Wakacje w Chorwacji 2005
Decyzja zapadła na początku 2005 roku – w tym roku wracamy do Chorwacji! Byliśmy już trzy razy – w roku 1997 na Istrii, w 1999 na wyspie Murter oraz w 2001 roku na wyspie Pašman, ale nie udało się nam zrealizować dwóch zamierzeń: odwiedzić Dubrownika oraz parku narodowego Kornati. Pojechaliśmy więc z zamierzeniem, że tym razem na pewno nam się uda – a poza tym chcieliśmy odwiedzić przesympatyczny kemping, na którym byliśmy ostatnim razem. Na wyjazd namówiliśmy naszych znajomych z Krosna Odrzańskiego, Małgosię i Andrzeja. Uznaliśmy także, że tym razem część pobytu chcemy spędzić w apartamencie, a część na kempingu. Emilka została z rodzicami – 6 tysięcy kilometrów to jednak dla niej dużo za dużo.
Ponieważ jechaliśmy do południowej Chorwacji, postanowiliśmy pojechać drogą „wschodnią”, tj. przez Węgry i Bośnię. Pierwszy nocleg przypadł nam na kempingu w Balatonbereny, na południowo-zachodnim krańcu Balatonu. Sam Balaton jest dość niesamowity – po jednej stronie jest względnie płasko, po drugiej – wznoszą się efektowne, częściowo zalesione góry stołowe. Jedyne, co sprawiało nam trudność, to poruszanie się – kiedy jedzie się z prędkością 60 km/h i widzi się znaki prowadzące na Balatonszentgyorgy, Balatonkeresztur, Balatonmariafurdo, Balatonmagyarod lub Balatonujlak (podczas gdy my szukamy Balatonbereny), to człowiek ma wątpliwości gdzie ma skręcić. Nawiasem mówiąc, wszystkie nazwy są prawdziwe (choć pozbawione akcentów i kropeczek).
Pierwsza wyraźna granica cywilizacyjna to rzeka Drava – w Chorwacji jest wyraźnie biedniej niż po węgierskiej stronie. Potem droga wiedzie przez chorwacką prowincję, m.in. Grubišno Polje, Daruvar oraz Lipik. Po kilkudziesięciu kilometrach dojeżdżamy do granicy bośniackiej (a dokładniej mówiąc: Republiki Serbskiej w Bośni) gdzie od razu witają nas cerkiew prawosławna, cyrylica na znakach, kolejka na granicy (na szczęście w przeciwną stronę oraz... wyraźnie więcej ruchu. Po bośniackiej stronie pełno jest straganów, sklepików, kafejek, jeżdżą samochody, chodzą ludzie i... za każdym zakrętem czają się policjanci. Rada dla wszystkich odwiedzających Bośnię i Hercegowinę: stosujcie się do ograniczeń prędkości. Lekceważenie ich może raptownie powiększyć koszty eskapady.
Za Banja Luką wjechaliśmy w góry. Na początku droga prowadzi widowiskowym kanionem, potem wspina się coraz wyżej, aż do górskiego miasta Jajce, które jest dość niesamowite – ułożone nieomal w pionie, nad skalistym wąwozem, z dominującą, ogromną hutą. Niestety zaczął padać deszcz, który miał nam towarzyszyć aż do Mostaru. Drogi w Bośni są dobre, ale kręte i raczej zatłoczone. W krajobrazie dominują góry; miasteczka są proste, niezbyt bogate, w pejzażu zwracają uwagę liczne wieże minaretów. Sporo jest śladów po wojnie. W Mostarze są tylko dwa rodzaje domów – postrzelane lub zburzone oraz całkiem nowe. Z niewiadomych względów mieszkańcy Bośni i Hercegowiny nie odbudowują ruin, zostawiają je tak jak były, a obok stawiają nowy, ładny dom.
