Czechy i Słowacja 2011
Czechy, w nieco mniejszym stopniu Słowacja, to rejony, w których bywaliśmy już wielokrotnie, ale od dłuższego czasu mieliśmy ochote na wyjazd w góry. Właściwie chyba wyjazd do Stanów był takim przełomem, który pozwolił nam poczuć przytłumioną latami wyjazdów z małymi dziećmi tęsknotę za przestrzenią, górskimi widokami oraz aktywnym wypoczynkiem na turystycznym szlaku. Liczyliśmy się oczywiście z tym, że na naszej szerokości geograficznej nie możemy liczyć na stuprocentową pogodę – i dlatego zarezerwowaliśmy sobie domki w Czeskim Raju i Małej Fatrze.
Niejako wstępem do naszej wycieczki był Wrocław, po którym odbyliśmy spacer w sobotnie przedpołudnie. Zatrzymaliśmy się u Piotra Buszki, znajomego z lat studenckich, oraz jego rodziny. Miasto naszej młodości wygląda przepięknie, chyba coraz ładniej. Urzeka zaróno przepiękny rynek, jak i rozsiane tu i tam krasnale. Anię urzekł jej macierzysty instytut, który po remoncie wygląda po prostu fantastycznie. Przywrócono kamienicy świetność, zachowała architekturę i klimat, ale po prostu olśniewa swoją urodą. Oboje mieliśmy przez chwilę wrażenie, że zwiedzamy Paryż albo Wiedeń i z tego wrażenia wyrwało dopiero spotkanie starych znajomych z czasów studenckich: Justyny i Marcina.
Była to nasza trzecia wizyta w Czeskim Raju. To miejsce, do którego warto wracać. Rozciągnięty między Turnovem a Jičinem, składa się w dużej mierze z następujących atrakcji: kilku „skalnych miast”, paru zamków (w różnym stanie zachowania) oraz kilku fajnych szlaków wśród ciekawej przyrody. Czeski Raj jest bardzo charakterystyczny – nieomal z każdego punktu widać sylwetkę zamku Trosky, z charakterystycznymi dwoma „rogami” dwóch skał i stojących na nich wież (smuklejsza to Panna, bardziej przysadzista to Baba) górującymi nad okolicą.
Mieszkaliśmy w starym, czeskim domu dostosowanym do potrzeb turystów. Niedogodnością była odległość – od głównych atrakcji Czeskiego Raju dzieliło nas kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt kilometrów. Dużą zaletą natomiast samo miejsce – spokojne, klimatyczne. Niedaleko była hospoda, w której podawano piwo, piwo oraz piwo, a za domem rozciągał się sad, którego główną atrakcją byłą czereśnie z wielkimi, ciemnymi, słodkimi owocami. Trzeba było naprawdę wielkiego samozaparcia, aby się nimi nie przejeść – były dosłownie na wyciągnięcie ręki.
Skalne miasta w Czeskim Raju to przede wszystkim Prachovské skály, Hruboskalské skalní město oraz (nieco odleglejsze, leżące w czeskich Górach Stołowych) Teplické skalní město. Wszystkie są do siebie podobne: składają się z piaskowcowych skał rzeźbionych przez erozję, układających się w amfiteatry, ciasne przejścia, galerie, fantastyczne formy (np. niedźwiezia polarnego). Dość niesamowitym miejscem jest Sybiř w Teplickim skalnym mieście, ma swój mikroklimat, atmosferę i specyficzną roślinność – dość powiedzieć, że nawet latem temperatura nie wzrasta powyżej kilku stopni. Dzieci doskonale bawiły się wchodząc na różne skałki, na ścieżkach i poza nimi.
Na skałach można czasami zobaczyć horolezców, czyli wspinaczy. Na szczycie skalnych formacji są dla nich stalowe skrzynki z książką wejść, a czeskie flagi oznaczają co atrakcyjniejsze trasy.
