Chorwacja była naszą pierwszą miłością wakacyjną. Pierwszy raz dotarliśmy tam w 1997 roku, jeszcze przed tłumem turystów. Byliśmy w sumie 4 razy, ale po ostatnim pobycie, w 2005, trochę się zniechęciliśmy. Zaczęło być tłoczno i drogo; kelnerzy byli nieuprzejmi i kantowali na rachunkach. Odpuściliśmy na ponad 10 lat. Ale w międzyczasie dorosła córka i postanowiliśmy jej pokazać piękno Adriatyku – a przy okazji, rozszerzyć wycieczkę o Czarnogórę, w której jeszcze nigdy nie byliśmy.
Startowaliśmy z Opola, wybraliśmy trasę Ołomuniec, Brno, Słowację, potem Węgry. Na Słowacji oraz na Węgrzech obowiązują winiety elektroniczne – warto wcześniej zakupić taką przez internet, żeby oszczędzić czasu na czekanie w kolejce na granicy. Stosunkowo szybko i wygodnie dotarliśmy do granicznego Letenye, a po wjeździe na teren Chorwacji, autostradą na Zagrzeb i Karlovac, do Slunja – miejscowości położonej ok. 10 km od Parku Narodowego Jezior Plitwickich. Dotarliśmy na miejsce ok. 18-tej i praktycznie od razu pojechaliśmy do poleconej przez gospodynię restauracji, gdzie wcięliśmy solidny talerz lokalnych mięsiw – bardzo smaczny.
Jezior Plitvickich nie trzeba chyba przedstawiać nikomu, kto trochę podróżował po Europie. Są po prostu olśniewające. Białe, wapienne skały, zniewalająco błękitna woda, której potoki spływają po girlandach kwiatów i roślin kaskadami do kolejnych jezior, na kolejnych stopniach. To wszystko opasane zieloną wstęgą lasu, w przyjemnym chłodzie, nieomal klimatyzacji.
Zaczęliśmy zwiedzanie bardzo wcześnie rano, o ósmej. Już wtedy było sporo ludzi – zwłaszcza, że była to niedziela. Planowaliśmy obejrzeć jedynie górną połowę parku, ale okazało się, że po jej zobaczeniu mieliśmy nadal sporo czasu. Jak wygląda piekiełko weekendowych Plitvic, mieliśmy okazję zobaczyć dopiero po przepłynięciu jeziorka. Ludzie byli dosłownie wszędzie – na wąskich ścieżkach szła nieustająca czereda turystów ze wszystkich stron świata. Po zobaczeniu najbardziej efektownej kaskady i pstryknięciu pamiątkowej fotki oddaliliśmy się więc w kierunku parkingu, aby pojechać na prom.
Okazało się to zbawienną decyzją, bo kiedy zajechaliśmy do Splitu okazało się, że na prom do Stari Gradu czeka już całkiem spora kolejka i moglibyśmy się na niego nie załapać. A tak – po godzinnym postoju, przeznaczonym na zwiedzenie ścisłego centrum z Pałacem Dioklecjana oraz sklepu z cukierkami znaleźliśmy się na promie i odpłynęliśmy w kierunku Hvaru.
Wyspar Hvar to jedna z „zewnętrznych” wysp chorwackich. Słynie przede wszystkim z lawendy – w każdym miasteczku było co najmniej kilka kramów z kwiatami oraz mydłami o zapachu lawendowym. Oprócz tego – na słonecznych stokach uprawia się także wino, ale nie jest ak znane, jak choćby to z pobliskiego półwyspu Pelješac.
Mieszkaliśmy na kempingu niedaleko miejscowości Stari Grad – najważniejszego ośrodka administracyjnego wyspy, starożytnego Pharos. To nieduże, malownicze miasteczko, położone nad zatoką wcinającą się w wybrzeże wyspy. Na uwagę zasługiwała szeroka promenada nad wybrzeżem, przy której zacumowane było mnóstwo jachtów, oraz klimatyczne, wąskie uliczki w górnej części miasteczka. Jednego wieczoru naszą uwagę przykuła grupa nastoletnich chłopaków rozgrywających mecz na głównym placu miasteczka – schody do kościoła były jedną bramką, rynna i okno wyznaczały drugą. Obserwowaliśmy przez dłuższą chwilę, coraz lepiej rozumiejąc, dlaczego tak mały kraj ma tak silną drużynę i takie gwiazdy jak Dario Srna i Davor Šuker oraz tak wspaniałe drużyny jak Hajduk Split.