W Mostarze byliśmy pod wieczór. Rok temu odbudowano wspaniały most nad Neretwą, zabytek z XVI wieku, zbudowany onegdaj na polecenie Sulejmana Wielkiego. Dzisiaj na starym mieście pełno jest kafejek, sklepów z pamiątkami oraz turystów. Jest na poły europejsko, na poły orientalnie. Widzieliśmy np. nekrologi z zieloną obwódką i półksiężycem oraz imionami „Mehmet”, „Szamir”. Jednak islam w wydaniu bośniackim jest chyba dość tolerancyjny – Bośnia pełna jest billboardów z gołą damską pupą, a nastolatki spotkane na drodze były ubrane w krótkie spodenki oraz bluzeczki na ramiączkach. Kraj, poza tym że postrzelany, wyglądał dość normalnie i życie toczyło się zwyczajnie.
Dalej nasza droga wiodła przez przełom Neretwy. Szeroka, czysta i ładna rzeka przebija się przez niebosiężne góry, by obok miasta Metković wpaść do Adriatyku. Około 22 ponownie wjechaliśmy do Chorwacji by zaraz potem, obok miasta Neum, jeszcze raz odwiedzić na krótko Bośnię i po 12 kilometrach wrócić do Chorwacji. W sumie w tę jedną stronę przekroczyliśmy granicę 8 razy, przy czym nie liczę granicy między Republiką Serbską oraz Federacją Bośni i Hercegowiny, dwoma podmiotami wchodzącymi w skład konfederacji Bośni i Hercegowiny.
Mieścin o tej nazwie jest w Chorwacji kilka, jeśli nie kilkanaście, ale my byliśmy w tej, która mieści się na półwyspie Pelješac. Wioska było doprawdy idylliczna – rozłożona szerokim półkolem nad zatoką, z niedużym portem, kilkoma kawiarenkami tuż nad wodą i winnicami rozłożonymi ponad domami. Trstenik jest tak położony, że późnym popołudniem jest już w cieniu pobliskiej góry i panuje znośna temperatura.
Nasz apartament mieścił się w domu leżącym nieco wyżej od wszystkich. Mieliśmy do dyspozycji dwie sypialnie, każda na trzy osoby oraz nieduży pokój jadalny z kącikiem kuchennym, który służył nam głównie do gry w „Magię i Miecz”. W apartamencie była klimatyzacja, a przy domu znajdował się duży taras. Jednak największym zaskoczeniem był basen, niedawno zrobiony przez Matko (gospodarza) i będący jego chlubą. Pływaliśmy w nim rano i wieczorami, a największym wielbicielem basenu był bez wątpienia Jaś – szczególnie od chwili, kiedy zaprzyjaźnił się z dziesięcioletnim synem gospodarzy, Marko.
Generalnie jednak wypoczywaliśmy nad morzem. Pierwsze dwa dni spędziliśmy na plaży Grdni Do, w okolicach niedalekiej Žuljany, gdzie najwięcej frajdy miał Jaś – wspinając się na wielki kamień. Miejsce było trudno dostępne z lądu, ale bardzo łatwo z wody. Dlatego większość odwiedzających przypływała na Grdni Do łodziami. Tłoku nie było, ale codziennie zbierało się jednak te kilkanaście osób. Po przygodzie z samochodem (patrz niżej) przenieśliśmy się na inną plażę, bliżej Trstenika. Chodziliśmy na nią piechotą; była również kamienista, ale łatwiej dostępna z drogi. Przez większość czasu byliśmy na niej albo sami, albo oprócz nas plażowały jeszcze dwie-trzy osoby.
Oczywiście jednym z ulubionych naszych zajęć – oprócz wylegiwania się na słońcu, czytania oraz gry w Scrabble – było nurkowanie. Wszyscy troje mieliśmy maski z rurkami i sporą część dnia spędzaliśmy w wodzie, podziwiając życie podwodne, wyłapując kraby i obserwując ośmiornice. Generalnie, wszystkim wyjeżdżającym do Chorwacji polecamy zabranie sprzętu do nurkowania – naprawdę czekają na was duże wrażenia. Z innych sprzętów – przydały się nam nasze namiociki plażowe, kupione za 20 zł w hipermarkecie, parasole (które jednak miały tendencję do odfruwania) oraz nowy, aktualny atlas samochodowy.