Całe Czechy usiane są zamkami, ale akurat w Czeskim Raju jest ich wyjątkowo wiele – i to w bardzo różnych stanie. Niektóre, jak zamek Hruba Skala, są doskonale odrestaurowane i w tej chwili spełniają funkcje restauracyjno-hotelowe. Inne, jak Valdštejn czy Kost, mają funkcję wyłącznie turystyczną – niemniej ze zwiedzania rezygnowaliśmy, głównie w trosce o uwagę dzieci, które wielogodzinne obejście z czeskim przewodnikiem mogłoby zwyczajnie znudzić. Jeszcze inne, jak Trosky, Vranov albo Frydštejn, są ruinami. I wreszcie niektóre to tylko wspomnienie i wykopaliska – do tej kategorii niewątpliwie należą Drábské světničky, resztki prehistorycznego grodziska obronnego ze wspaniałymi widokami oraz zakamarkami, w których można się chować i udawać więźniów.
Pod zamkiem Kost natrafiliśmy na jedną z największych atrakcji naszego pobytu: turniej rycerski. Okołogodzinne przedstawienie, wykonywane przez bractwo rycerskie, było nie do końca serio. Głównym bohaterem był „czarny rycerz”, z charakterystyczną brodą i szkłem kontaktowym na jednym oku. Był zły, podstępny, złośliwy oraz... bardzo dowcipny, czym oczywiście natychmiast podbił serca publiczności. Jego głównym przeciwnikiem był blondyn z długimi włosami, oczywiście stylizowany na amanta. Mimo, że przez większość czasu nasz faworyt zwyciężał, na koniec niestety wygrał nudziarz na białym koniu. Wszystko było bardzo fajne, a na koniec jeszcze można było obejrzeć husyckie sztandary. Było vyborně, żeby zacytować naszego ulubieńca.
Zoo z Dvůr Králové nad Labem leży całkiem niedaleko Czeskiego Raju i jest chyba jednym z najatrakcyjniejszych ogrodów zoologicznych w Europie. Główną atrakcją jest objazd typu safari przez wybiegi zwierząt, które chodzą wolno, mogą nawet podchodzić do samochodów albo autobusów (dla tych, którzy nie chcą wjeżdżać własnym samochodem). Czasami trzeba uważać, aby nie zderzyć się z zebrą... Obok tego jest obszerne i pełne rozmaitych gatunków zwierząt zoo, gdzie naprawdę jest wszystko: od nosorożców (zoo w Dvůr Králové się specjalizuje w ich rozmnażaniu), poprzez zakochane słonie, lamparty, młode tygrysy (ulubiony tekst Miluni: „Mówisz tak, bo nie wiesz co to jest tygrysek, tygrysek to zwierzątko o rozmiarach cztery na pięć, chcesz kupić tygryska?”). Jest typowe mini-zoo z małymi kózkami. Ale o największe emocje przyprawiły nas pelikany, które – mimo ze miały wybieg dla siebie – wyszły na ścieżkę i za nic nie chciały nas przepuścić, atakując wielkimi dziobami. Chwilami było strasznie, ale właściwie to śmiesznie.
Po górach chodziliśmy z reguły rano, popołudnia spędzając w ciepłe dni nad wodą albo na innych atrakcjach. Polecamy zwłascza spacer po przepięknym Jičinie, słynącym z Rumcajsa i noszącym zaszczytny tytuł Město Pohádky (Miasto Bajki). Jaś przeszedł po prawdziwie hardkorowym parku linowym, gdzie najpierw trzeba było bez trzymanki (ale z asekuracją) chodzić na wysokości kilku metrów, a potem skoczyć „na wędce”. Na koniec niewiele starszy od niego chłopak o fizjonomii Marka Zuckerberga przyszykował go do zjazdu tyrolką i Jaś pojechał – szkoda, że nie nad rzeką Izerą, bo i taki kawałek zjazdu był.
Pod Turnovem jest niewielki zalew, gdzie Czesi przyjeżdżają, aby się wykąpać. Zwłaszcza w upalne popołudnia kończyliśmy tam dzień, korzystajac z ciepłej wody oraz liny do skakania do wody (to Jaś). Czasami nawet jeździliśmy tam nieprzygotowani na kąpiel, co objawiało się m.in. tym, że zamiast się porządnie wytrzeć, musieliśmy się prowizorycznie zagrzewać.