Poniekąd przeciwieństwem Stari Gradu jest oddalony o zaledwie 19 kilometrów Hvar. Jedzie się tam albo prostą i szeroką, ale niezbyt ciekawą drogą przez tunel, albo emocjonującą, wąską drogą przez góry, ze wspaniałymi widokami na wyspy i morze. Tutaj na głównym placu snują się eleganccy panowie i eleganckie panie. W sklepach są zupełnie inne towary (z wyższej półki), zaś ceny przyprawiają o mdłości. W porcie cumują jachty arabskich szejków, z własnym helikopterem na pokładzie. Nad miastem góruje twierdza Španjola – jak sama nazwa wskazuje, nazwana tak po Hiszpanach. W Hvarze poprzestaliśmy więc na lodach, ale już w następny dzień wykupiliśmy wycieczkę.
Jaskinia Błękitna (Modra Špilja) znajduje się na maleńkiej wyspie Biševo. Startuje się z Hvaru rano, statkiem, którego górny pokład stanowi jedną wielką plażę. Zaludniała ją głównie młodzież, głównie portugalska (choć było też trochę młodzieży polskiej). Przez około dwie godziny płynęliśmy na wyspę Vis. Do 1992 roku była ona zamknięta dla turystów, bo stanowiła największą w Chorwacji (wcześniej – Jugosławii) bazę marynarki i obrony nadbrzeżnej. Poznani na kempingu Polacy opowiadali, jak parę lat temu turysta, który – mimo przestróg przewodników – zszedł z bitej drogi, przypłacił to urwaną na minie nogą. Nam niczego na wyspie Vis nie urwało; spędziliśmy tylko godzinę na plaży. Zabawna sytuacja miała miejsce jedynie przy obiedzie. My zażyczyliśmy sobie robę i dostaliśmy obiad od razu – pyszne płaty miecznika. Nasi towarzysze przy stoliku, Portugalczycy, chcieli pieczeń – co zaowocowało co najmniej półgodzinnym oczekiwaniem. Prawdziwa tortura.
Do samej jaskini wpływa sie małą łódką po uiszczeniu niewielkiej opłaty i podziwia się błękit nieba przefiltrowany przez wodę, świecący jakby od dołu. Czuje sie jak we wnętrzu wielkiego szafiru.
Poza tym dni upływały nam leniwie, pomiędzy namiotem a plażą. O ile takiego określenia można użyć, bo ową „plażą” było kilkanaście metrów kwadratowych żwiru oraz opadające tarasami ku wodzie skały. Milunia całe dnie spędzała w wodzie – strzałem w dziesiątkę okazał się imieniowy prezent (maska, rurka, płetwy). Raz na jakiś czas z wody wyczłapywało się mokre stworzenie, mówiło „dajcie coś do jedzenia”, – po czym skakał z powrotem do wody. A my tylko wieczorami sprawdzaliśmy, czy nie wyrosły mu jeszcze płetwy i skrzela. Jedynym większym wydarzeniem było gaszenie pobliskiego pożaru – potężne wodnosamoloty skręcały tuż nad naszym kempingiem, lekko dotykały wody, nabierały jej do komór (starając się nie złapać przygodnych windsurferów) i rzucały na płonący las. Wyglądało to bardzo spektakularnie. Jednego dnia pojechaliśmy na drugą stronę wyspy, gdzie pod spektakularnymi ścianami wspinaczkowymi i głazami zanurzonymi w morzu znalazła się mała, przytulna plaża.
Kemping był nieduży, towarzystwo było międzynarodowe, panowała bardzo przyjazna atmosfera. Jedynym problem był brak ciepłej wody. Cena – ok. 1100 zł za ośmiodniowy pobyt trzech osób – była w miarę przyzwoita, choć raczej nie niska. Ale podobno to i tak niewiele jak na Chorwację. W ostatni dzien pobytu promem, z widokiem na Riwierę Makarską, pojechaliśmy dalej.
My po raz drugi, a Milunia po raz pierwszy, odwiedziliśmy Dubrownik. Przygoda z niegdysiejszym miastem-państem, do początku dwudziestego wieku zwanym Ragusą, zaczęła się od szukania miejsca na parkingu. Zaczęlilśmy to robić stosunkowo daleko od bram Starego Miasta i to było nasze szczęście – zaparkowaliśmy za jedyne 10 kun za godzinę. Dla porównania – parkingi tylko odrobinę dalej były po 40 kun za godzinę, a przy samej Starówce – 75!
Stare Miasto jest przepiękne, ale trudno nie zauważyć, że bardzo nasycone masową turystyką. Na głównej ulicy – Stradunie – przewalają się dwie rzeki ludzi – jedna do portu, druga od niego. Co chwilę stoją naganiacze, aby zapraszać do niedalekich barów i restauracji. Widząc rzekę ludzi na i temperaturę w słońcu, zrezygnowaliśmy ze spaceru po murach. Pobocznymi zakamarkami udaliśmy się natomiast do wysokiego punktu Starego Miasta, aby pstryknąć kilka klimatycznych fotek, a potem zasiedliśmy przy czymś zimnym do picia – i jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy dalej, po drodze podziwiając wspaniały widok z drogi na południe.