Na osobny rozdział zasługuje Matko Živkusić, nasz gospodarz. Człowiek-instytucja, wulkan energii, serdeczny gaduła; posiadacz domu, mieszkania, basenu, dwóch skuterów, trzech samochodów, winnicy oraz ogromnego autorytetu. Pracował w Niemczech z Polakami i Czechami, więc swobodnie nas rozumiał; on mówił mieszanym polsko-czesko-chorwackim, więc rozumieliśmy go bez kłopotu.
Najbardziej pomógł nam w momencie awarii samochodu. A było tak – do plaża Grdni Do można albo dojść z miejscowości Žuljana (ok. 10 minutek) albo podjechać samochodem i przejść naprawdę 5 minutek, dość stromą ścieżką, do samej plaży. Pierwszego dnia przejechaliśmy ten kawałeczek bez kłopotu, ale drugiego na kamieniu na drodze rozbiliśmy miskę olejową. Odpadł dość spory kawałek, a na dodatek – niestety – Kuba postanowił zjechać z polnej drogi do Žuljany i uruchomił silnik, kiedy nie było już w nim oleju. Potem z Andrzejem przeszli 5 km drogą z Žuljany do Trstenika (w upale...) i spotkali się z Matko oraz zadzwonili do firmy ubezpieczeniowej Elvia, żeby uzyskać pomoc. Oczywiście pomocy nie udzielił ubezpieczyciel (na co zresztą złożyliśmy reklamację), za to udzielił jej Matko. Wezwał jakiegoś chłopaczka, pojechaliśmy z nim do Žuljany, gdzie auto odholowano do warsztatu, gdzie pracowali dwaj chłopcy lat na oko 17 – Marjan i Nikola. Matko polecił mi także spawacza, który przyspawał kawałek aluminium do miski (okazało się, że była już wcześniej w tym miejscu spawana). Po trzech dniach samochód był naprawiony, ale w drodze powrotnej z Žuljany do Trstenika wydarzyła się kolejna przygoda – pękł przewód paliwowy! Ostatni kawałek między domem a pocztą Multusia przejechała „brocząc dieslem”. Matko, który pod domem podlewał kwiatki, kiedy to zobaczył natychmiast przeciął wodą strumień paliwa – inaczej, gdyby ktoś rzucił papierosa na paliwo na dole, ogień mógłby dojść do Multusi i samochód mógłby się najnormalniej w świecie spalić. Następnego dnia z samego rana przyjechał na motorku Marjan i w ciągu pół godziny wymienił przewód na nowy.
Matko ciekawie opowiadał o sobie, rodzinie, Chorwacji i Niemczech. Kiedy przyjechaliśmy z Dubrownika i zachwycaliśmy się miastem, powiedział: „to teraz wiecie czemu wróciłem”. Kiedy rozmawialiśmy o Zachodniej Europie, przyjeżdżających turystach, itd., mówił, że najbardziej go cieszy nie to, żeśmy Polacy czy Czesi, ale że „teraz jest nasz czas” (czyli środkowej Europy). Kiedy w samochodzie Matko podróżowaliśmy z Trstenika do Žuljany, nieomal wszystkie mijane samochody pozdrawiały samochód Matka mrugnięciem świateł. Nawiasem mówiąc, w samochodzie Matka była kaseta z wiązanką pieśni bojowych, na której okładce był żołnierz z kałachem oraz mapa Chorwacji obejmującej tereny dzisiejszej Chorwację, całą Bośnię i kawałek Słowenii.
Generalnie, z Trstenika wyjeżdżaliśmy z przekonaniem, że przewodniki po Pelješacu podają adresy pomocy drogowej, pogotowia, stacje benzynowe – ale w sumie i tak najważniejszy jest telefon do Matko.