Na szlakach oczywiście można spotkać różne zaskakujące widoki, np. galerię kubków na przydrożnym płocie, smerfy zawieszone na sznurku (może Gargamel wreszcie je wyłapał i szykuje na obiad?) „tajemniczą mapę” wygryzioną przez korniki w drewnie, pogańskie posągi w arboretum albo leśne ścieżyny wyglądające jak z bajki. Przerwy robiliśmy sobie w schroniskach i restauracjach, z obowiązkowym zestawem kawa+kofola. Bardzo często na szlaku spotykaliśmy maliny i jagody - nie można było się oprzeć dojrzałym, pięknym owocom dosłownie wchodzącym w ręce i usta. Doskonale bawiły się przede wszystkim nasze dzieci, dla których wspinanie się na skałki było świetnym treningiem przed wyprawą w prawdziwe góry, czyli w Małą Fatrę.
Po tygodniu spędzonym w Czechach i paru godzinach przejazdem w Polsce (zakupy, tankowanie, internet) pojechaliśmy na Słowację. Naszym celem była miejscowość Terchová u wrót doliny Vrátna, brama do Małej Fatry, gdzie zamierzaliśmy spędzić drugą połowę naszego pobytu.
Mieliśmy tam wynajęty domek (chatę) od niejakiego Tomasza Korenciaka, który jest miłym, pomocnym i obytym w świecie człowiekiem. Przywitał nas szklanką mocnego, góralskiego samogonu – uff, nie było łatwo. Nieduża, ale przytulna i dobrze wyposażona chatka stała się naszym domem na tydzień, co było o tyle ważne, że pogoda na Słowacji była gorsza niż w Czechach (gdzie padało tylko nocą). Nie mieliśmy za to długich dojazdów – chata mieściła się rzut kamieniem od centrum miejscowości Terchovej. Robiliśmy dojazdy, ale bardzo krótkie – co korzystnie odbiło się na czasie spędzonym w samochodzie i budżecie całej imprezy.
Najlepszą pogodę mieliśmy w sumie pierwszego dnia, czyli w niedzielę. Udało się nam zrobić najambitniejszą i jednocześnie najpiękniejszą widokowo trasę. Startując z Hotelu Diery w Terchovej, podchodzi się szybko przez tzw. Dolne Diery, czyli wąwóz wapienny, którego dołem płynie potok. Momentami trzeba w nim brodzić, większość czasu idzie się obok, ale najbardziej emocjonujące (i malownicze) są te fragmenty, które pokonujemy po stalowych drabinkach i schodkach. Po krótkim przystanku na rozległej polanie Vrch Podžiar (gdzie Milunia jeździła konno), poszliśmy przez Horne Diery w kierunku dwóch szczytów: Maly Rozsutec i Velky Rozsutec. Piękną, malowniczą i emocjonująca trasą, momentami w upale, doszliśmy na rozległe siodło przełęczy Medzirozsutce.
Tam odbyliśmy krótką naradę. Po konfrontacji opcji, pogody, zegarka oraz naszych możliwości, zdecydowaliśmy się na mniej wymagającą, chociaż nadal bardzo ambitną trasę na Maly Rozsutec. Okazała się ona mimo wszystko dość trudna – na podejściu były łańcuchy i przepaściste fragmenty, w zejściu – piarżysty żleb i także łańcuchy. Mimo to wszyscy (a zwłaszcza siedmioletnia Milunia) poradzili sobie z trasą bardzo dobrze. Widoki z tego dnia miały nam wystarczyć na niemal tydzień, bo potem pogada zaczęła się psuć.
Drugiego i czwartego dnia pogoda była niewyraźna, więc zrobiliśmy trasy nieco mniej wymagające, choć równie piękne. Pierwszego dnia poszliśmy na tzw. Zbojnicki Ochod, kilkugodzinną trasą z pięknym i eksponowanym, choć nie tak bardzo wymagającym (zaledwie 500 m przewyższenia) podejściem. Trasa początkowo wiodła potokiem, a potem wspinała się na wapienną skałę, by wreszcie grzebietem Sokolia powieść nas nad Tiesnavy. Tiesnavy to wąskie ujście doliny Vratnej w stronę Terchovej. Jego szerokość wystarcza akurat na potok i (zwężoną mocno) jezdnię. Stanowi naturalną bramę i łatwie miejsce do obrony. Po obu stronach wznoszą się malownicze, wapienne turnie, a kapliczka przypomina o katastrofalnej powodzi z roku 1948, kiedy woda w Tiesnavach przekroczyła o kilka metrów normalny poziom potoku i przyczyniła się do śmierci 14 osób.
