tam również rzymskie ruiny i dość ładny punkt widokowy. Brzeg w tym miejscu obrywa się pięćdziesięciometrową, skalistą ścianą, a że panowała piękna pogoda – widoki były niezrównane.

Stamtąd pojechaliśmy do miejscowości Kamien Briag. Jest tam dość niesamowity pejzaż – jedzie się po równym jak stół terenie, wjeżdża się do wioski, przejeżdża przez nią kawałkiem drogi gruntowej, która nagle... kończy się. Na jej końcu biwakują młodzi Bułgarzy, gra mocny rock, laski tańczą między namiotami... słowem, było dość odjazdowo, a wrażenie pogłębiał zachód słońca.

Z Kamien Briag pojechaliśmy do restauracji Diłboka. To knajpa na brzegu morza, przy samej fermie małży. Już dojazd do niej jest emocjonujący – wąska, kręta droga nad przepaścią kończy się właściwie w morzu. Kierowcy o słabszych nerwach zostawiają samochody wyżej; my dojechaliśmy prawie do samego końca. Emocje z dojazdem zostały nam w dwójnasób wynagrodzone przez wspaniały zachód słońca oraz solidną porcję małży. Ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu, ich wielką amatorką okazała się Milunia.

Niestety, najtrwalszą pamiątką z Bułgarii okazał się wirus. W Rumunii po kolei przeszedł się po wszystkich w domu, pewnego dnia eliminując cztery osoby z czynnego wypoczynku.

Rumunia

Rumunia wymyka się łatwym opisom. Z jednej strony wygląda jak typowy środkowoeuropejski kraj postkomunistyczny, z drugiej – jest w niej coś orientalnego. Miejscami piękna i zadbana, miejscami zaśmiecona, z wyłażącą na wierzch nędzą. Z jednej strony – fatalne drogi w nieustającej przebudowie; z drugiej – piękna autostrada z Bukaresztu w stronę wybrzeża. Z jednej – wszechobecne, zardzewiałe i rozsypujące się Dacie; z drugiej – Maybach widziany niedaleko dość ponurej miejscowości Caracal. Dość typowy obrazek rumuńskiego blokowiska to osypujące się ściany komunistycznych koszmarków z wielkiej płyty, a pomiędzy nimi dwa lśniące nowością budynki: supermarket i cerkiew.

Rumuni robili na nas wrażenie ludzi gościnnych i pogodnych. Są ładni – zarówno kobiety, jak i mężczyźni; trzeba dodać, że widywani na polskich ulicach „Rumuni” to tak naprawdę rumuńscy Cyganie. Prawdziwi Rumuni mają z nimi tyle wspólnego, co i Polacy. Zresztą, jedynych żebrzących Cyganów spotkaliśmy w Curtea de Arges, tuż obok olśniewającej swoim pięknem bazyliki pw. św. Michała, prawdziwej perły rumuńskiej (czy raczej wołoskiej) architektury sakralnej. Słowem, kraj pełen kontrastów. Jeśli patrzeć w wartościach bezwzględnych – sporo brakuje im jeszcze do „Wschodu Zachodu”, czyli m.in. Polski. Ale patrząc względnie – jak wielkie postępu poczynili od czasu komunistycznego koszmaru Ceaucescu, dla Rumunii i Rumunów czuje się podziw.

Casa Cristudor

W Rumunii mieliśmy zaklepany pensjonat Casa Cristudor w Branie, niedaleko Braszowa w Siedmiogrodzie. A dokładniej – zaczęło się od tego, że zaklepaliśmy dwa pokoje. Potem dołączyła się Magda z małą i dużą Ewą oraz Kają, do tego doszedł Tomek z rodziną, a na sam koniec okazało się, że jadą także tzw. dziewuchi, czyli Dominika z Zuzią. Słowem, było nas trzynaścioro, na 12 miejsc i jedna osoba spała na rozkładanym łóżku.

Casa Cristudor to prawdziwa perełka. Wśród nieciekawych pensjonatów, jakich dziesiątki są w Branie i okolicach, nasz dom wyróżniał się smakiem i stylem. Widać to najlepiej na zdjęciach – zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz. Nic w pensjonacie nie było ze sklepu, wszystko albo robione, albo odrestaurowane. W całym domu pełno było starych sprzętów, a w kącie z ławą był sprzęt grający i kolekcja płyt w... starej skrzyni. Gospodarze – byli olimpijczycy (ona łyżwiarka figurowa, on lekkoatleta, bobsleista i później trener w bobslejach) – mieli jeszcze kolekcję swoich trofeów i notek prasowych na swój temat.

Niestety, Casa Cristudor już pewnie niedługo posłuży turystom, bo Dorel i Manuela budują obok duży, typowy pensjonat, w którym będą przyjmować turystów, zaś dom – jak powiedzieli – posłuży im samym. Ciekawi jesteśmy, czy wymienią również mostek prowadzący do ich posiadłości – bo przejeżdżanie przez niego każdorazowo przyprawiało nas o szybsze bicie serca.