Drugi tydzień naszego pobytu spędziliśmy na kempingu Sovinje na wyspie Pašman, koło miejscowości Tkon. Sporym przeżyciem jest dotarcie tam z południowej Chorwacji – krajobrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Najpierw jedzie się szeroką, płaską deltą Neretwy, gdzie Chorwaci mają ogrody i przy drodze jest pełno straganów z owocami i warzywami (nie omieszkaliśmy się zaopatrzyć). Spore wrażenie robi tzw. Riwiera Makarska, z miastami i wioskami przypiętymi do stromych i wysokich gór Biokovo, wypiętrzających się tuż nad morzem na ponad 1600 metrów. Po drodze zwiedziliśmy Trogir (patrz niżej), aż wreszcie znaleźliśmy się na promie z Biogradu, czyli w miejscu znajomym – 4 lata wcześniej odwiedziliśmy Sovinje po raz pierwszy. Kemping jest mały, przytulny; jest na nim jedna z nielicznych plaż piaszczystych w Chorwacji, co sprawia, że głównymi klientami są rodzice z małymi dziećmi. Ponieważ dzieciarnia nie ma oporu przed nawiązywaniem znajomości ponad barierami językowymi, po dwóch dniach na plaży panuje dziecięca komuna – wszyscy bawią się z wszystkimi zabawkami wszystkich. Jaś najbardziej zaprzyjaźnił się z Tomašem z Czech, który uparcie nazywał Jasia „Matjaš” – a myśmy go nie poprawiali.
Generalnie, zaskoczyła nas niemile pogoda. Wiała bura, zimny, porywisty wiatr spadający z łoskotem z gór Velebit. Przysporzył nam sporo problemów w dwa pierwsze dni. Namiot „Wezyr” nie za bardzo chciał stać, a poza tym złamał nam maszty od naszego namiotu typu igloo (niestety, za mocno obciążone dwoma zbyt szerokimi materacami). Jednego dnia przywiał chmury, które sprawiły, że przez niemal cały dzień chodziliśmy w polarach, a zamiast plażować – graliśmy w Scrabble, Magię i Miecz oraz boule.
Taki był jednak tylko jeden dzień. W pozostałe dni było bardzo ciepło, cały dzień można było się wylegiwać na plaży albo siedzieć w wodzie. Choć plaża jest nieduża, nie czuje się, żeby było ciasno – w szczególności że naprawdę wiele osób siedzi w wodzie albo na pomoście. Pobyt możemy uznać za bardzo udany; szczególnie dlatego, że – w odróżnieniu od pobytu 4 lata temu – było sporo Polaków. Podczas naszego pobytu – razem z nami – były dni że było nas aż 18 osób (serdecznie pozdrawiamy wszystkich, a najbardziej Sylwię z Mariuszem oraz Olę z Pawłem). W ostatni wieczór wszyscy (ale głównie Sylwia) przyrządzili wspaniałą rybę, którą następnie zjedliśmy ze smakiem podczas bardzo miłej, uroczystej kolacji. Aha, i z czystym sumieniem możemy polecić restaurację „Lanterna” w miejscowości Pašman ok. 10 km od Tkonu – podają bardzo dobre, grillowane kalmary i takąż rybę. Na dodatek jest niedrogo, co w Chorwacji nieczęste.
Na Mljet popłynęliśmy za namową Matko, który powiedział, że jest tam fajnie, „a za wstęp do parku nie musicie płacić” (zachodni kraniec wyspy objęty jest ochroną). Rano stawiliśmy się więc w porcie, gdzie kutrem Saldun wypłynęliśmy w kierunku wyspy Mljet. Jak tylko wydostaliśmy się z zatoczki, w której było spokojnie, zaczęły się wiatr i fala. Płynęły z nami chorwackie dzieci w burzliwym wieku nastoletnim. Najśmieszniejszy był jeden z chłopaków, który najpierw zaczepiał koleżankę nalewając jej zimnej wody za spodenki, a potem, kiedy zaczęło bujać, „umierał” na dziobie. Jaś bardzo dzielnie zniósł podróż, choć kołysało nieźle przez prawie godzinę.