To tutaj działał Juraj Janošik, historyczny pierwowzór legenarnej postaci uwiecznionej w licznych książkach i filmach. Do dziś przypominają go pomnik oraz główna ulica w Terchovej. W czasie II Wojny Światowej Vratna była kontrolowana przez partyzantów przeciwnych kolaboracyjnemu rządowi ks. Tiso, a Wehrmacht ponoć nie miał wstępu poza Tiesniavy.
Czwartego dnia zaczęliśmy od strony Tiesniav i poszliśmy na Boboty – po wschodniej stronie doliny. Pogoda tego dnia była naprawdę niesamowita – była gęsta mgła, panowała absolutna cisza (w górach praktycznie nikogo) i tylko szemrzący po liściach przelotny deszcz stanowił tło dla naszych kroków. Mimo braku obiecanych widoków i mokrego podłoża (noc wcześniej naprawdę solidnie lało), wycieczka była bardzo fajna. Jej ostatnim akcentem był zjazd na hulajnogach (kolobežkach) z przysiółka Stefanova do Terchovej. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy w dół Vratnej. Ania z Jasiem jechali sami, a Milunia jechała w koszyku z Kubą - nie dlatego, żeby sama nie mogła prowadzić małej hulajnogi, a raczej dlatego, że rączką nie była w stanie objąć hamulca.
W tym dniu urządziliśmy sobie także grilla przed domem. Niech nikt nie mówi, że człowiek jest z natury wegetarianinem...
Nie było tego dużo. Z dołu podziwialiśmy Oravsky Hrad, wspaniale prezentujący się na skałach nad rzeką. Nie zwiedzaliśmy go jednak, z powodów jak w Czechach – dzieci by się zanudziły. Zwiedziliśmy jedynie okolice, w tym piękny kościółek w miejscowości Oravske Podhradie, ze znajomym obrazem „Jezu Ufam Tobie” (podpisanym po słowacku).
Nieco więcej czasu poświęciliśmy zamkowi Strečno nad Wagiem. Wznosi się na pionowej skale, jest pięknie odrestaurowany. Zwiedzanie umilają dwa dodatkowe przedstawienia: w jednej z wież dwie nimfy szukają następcy dla boga Peruna. Kuba wraz z jednym panem został wybrany przez nie, po czym po walc e rozegranej w papier-nożyce-kamień został posadzony na koronację na... krześle elektrycznym. Zaś w zamkowej kaplicy Słowaczka odśpiewała dwie pieśni przy akompaniamencie pianisty – Cygana. Jedynego zresztą, jakiego widzieliśmy w czasie całego pobytu, choć podczas naszych wcześniejszych pobytów cygańskie koczowiska widywaliśmy stosunkowo często. Szkoda, że nie udało nam się spłynąć Wagiem na tratwach – wartki i brunatny po deszczach nurt sprawił, że byłoby to zbyt niebezpieczne i tratwy nie pływały.
Jeden dzień poświęciliśmy na wizytę w Tatralandii. Leżący u stóp Tatr Zachodnich, w okolicach Liptowskiego Mikulasza, aquapark jest chyba jednym z większych w Europie. Dzień był zróżnicowany – było ciepło, choć nie było upalnie ani bardzo słoniecznie. Mimo to do największych atrakcji tworzyły się kolejki – co musi się dziać w wakacyjny weekend, wolimy sobie nawet nie wyobrażać. Zjazdy rwącą rzeką, „bumerangiem” (duża zjeżdżalnia w kształcie „U”), „czarną dziurą” oraz innymi, stromymi zjeżdżalniami, potrafią być bardzo emocjonujące.
Odwiedzieliśmy także (bez dzieci) część saunową – Świat Celtów (Keltský saunový svet). Jest piękna, choć nieduża i nietypowa – nie ma typowej sauny fińskiej. Jest natomiast jedna sauna umiarkowanie gorąca (45 stopni, duża wilgotność), jedna sauna bardzo gorąca (110 stopni), a opróczego tego kilka klimatycznych saun parowych (m.in. tzw. „kociołek parowy” oraz „złota sztolnia”) oraz jacuzzi – jedno duże, pośrodku, a drugie w tzw. „jeziorze przodków”, gdzie kilmatu dodają celtyckie hełmy i rogi pod szkłem.