Zatoka Kotorska to fiord wcinający się na kilkanaście kilometrów w głąb Gór Dynarskich. Wygląda niesamowicie – otoczony przez góry o wysokości prawie dwóch tysięcy metrów, z wąską, przylepioną do skał drogą i nielicznymi miastami i wioseczkami – zdaje się zaprzeczać prawom przyrody. Nawet ogromne, kilkunastopokładowe wycieczkowe wpływające do Boki, przy ogromie gór wyglądają jak dziecięce zabawki. Mieliśmy okazję zobaczyć miasteczko Perast – które właściwie całe jest wielkim muzeum pod gołym niebem. Zabytkowe budynki, zakamarki i wszechobecne koty dodawały mu bajkowego klimatu. Atrakcją wieczoru było czarne risotto, tj. ryż z owocami morza, podlany atramentem z kałamarnicy – który pozostawiał zabarwiony język.
Osobnym tematem był sam Kotor, wspaniały przykład średniowiecznej, warownej architektury. Miasteczko rozłożyło się szeroko na płaskim kawałku ziemi u stóp wielkiej góry. Otoczone grubymi murami od strony morza i wysoko pnącymi się umocnieniami od strony gór, prezentowało sie bardzo malowniczo z zewnątrz. Ale prawdziwe atrakcje czekały nas wewnątrz – tak charakterystyczne dla śródziemnomorskiego klimatu wąskie uliczki, sympatyczne szyldy, piękne sklepiki i zakamarki. Także i Kotor to królestwo kotów (nawet przez chwilę podejrzewaliśmy, że nazwa pochodzi od kota) – co widać nie tylko w lokalnych mieszkańcach, ale i w architekturze. Pozytywne wrażenie zrobiła na nas wielka lala „siedząca” na murach; duże, choć nie tak bardzo pozytywne - ogromne wycieczkowce, „parkujące” nieomal na dziedzińcu starego miasta.
Półtora dnia spędziliśmy w okolicach Budvy. Częściowo na (niezbyt ładnej) plaży Jaz, częściowo w mieście. Miasto ma zupełnie inny charakter – jest jednym wielkim kompleksem turystycznym budowanym z myślą o Rosjanach. Niewielkie Stare Miasto (ładne, ale po Dubrowniku i Kotorze niezbyt spektakularne) jest otoczone przez setki budowanych chaotycznie hoteli. Duże ilości naganiaczy, butików, straganów oraz biur oferujacych wycieczki, przywodzą na myśl Międzyzdroje. Tylko trochę cieplej. W sklepie znaleźliśmy specjalny dział „Russkije produkty”. Bez czego Rosjanin nie wyobraża sobie wakacji na śródziemnomorskim wybrzeżu? Otóż muszą być grzybki marynowane, ogórcy oraz śledzie w słoikach. Oraz – zaskoczenie! – łuskany słonecznik.
Wyjeżdżaliśmy bez większego żalu, choć oczywiście nasze wakacje zbliżały się ku końcowi. Widok z drogi na Podgoricę zrekompensował żal rozstania, a temperatura ciągle pozostawała wysoka.
Po drodze odwiedziliśmy jeszcze monastyr Ostrog – święte miejsce prawosławia, z cerkwią wbudowaną w skałę i domem pielgrzyma. Niesamowicie prezentuje się z drogi – wznosząc się prawie 600 metrów nad doliną – niestety nie udało nam się tego uchwycić na zdjęciu.
Naszym następnym przystankiem był masyw Durmitor – wapienne góry o wysokości około 2,5 tys. metrów, niedaleko bośniackiej granicy. Późnym popołudniem zajechaliśmy do miejscowości Đurđevića Tara, gdzie znajduje się spektakularny most nad rzeką Tara. Zbudowany w latach trzydziestych XX wieku, dzisiaj wygląda na zużyty, ale w swoim czasie był to najdłuższy łuk betonowy w Europie. Wokół kwitnie przemysł turystyczny – biura organizujące spływy Tarą, kilka lin stalowych, po których można zjeżdżać na tyrolkach, restauracje, noclegi. Trochę czasu zajęło nam znalezienie noclegu – ale okazało się, że słowiańskie podejście do sprawy (zapytanie właściciela pensjonatu, czy nie ma kogoś znajomego, kto wynajmuje) szybko zapewniło nam dwa mini-mieszkanka na kempingu o swojskiej dla informatyka nazwie Kod Boće.