Wycieczki i zwiedzanie

W Rumunii wypoczywaliśmy przede wszystkim czynnie, nieomal każdą dostępną godzinę spędzając poza domem. Dzięki temu, podczas niespełna tygodniowego pobytu zwiedziliśmy naprawdę wiele.

Braszów (Braşov)

Braszów, według przewodnika w literaturze niemieckiem określane mianem „miasta na Wschodzie”, to prawdzie przedmurze Zachodu na Wschodzie. Stare miasto, wciśnięte między dwa wzgórza, przywodzi na myśl Wrocław albo Zamość. Zadbane fasady kamienic, ogródki piwne w deptaku, KFC na rynku oraz – przede wszystkim – imponująca bryła Czarnego Kościoła (Biserica Neagra) każe sądzić, że jesteśmy w środku rzymskiej Europy, nie zaś na jej rubieżach. I tylko wieże obronne, solidne mury oraz ciche zaułki miejskie przypominają, że był to kawałek innego świata wciśnięty w bałkański, orientalny żywioł.

Po zwiedzeniu miasta wjechaliśmy na górę Tâmpa, z której mieliśmy okazję obejrzeć piękny widok. Niestety, nic takiego nie ma – poza dość nieciekawą knajpą.

Góry Piatra Craiului

Drugiego oraz ostatniego dnia poszliśmy porządnie zmęczyć się w góry Piatra Craiului. To pasmo na zachód od Branu nie jest może szczególnie wysokie, ale i tak pięknie prezentuje się z okolicznych wzgórz i hal. Zaparkowaliśmy więc samochód przy wejściu do szlaku (generalnie, robiliśmy tak nieomal codziennie i bez obaw) i na cały dzień poszliśmy. Naszą wycieczkę zakończyliśmy na przełęczy nad schroniskiem Curmatura. Powyżej były tylko wapienne turnie – efektowne, ale niedostępne dla nas z powodu dzieci.

Najfajniejsze podczas tej wycieczki były krajobrazy: stado owiec przepędzane z miejsca na miejsce przez... samego psa, koń pijący wodę z wydrążonego pnia, a także pole namiotowe zorganizowane na pochyłym stoku pod schroniskiem.

Trzeba powiedzieć, że nasze dzieci były najmłodszymi, które chodziły po górach. Przede wszystkim wyrazy uznania należą się Jasiowi, który sam, na własnych nogach, pokonywał kilkanaście kilometrów i kilkaset metrów różnicy wysokości codziennie. Milunia miała łatwiej. Nie widzieliśmy żadnego innego dziewięciolatka, który tak łaziłby po górach. w ostatni dzień, mimo dużej ekipy, udało się nam dość sporo zobaczyć.

Râsnov

Râşnov (czytaj: Rysznow) to miasteczko 10 km od Braszowa. Góruje nad nim tzw. zamek chłopski. Otóż Krzyżacy założyli na górze zamek, a kiedy odeszli – chłopi z Râşnova przejęli go na własność, w obrębie murów zbudowali chałupy, stajnie i m.in. studnię, a same mury rozbudowali i umocnili. Dzięki temu, gdy przychodziła wojna, mogli wraz z całym dobytkiem przenosić się do zamku i w miarę normalnie żyć tam (raz nawet przez trzy lata). A potem – wracali do swoich chałup i obejść. Dość niecodziennie to wygląda: z zewnątrz zamczysko, a w środku sielska wioseczka.

Zamek w Râşnovie dopiero się odbudowuje, ale już jest ładny. Dzieci znakomicie bawiły się przede wszystkim przy dybach oraz przy osiołku, który stał „zaparkowany” w obrębie murów.

Buşteni i Bucegi

To był największy błąd, jaki popełniliśmy – pojechaliśmy do Buşteni i stanęliśmy w kolejce. Po „zaledwie” trzech godzinach stania (umilonych krótką wizytą w miejscowym monastyrze) wyjechaliśmy na płaskowyż. Dość emocjonujący jest przejazd kolejką: podjeżdża się nią trochę jak windą, cień na skałach poniżej robi się coraz mniejszy i mniejszy, a po chwili przekracza się krawędź płaskowyżu, gdzie jest... płasko. Dość niesamowite wrażenie. Po wysiłku poprzedniego dnia „lajcikowy spacer” dobrze nam zrobił i nie przyłączyliśmy się do silnej ekipy pod wodzą Magdy i Tomka, która zdobywała szczyt Omul (2507 npm) i schodziła potem do Branu (600 npm), a wszystko to w wielkim pośpiechu, bo zapadał zmrok. Jak potem mówili, nogi powchodziły im w...