Na koniec była najbardziej niesamowita atrakcja: gwałtowna burza gradowa, z kawałkami lodu wielkości przepiórczych jaj. Nagle wszyscy schronili się w zadaszonej części Tatralandii, w wodzie zrobiło się aż gęsto od ludzi. Kiedy przestało padać, z duszą na ramieniu szliśmy do samochodu aby sprawdzić, czy ocalały szyby. Na szczęście tak.
W porównaniu z Tatralandią druga nasza wizyta na basenie, w Rajeckich Teplicach, była skromna. Uzdrowisko dla emerytów to jednak nie to co park wodny i trochę się wynudziliśmy – choć w deszczowy dzień pewnie nie bardzo dało się zrobić coś innego.
Ostatniego dnia znowu wróciła piękna pogoda. Pojechaliśmy więc wcześnie rano do doliny Vratnej, aby kolejką wjechać na Chleb, jeden z dominujących szczytów głównej grani Małej Fatry. Z górnej stacji poszliśmy na Velký Kriváň, najwyższy szczyt pasma, a gdy go zdobyliśmy, spacerową trasą powróciliśmy do kolejki. Kilka pochmurnych dni wynagrodziły widoki z dnia ostatniego. Mała Fatra na koniec okazała się być znowu gościnna,a jej gospodarz – Juraj Janošik – pożegnał nas na koniec swoją ciupagą.
Czechy i Słowacja to fajne miejsca na wakacje. Blisko, atrakcyjnie, można się dogadać bez problemów po polsku, wszystko człowiek rozumie. Pogoda trochę jak nasza – więc nie nastawiałbym się na dwa tygodnie słońca, jak nad Morzem Śródziemnym. Ale, z drugiej strony, atrakcją naszych południowych sąsiadów są miasta, zamki i góry – a tutaj upał raczej przeszkadza niż pomaga.
Dzieci bardzo dobrze sprawdziły się na wakacjach w górach. Chodziły ochoczo, były grzeczne, też dobrze się bawiły. Nasze obawy co do ich chęci do chodzenia nie potwierdziły się – w bardziej przepaścistych i niebezpieczniejszych miejsach musieliśmy je wręcz powstrzymywać. Odwaga dopisywała im także podczas wypraw po parku linowym – zarówno Miluni, jak i Jasiowi.
Ceny są podobne jak w Polsce, nieco wyższe w Czechach, nieco niższe na Słowacji (mimo, że tam płacimy w euro). Droższa jest benzyna, tańsze jedzenie i zakwaterowanie. No i standard usług turystycznych (za rozsądną cenę) zdecydowanie wyższy.
Można polecić właściwie wszystkie charakterystyczne dania kuchni czeskiej i słowackiej: zupy (czosnkowa i cebulowa), smażony ser, na Słowacji bryndzowe pierogi oraz haluszki. Do picia – oczywiście piwo oraz hit południowch sąsiadów: kofolę.
Na południu, mimo 15 lat od „aksamitnego rozwodu”, ciągle pachnie Czecho-Słowacją. W pakietach telewizyjnych w Czechach są telewizje słowackie, na Słowacji – czeskie. Wiadomości od „byłych małżonków” w gazetach są traktowane jako krajowe, a nie zagraniczne. W teleturnieju „Wipeout”, drużyna czesko-słowacka startowała razem (a i tak wygrały Polki... :) ).Czesi stanowią największą grupę turystów odwiedzających Słowację, Słowaków w Czechach jest też sporo (choć nie tak wielu). W słowackim Empiku w Žilinie, (Pantha Rei) są trzy półki: literatura słowacka, literatura obca i literatura czeska – pośrodku, ani swoja, ani obca. Nasz gospodarz, Tomaš, jak się dowiedział, gdzie byliśmy w pierwszym tygodniu, najpierw powiedział że ma tam ciotkę, a potem pytał czy lepiej w Czechach, czy na Słowacji. Tak więc, Czecho-Słowacja ani Czechosłowacja nie istnieją, ale chyba nigdy stosunek Czechów do Słowaków i Słowaków do Czechów nie będzie przypominał zwykłych relacji międzypaństwowych, nawet tak serdecznych jakie mają Polacy z Węgrami.
Na deser, instrukcja zamykania bagażnika forda mondeo wg. Miluni: 1, 2, 3, 4 i 5.