Natomiast niemiła niespodzianka spotkała nas ma Mljecie. Otóż jedyna droga, jaka wychodzi z miejscowości Pomena, jest bramą parku narodowego. Chcesz wejść do parku – płać 90 HRK za osobę. Nie chcesz – zostań sobie w mieścinie (gdzie oprócz hotelu „Odisej” pełnego Amerykanów oraz restauracji z colą za 14 kun/0.2 litra nie ma nic innego). Chociaż te 90 kun obejmuje wstęp do parku, rejs stateczkiem oraz zwiedzanie klasztoru na wyspie na jeziorze – to jednak Matko mówił, że to nic specjalnego. Zresztą, kiedy wieczorem dowiedział się, że życzą sobie aż tyle – zadzwonił do żony Ingi, żeby nie kierowała tam turystów, a sam obiecał, że przed promem na Mljet postawi informację: „Uwaga! Na wyspie będziecie musieli zapłacić jeszcze 90 kun!” i będzie spokojnie czekał, aż obsługa promu porachuje kości władzom parku.
Tego dnia wypoczywaliśmy więc w niedużej zatoczce na północ od Pomeny, a wieczorem wróciliśmy tym samym statkiem, z tymi samymi dziećmi kolonijnymi, z powrotem do Trstenika. Bujało tak samo jak nie bardziej, a dzieci dodawały sobie animuszu śpiewaniem chorwackich hiciorów. Właściwie trudno powiedzieć co śpiewały i na jaką melodię – w każdym razie było głośno.
Dubrownik robi niesamowite wrażenie. Stare miasto położone jest na półwyspie otoczonym z trzech stron wodą, a od lądu zabezpieczone wysokimi i grubymi murami. Poza nimi znajdują się wspaniałe, stare wille, tonące wśród kwiatów i ocienione palmami. Praktycznie każdy ogród ma swój klimat i swój urok i w drodze do starego centrum warto na chwilę zatrzymać się przed jedną czy drugą bramą i posłuchać, co szepczą do przechodnia stare mury. Przez podwójną bramę wchodzi się na główną ulicę miasta, Stradun. Przy wejściu jest studnia, z której podobno można się napić wody i pomyśleć jedno życzenie – a spełni się ono! Uwaga: można to zrobić tylko raz w życiu! Ulica to duży deptak, ze sklepami i kafejkami po obu stronach. Dochodzi się nią na duży plac z kościołem, na którym także jest fontanna. Ale ogromną frajdę sprawi powałęsanie się po bocznych uliczkach, wąskich, zacienionych, gdzie więcej jest kafejek, fajnych sklepików z drobiazgami i tawern. Widać bogactwo starego Dubrownika, rzeczywiście, miasto jest Paryżem Adriatyku, jak mówił Matko. Także, niestety, pod względem cen. I jeszcze anegdota: w przewodniku wyczytaliśmy, że bogactwo miasta wzięło się stąd, że kupcy z Dubrownika wpłacali 1% swojego dochodu miastu. Na to Kuba mówi do Andrzeja (pracownika urzędu skarbowego): Widzisz, jeden, nie dziewiętnaście albo trzydzieści. Jeden! Bogactwo bierze się z niskich, nie wysokich podatków! Na co Andrzej spokojnie się zastanowił i odpowiedział: Mogę cię zapewnić że polscy kupcy nawet 1% nie wpłacają, więcej płacą tylko pracownicy i emeryci, którzy nie mają tylu sposobów ucieczki przed podatkiem. Rzeczywiście, trudno odmówić mu racji.