Poranne stanie nieco wynagrodził nam zamek królewski w Sinai, gdzie trafiliśmy tuż przed zachodem słońca. Jakkolwiek wnętrza nie były już dostępne („dupa ora” – poinformował nas uprzejmie strażnik), to i tak z zewnątrz zamek prezentuje się naprawdę okazale. Nie omieszkaliśmy sobie pstryknąć fotki.

Wąwozy

Wapienny masyw Piatra Craiului ze wschodu ograniczony jest dwoma rzeczkami: Zanoagei i Dâmbovicioara. Obie wrzynają się w wapienny płaskowyż tworząc spektakularne kaniony z pionowymi, kilkudziesięciometrowymi ścianami. W pionowych ścianach kanionów widać wyjścia jaskiń, a gdzieniegdzie poprowadzono zabezpieczone klamrami drogi wspinaczkowe. Młodzi Rumuni w wąwozie Prapaştile Zarneştilor zwisali przyczepieni do ścian wąwozu – dość efektowny widok. Serdecznie rozbawiły nas też obrazowe ostrzeżenia, żeby nie wychodzić poza szlak. Tomek zaś spotkał dowód, że nie należy chodzić po nich w sandałach.

Niestety, wąwóz Dâmbovita jest dostępny samochodem. Nie jest to łatwa przeprawa (Magda zaliczyła nawet dziurę w karoserii zrobioną przez spadający kamień), po drodze czekają rozmaite pułapki, ale można tam przyjechać. Efekt jest taki, że Rumuni biwakują i piknikują gdzie popadnie, zostawiając po sobie góry śmieci. W efekcie, dno wąwozu, a w szczególności najbliższe otoczenie potoku, są jednym wielkim śmietniskiem pełnym pustych butelek PET, folii z rogali 7 days oraz wszelkiego innego syfu. Szkoda.

Bazylika w Curtea de Argeş i szosa transfogarska

Po trudach schodzenia z Bucegów zrobiliśmy całodniową wycieczkę samochodową na zachód, w Góry Fogaraskie (Fogarasze). Po drodze Grażyna wynalazła, że warto odwiedzić bazylikę w Curtea do Argeş. Pomysł okazał się znakomity, bo jest co oglądać. Jakkolwiek kościół był remontowany z zewnątrz, to wejście do środka sprawiało, że po prostu szczęka opadała do ziemi. Kapiąca od złota, ze wspaniałym ikonostasem oraz malowanymi ścianami, bazylika w Curtea do Argeş nic a nic nie przypomina budowanych wówczas na Zachodzie (a także w niedalekim Braszowie) surowych, gotyckich katedr.

W ogóle, słowo na temat kościołów. Nawet dziś w Rumunii widzi się wyraźną linię rozdzielającą tereny zamieszkałe przez katolickich i ewangelickich Węgrów oraz Sasów od terenów zamieszkałych przez prawosławnych Rumunów. Na północ od Fogaraszy dachy wież kościołów mają kształt smukłych ostrosłupów o podstawie kwadratów. Na południe i wschód z daleka świecą się okazałe banie cerkwi prawosławnych. Wiele z nich jest nowo wybudowanych; widać, że Rumuni po upadku komunizmu przeżywają odrodzenie religijne.

Ale powróćmy do Fogaraszy. W Curtea do Argeş zaczyna się Szosa Transfogarska, jeszcze jedno z szaleństw Geniusza Karpat. Na początku wspina się niesamowitymi mostami do jeziora zaporowego (w oddali: prawdziwy zamek Vlada Ţepeşa zwanego Drakulem), a potem pnie się dalej, w kierunku hal i skalistych dolin. Zakosami mija wodospad, przy którym zatrzymaliśmy się i dzieci solidnie się zmoczyły, a potem przez tunel przebity na wysokości 2000 metrów przechodzi na drugą, północną stronę głównego grzbietu. Tam, przy polodowcowym jeziorku Balea Lac, zatrzymaliśmy się na krótką wędrówkę do przełęczy Şaua Caprei („Kozia przełęcz”). Z góry rozciągały się fantastyczne widoki na północną część Szosy Transfogarskiej, która wygląda jak tor dla zabawkowych samochodzików. Weszliśmy na przełęcz (co było przedsięwzięciem może niezbyt ambitnym, niemniej męczącym – głównie ze względu na upał) i zeszliśmy, bez „dziewuch” – które zostały, by robić wrażenie w schronisku.

Zjazd szosą transfogarską z Balea Lac kierowców o słabszych nerwach przyprawi o palpitację serca, nie tylko ze względu na spektakularne zakręty, ale także ze względu na owce przechodzące przez drogę w nieoczekiwanych miejscach.