Chcieliśmy spłynąć Tarą. Typowa wyprawa – trwająca około godzinę-półtorej – nie satysfakcjonowała nas. Zafundowaliśmy sobie całodniową (jak się okazało – dziewięciogodzinną) wycieczkę, tzw. safari. Wystartowaliśmy rano następnego dnia – malowniczą trasą przejechaliśmy od północnej strony Durmitora. Naszym gospodarzem był Aleksander – Serb z pogranicza, umiarkowany nacjonalista, wielbiciel Crvenej Zvezdy Belgrad i sportu. Władał dobrym angielskim, czas upływał nam miło na pogaduchach o koszykówce, tenisie i muzyce oraz na podziwianiu form krasowych – wielkich kanionów, lejów krasowych i planin. Nasz jeep z wielkim pontonem na dachu wyglądał trochę surrealistycznie – ale to nie przeszkadzało nam podziwiać widoków.
Po około dwóch godzinach dotarliśmy do przystani początkowej. Naszym sternikiem był młody Czarnogórzec, Rade, który po angielsku nie mówił w zasadzie w ogóle. Niewiele lepiej władała jego dziewczyna, którą wziął trochę jako tłumacza, a trochę jako profesjonalny balast. Po ubraniu się w obowiązkowe kamizelki oraz kaski, ruszyliśmy ponotonem po rzece. Mimo, że stan był niski, momentami było całkiem gorąco. Nasz sternik wołał „Let’s go!” oraz „Stop!” (do tego mniej więcej ograniczał się jego angielski), więc albo wiosłowaliśmy, albo niosły nas fale. Płynęliśmy pewnie, od czas do czasu wyskakując do wody, podziwiając widoki i robiąc sobie jeden mały postój. Na końcu trasy czekał na nas nowu Aleksander i jego jeep, ale wcześniej obiad. Dwa pyszne pstrągi, popite lokalnym piwem Nikšićko, smakowaly doskonale. Jedyny zgrzytem tego popołudnia był jakiś nadgorliwy Niemiec, któremu ubzdurało się, że serbska młodzież ukradła mu plecak, ale badziej chodziło o to, że übermenschowie muszą jeść z untermenschami.
Powrót był jeszcze bardziej malowniczy niż przejazd tam. Po południowej stronie Durmitora nie ma tylu wąwozów i lejów krasowych, za to jest bardziej „polski”, górski krajobraz. Najpierw jest kanion rzeki Pivy, ze wielką, wysoką na 80 metrów tamą i jeziorem zaporowym – wstęgą błękitu między górami. Potem są tunele i estakady, a na końcu wjeżdża się na hale u stóp spektakularnych, wapiennych szczytów. Mamy okazję obserwować znowu ciekawe formy geologiczne, w tym warstwy górtworu stojące w pionie. W najwyższym punkcie wjechalismy na prawie 2000 metrów – tylko po to, by spotkać tam pasące się w najlepsze zwierzęta gospodarskie oraz słodkie, młode owczarki jugosłowiańskie (zwane także „sarplaninac”). Nadal dość surrealistycznie wyglądaliśmy w krajobrazie górskich hal i turni z wielkim pontonem na dachu. Na koniec dnia Milunia i Kuba zjechali jeszcze tyrolką nad rzeką Tarą – 800 metrów liny, w najwyższym punkcie 200 metrów nad lustrem wody – to robiło wrażenie.
Był długi i umiarkowanie ciekawy. Pierwszy dzień powrotu to Serbia – rozległa, słabo oznaczona i skomunikowana, zaniedbana i nużąca. Godzinny postój na granicy w Röszke (koło Szegedu), którego miało nie być, trochę zwarzył nam humory. Ostatecznie trafiliśmy do miejscowości Tata, gdzie niestety nie było noclegu. Po kilkudziesięciominutowym szukaniu zrezygnowaliśmy i poszliśmy na pizzę – i tam, z pomocą kelnera, znaleźliśmy pokój w niedalekim, przygranicznym Komárom. Zderzenie z Węgrami po Bałkanach jest zawsze ogromnie przyjmne: w hotelu jest czysto, ściany są proste, toaleta czysta, osobno jest prysznic i umywalka, na łóżkach leżą poskładane w kostkę ręczniki, a pani w recepcji jest uśmiechnięta, świeża, ma makijaż i przyjmuje karty kredytowe. Możecie narzekać na Orbána, ale kocham Węgry.
Ostatnim aktem naszego wyjazdu był pobyt w Aqualand Moravia. Ten duży aquapark, położony częściowo na świeżym powietrzu, jest nieomal kopią słowackiej Tatralandii – tylko zamiast widoku na Tatry Zachodnie, mamy widok na porośnięte winnicami wzgórza w okolicach Mikulova. Spędziliśmy tam kilka godzin – trochę dla zabicia czasu, a trochę po to, żeby Milunia miała rekompensatę za - niedoszłą do skutku podczas kolonii – wyprawę do wspomnianej już Tatralandii.