Dubrownik można obejrzeć z murów twierdzy, ale nie zrobiliśmy tego – do miasta dojechaliśmy w upale i mieliśmy raczej ochotę na cień i odpoczynek. Dobre duchy zaprowadziły nas do portu, gdzie akurat odpływał stateczek na wyspę Lokrum. Po ok. 15 minutach żeglugi po rozkołysanym morzu przybiliśmy do przystani na tej małej wysepce. Lokrum spełnia dla Dubrownika funkcje parku miejskiego – w odróżnieniu od reszty spalonej słońcem Dalmacji jest tam gęsta, tropikalna roślinność, zadbane alejki kwiatowe. Warto zobaczyć dwa najważniejsze zabytki – ruiny klasztoru oraz starego fortu (i wspaniałą panoramę ze jego szczytu). Odwiedziliśmy także plażę, tj. kamienne tarasy schodzące stromo do wody oraz drabinkę podczepioną na końcu jednego z nich. Było tam naprawdę emocjonująco. To miejsce wyspy było wystawione na otwarte morze i o brzeg uderzały naprawdę duże fale. Nie mogliśmy sobie podarować przyjemności wykąpania się – cała operacja była skomplikowana i wymagała niezłej synchronizacji czasowej: trzeba było zejść na najniższy taras, omywany wodą, poczekać aż fala przewaliła się, po czym dobiec do drabinki, chwycić się jej mocno i skulić, żeby stawiać minimalny opór wodzie. Zrobienie tego za wcześnie lub za późno groziło tym, że kilka ton wody zmyje człowieka i roztrzaska na pobliskich skałach. Kiedy fala przeszła, należało szybko i zdecydowanie wskoczyć do wody, która – choć wzburzona – była i tak znacznie bezpieczniejszym miejscem od drabinki czy dolnego tarasu. Po chwili pływania należało podpłynąć do drabinki i znowu wyczekać na właściwy moment – na szczycie fali drabinka była zatopiona w całości, w dolinie – nie dało się na niej oprzeć nóg, a więc następna fala mogła zmyć człowieka i rzucić o skały. Emocje były ogromne, wysiłek też spory, więc po powrocie z wyspy z dużym apetytem zjedliśmy w jadłodajni w jednej z bocznych uliczek dobrą i niedrogą paprykę faszerowaną.
Uwaga: w Dubrowniku pod żadnym pozorem nie należy parkować w niedozwolonym miejscu. Służby miejskie są całkowicie pozbawione sentymentów, czy to wobec miejscowych, czy to przyjezdnych. Wieczorem, wracając do samochodu, widzieliśmy jak podjechała laweta i na czterech łańcuchach podniosła źle zaparkowany samochód, a potem odwiozła go na policyjny parking. Cała operacja trwała może 90 sekund.
Po drodze z Trstenika na Pašman zahaczyliśmy o Trogir. Miasto dosłownie zwaliło nas z nóg swoją urodą. Inaczej niż Dubrownik czy Split, jest dość kameralne. Średniowieczna starówka to labirynt wąziutkich uliczek i zaułków, które nagle zakręcają, zawracają, ni stąd ni zowąd rozszerzają się w małe placyki albo po prostu kończą się restauracyjnym ogródkiem. Praktycznie każdy zaułek ma swój własny, indywidualny klimat. Każdy jest trochę inny, ale jest w tym pewien organiczny, odwieczny porządek. W niektórych miejscach widać jak jedne, starsze domy stawały się częścią większych, nowszych; obok siebie stoi kamienny dom sprzed, na oko, ośmiuset lat oraz współcześnie nadbudowana kamienica, ale wszystko to jest w jakimś naturalnym ładzie. Jeśli gdzieś można by znaleźć ilustrację książki Christophera Alexandera The Timeless Way of Building, o harmonii sił i „żywych budynkach” – to właśnie w Trogirze. Tam też kupiliśmy prezent Ani – saszetkę z lawendą, która teraz napełnia swoim zapachem naszą szafę.
W Trogirze zaszliśmy także na targ – raczej nie na zakupy, ale by poczuć atmosferę. Do zakupów gorąco namawiały nas chorwackie starowinki sprzedające często po kilka marchewek, jeden ser robiony domowym sposobem oraz rakiję nalaną do butelek po coli i fancie.