Obrazy pod powiekami (i smaki na podniebieniu)

Jak wszędzie na Bałkanach, w Rumunii i Bułgarii warto chodzić do restauracji. My mieliśmy kilka ulubionych – w Krapcu, mimo prób zniechęcenia nas przez Slaviego, jadaliśmy głównie w hotelu „Janica”. Przyczyną była miła obsługa, rozsądne ceny oraz... sałatka szopska, którą przyrządzali tam rzeczywiście świetną. Ale nie tylko ona – w Bułgarii jedliśmy znakomite gołąbki zawijane w liście winne oraz świetne kiełbaski kebapcze. Bułgarzy świetnie przyrządzają także rybę nad jeziorem Durankulak – choć tam dodatkową trudnością jest menu tylko po bułgarsku.W Rumunii zaś mieliśmy przyjemność zakosztować tamtejszej narodowej potrawy: mamałygi. W Cabana Diham podano nam ją: kasza kukurydziana rozrobiona z wodą na dość zwartą papkę, do tego owczy ser (bryndza) w śmietanie. Bardzo nam smakowało, podobnie jak zupa (ciorba) z klopsikami z mięsa zjedzona w Fagaraş, w drodze z szosy transfogarskiej. Z dodatkowych specjałów należy wymienić kaftę: mięso mielone z warzywami, pieczone w foremkach i podawane z sosem musztardowym oraz danie o nazwie, której nie zapamiętaliśmy: boczek przełożony kiełbasą przekrojoną wzdłuż, to wszystko zawinięte w spiralę i nadziane na dwa patyczki.

W każdej podróży są obrazki, których się nie zapomina. Jeden z obrazków, które zostały nam z tej wyprawy to wszechobecne furmanki zaprzężone w osiołki i konie, szczególnie niebezpieczne na głównych drogach po zmroku. Dość niesamowicie wyglądały... szyby naftowe w okolicach Bukaresztu oraz Ploiesti, stojące dosłownie przy drogach. Niesamowity był także pan, którego spotkaliśmy koło nieczynnej Cabany Brusturet. Z daleka wyglądał jak rozmarzony pasterz, który – zapatrzony w góry i popalając papierosa – miarowo uderzał siekierką w pień drzewa. Z bliska dopiero zobaczyliśmy, że ten od niechcenia ciosany pień stopniowo nabiera kształtów... Chrystusa Frasobliwego.

Ciekawym widokiem była też rumuńska prawosławna religijność: w monastyrach ludzie całowali ikony albo pocierali o nie różańcem, przed cerkwią w czymś na kształt dużego pieca palili świeczki. Najbardziej zabawny był Rumun, który w koszulce z napisem „Death Cult” klękał przed ikonami i obcałowywał krucyfiks w cerkwi w Buşteni.

Nadal barierę cywilizacyjną stanowi granica rumuńsko-węgierska – mimo wejścia Rumunii do Unii, nadal oddziela ona czysty i schludny, choć nienajbogatszy, świat środkowoeuropejski od bałkańskiego bałaganu.

Spotkaliśmy niewielu Polaków, głównie w górach, na szlaku. Poza samym Krapcem (dom obok!) nie spotkaliśmy też żadnego samochodu na polskiej rejestracji po drodze – dawno już nie widzieliśmy takich obrazków, bo Polacy teraz są wszędzie. Ale brak Polaków z nawiązką wynagrodziło nam spotkanie misia – na pewno był niedaleko nas, choć my widzieliśmy jedynie ślad na błocie. Inne zwierzęta – krowy, owce i konie – na halach spotykało się często.

Niesamowity obrazek stanowiła też cygańska wioska Buzescu pomiędzy Caracalem a Aleksandrią. Składa się w całości z cygański pałaców, przy których budowle, które budują polscy Cyganie, wyglądają jak psie budy. Trzy i cztery kondygnacje, balkoniki, kolumienki, potrójne dachy i ogromna bryła – to w Buzescu standard. Jeśli ktoś chce zobaczyć co to jest kicz – zapraszam do wioski Buzescu. Kiczowaty był też „Castelul Grozei” pod zamkiem Bran – ale dzieciom się podobał. Zaś sam zamek świetnie prezentował się by night – choć w środku nie odwiedziliśmy go.

W Rumunii dokuczały nam właściwie trzy rzeczy: miejscami fatalne drogi („drum in lucru” oraz dziury po wsiach, np. w Zarneşti), nieoświetlone samochody i furmanki na drogach oraz wszechobecne śmietnisko – to ostatnie w szczególności. Poza tym było ładnie, bezpiecznie i przyjaźnie.

Polecamy więc Rumunię, w szczególności tym, którzy lubią pochodzić po górach. My także pewnie wrócimy – warto zwiedzić jeszcze Bukowinę, Deltę Dunaju i więcej połazić po Fogaraszach.

 

Deser

A na deser impresja tematyczna: sto wcieleń Dacii