Będąc na Sovinje wybraliśmy się na całodzienną wycieczkę do Parku Narodowego Kornati. Kornati to kilkaset wysp, wysepek i skał ledwie wyłaniających się z wody na południe od Pašmanu. W programie wycieczki jest przepłynięcie obok nich kutrem, przybicie do przystani Telašćica na wyspie Dugi Otok, zwiedzanie klifu oraz słonego jeziora, obiad na pokładzie statku oraz dwa postoje na kąpiel. Możemy polecić z czystym sumieniem całą wycieczkę, jakkolwiek trochę problematyczne jest nazywanie jej „wycieczką na Kornaty” – tak naprawdę o sam park narodowy się ledwie zahacza, natomiast „gwoździem programu” pozostaje słone jezioro na wyspie Dugi Otok, którego brzegi są bardzo, ale to bardzo zatłoczone. Przemysł turystyczny niestety zdewastował już trochę naturalne piękno dalmatyńskich wysp.
W sumie największą atrakcją była podróż, obiad i kąpiele. Podróż – ponieważ miło się płynęło, kuter był mały (zaledwie ok. 10 osób), a obsługa była bardzo fajna. Wino było dostępne bez ograniczeń :) Obiad – ponieważ jedzenie było dobre i mieliśmy małą przygodę. Otóż kiedy odpływaliśmy z Telašćicy, jeszcze siedząc przy stołach, kiedy pędem minęła nas duża łódź. Kapitan w ostatniej chwili próbował zrobić zwrot, ale nie zdążył – potężna fala zakołysała statkiem, skutkiem czego parę osób wylądowało na ziemi, na nich ich obiady, na Kubie pełna szklanka czerwonego wina, zaś niektóre sztućce – za burtą.
Ale największą atrakcją była i tak kąpiel, a dokładniej mówiąc – wyczyny Jasia. Skakał na nogi, na głębokiej wodzie, z burty statku, prosto do morza. Starsze od niego dzieci schodziły po drabince – ale dla Jasia to było mięczactwo. Pewna Włoszka była pod tak dużym wrażeniem, że przejęta mówiła do nas: bambino pesce, bambino pesce! (dziecko ryba!) i pokazywała swojej córce, nastolatce, za wzór. Wycieczka była więc udana, choć 250 kun za osobę dorosłą to lekka przesada.
Powrót był niemiły, a to z paru względów. Po pierwsze, padało prawie całą drogę. Z tego też powodu nie zobaczyliśmy Plitvic, które nieodmiennie uważamy za ósmy cud świata. Po drugie, przykro się robiło patrząc na chorwackie autostrady. To znaczy są one śliczne, ale człowiek myśli – jak to możliwe? Żyjemy w kraju płaskim jak stół, gdzie wystarczy wylać asfalt, ogrodzić, pomalować i już jest autostrada. Chorwaci muszą wykopać tunele, postawić estakady, wyciąć całe góry, usypać kamienne półki skalne – a mimo to budują kilkaset kilometrów autostrad rocznie. Po trzecie, zaliczyliśmy mały korek w okolicach granicy chorwacko-słoweńskiej. Po czwarte, niemile przywitała nas ojczyzna – najpierw spotkaliśmy wyjątkowo nieuprzejmego pogranicznika, a potem jeszcze czekało nas 100 km polskich dróg – wąskich, dziurawych, źle oznakowanych. Mimo to byliśmy zadowoleni, że odcinek z kempingu do Opola zrobiliśmy za jednym zamachem.
Podsumowując: przejechaliśmy z Gdańska około 6 tys. kilometrów, na całe wakacje wydaliśmy ok. 4 tys. złotych. Do Chorwacji nie warto zabierać dużo euro – złotówka jest powszechnie akceptowana w bankach i na pocztach. Z bankomatami jest naprawdę nieźle, a prawie każdy sklep spożywczy przyjmuje karty kredytowe. Trudno natomiast zaakceptować chorwackie ceny – 35 kun za kurs na wyspę Lokrum (15 minut), 50 kun za butelkę wina domowego, 5 kun za gałkę loda, wreszcie wspomniane 250 kun za całodzienną wycieczkę z jednym posiłkiem, 12 kun za 30 km autostrady Zagrzeb-Krapina – to zdecydowanie za dużo.