Filipiny i Szanghaj 2016
Od dawna marzyliśmy o Azji Południowo-Wschodniej. Okazja pojawiła się w ubiegłym roku, wraz z zastrzykiem większej gotówki. Wybraliśmy termin – jesienią, poza głównym sezonem (który w tym rejonie przypada od listopada do kwietnia), ale także poza szczytem pory deszczowej (czerwiec-wrzesień), w miarę daleko od Jasiowej matury – zaczęliśmy polowanie na bilety.
Braliśmy pod uwagę trzy kierunki: Tajlandia, Indonezja i Filipiny. Początkowo wybór padła na Tajlandię, ale wskutek zbiegu okoliczności (święto i weekend), pierwsza rezerwacja przepadła. Dopiero druga, założona na Filipiny, została potwierdzona. Jej dodatkową zaletą był fakt, że czekała nas dwukrotna przesiadka w Szanghaju – a jej długi czas (ok. 18 godzin) pozwalał na wyskoczenie do miasta.
Trwały pół roku. Najważniejszym (i najkosztowniejszym) elementem była podróż lotnicza tam i z powrotem – jak pisałem, polowanie na bilety trwało równe trzy miesiące. Potem zaczęło się misterne konstruowanie planu – w szczególności, wcześniejsze rezerwowanie przelotów na samych Filipinach oraz przejazdów autobusami rejsowymi. Kompletowanie sprzętu turystycznego też zajęło chwilę – planowaliśmy zarówno wypoczynek na plażach, jak i trekking w górach. Wreszcie, sporo czasu (i pieniędzy) zaangażowały szczepionki. Na Filipiny trzeba zaszczepić się na dur brzuszny, żółtaczkę i żółtą febrę. Trzeba je zacząć stosunkowo wcześnie, bo potrzeba czasu na wykształcenie się odporności.
Startowaliśmy z Pragi. Oznaczało to dodatkową konieczność przejazdu oraz załatwienia parkingu na dwa tygodnie na praskim lotnisku. Z pomocą przyszła nam firma Smile Parking, która rzeczywiście z uśmiechem i za rozsądną cenę zaopiekowała sie naszym Fordem.
Jakkolwiek my byliśmy w Pradze kilkukrotnie, to dzieci dawno albo wcale. A jest to wspaniałe, olśniewające swoim pięknem miasto, warte zobaczenia o każdej porze roku. Nam przyszło oglądać je wśród babiego lata – dwadzieścia stopni, turystów sporo, ale jak na Pragę to bez tłumów – więc warunki idealne. Obowiązkowo przeszliśmy się po Starym Mieście, Mostem Karola na Hradczany, gdzie zobaczyliśmy katedrę św. Wita (budowaną przez 600 lat!) oraz słynną Złotą Uliczkę. Wieczorny spacer przez Rynek Staromiejski (Staroměstské náměstí), u stóp pomnika Husa i w cieniu wieży kościoła na Tynie (Týnský chrám) oraz lody z praskim tradycyjnym smakołykiem, kręconym kołaczem z ciasta (trdelnik) doskonale poprawiły nam humory i wprawiły w wakacyjny nastrój.
Praga urzekła nas wszystkich, po raz kolejny, przyczyniając się do smutnej refleksji, jak wielki dystans dzieli ją od Warszawy. W dniu wylotu poznaliśmy jeszcze jedno, nie znane nam wcześniej miejsce Pragi: klasztor na Strahowie (Strahovský Klášter) oraz pogrążone w zieleni wzgórze Petřín. Ale czekała na nas Azja, więc wczesnym popołudniem, we wtorek 27 września, wsiedliśmy do samolotu China Eastern Airlines i oddaliliśmy się w kierunku Szanghaju.
Władze chińskie, generalnie dość nieufne wobec obcokrajowców, od roku ułatwiły im krótkie wizyty w Chinach. Dla kilku miast, w których znajdują się duże porty lotnicze, wydają wizy tranzytowe, które umożliwiają wyjście z lotniska i zwiedzenie miasta. Po wyjściu z samolotu udaliśmy się więc do okienka oznaczonego „144 godziny tranzyt”, aby umożliwiono nam wejście na teren Ludowej Republiki Chińskiej. Pierwszy raz mieliśmy tam okazją zapoznać się z kulturą biurokracji azjatyckiej – urzędnikowi się nie spieszy, on ma czas i nie daj Boże, żeby mu przerwać albo go popędzać.
Pierwszą wielką przygodą w Szanghaju była podróż tzw. maglevem, czyli pociągiem zawieszonym na poduszce elektromagnetycznej. Przeżycie byłe ogromne – odcinek kilkunastu kilometrów z lotniska do stacji Longyang Road pokonuje w kilka minut, po drodze osiągając prędkość... 431 km/h.
Następnym naszym przystankiem były Ogrody Yuyuan. Zajmują 2 hektary ziemi w środku Szanghaju. Roślinność, budowle i elementy krajobrazu (np. murki i sadzawki) skomponowane są w harmonijny sposób. Liczne wykusze i zakamarki oferują miejsca do rozmyślań i lektury – choć kontemplacji na pewno nie pomagają liczni turyści, ktorzy chodzą po ogrodach. Jest też sadzawka z wielkimi karpiami – o mało nie wpadła do niej Milunia.
Niestety nie dopisała nam pogoda. Po krótkiej naradzie oraz obiedzie w „garażowej” knajpie, skierowaliśmy się do Akwarium. Po odżałowaniu bardzo słonej opłaty za wstęp (coś około 130 zł na osobę), znaleźliśmy się w świecie ryb, koników morskich, raf koralowych, rybek obgryzających palce oraz podświetlanych meduz. Akwarium robiło na nas dobre, choć nie piorunujące wrażenie, ale tylko do czasu zejścia do podziemi. Dosłownie na kolana rzucił nas ponad stumetrowy,najdłuższy na świecie podwodny tunl. Wolno sunącym chodnikiem jedzie się pod przepływającym nad głową płaszczkami, rekinami i mantami. Jest ich mnóstwo, widać najmniejsze szczegóły dosłownie na wyciągnięcie ręki – i trzeba przyznać, że jest to niesamowite przeżycie, godne wygórowanej ceny, której Chińczycy żądają za wstęp do akwarium. Za to po wyjściu z niego można zapoznać się z ośmiornicą – w postaci smażonej i na patyku.
Wieczorem czekały nas jeszcze dwie atrakcje – jedną był spacer wzdłuż rzeki Huangpum, drugą – obiad w przydrożnej jadłodajni. Zwłaszcza to osatnie doświadczenie zapadło nam w pamięć – nie ma cen, przychodzi się do stołu, nabiera różnych rzeczy, a potem pan mówi cenę. Wszystko świeże, wszystko bardzo ostre, wszystko bardzo smaczne i śmiesznie tanie. Za obiad nad cztery osoby zapłaciliśmy 68 yuanów, czyli nieco ponad 50 zł.
Tego dnia czekała nas jeszcze przykra i czasochłonna podróż zatłoczonym metrem na lotnisko Pudong. Po nieprzespanej nocy na pokładzie samolotu wszyscy przysypiali, a najbardziej Milunia. Przy jednej z przesiadek dosłownie zasnęła na stojąco. Odcinek, który rano maglevem pokonaliśmy w 7 minut, zwykłym metrem jechaliśmy minut 40. Krótko po północy odlecieliśmy do Manili.
Filipiny przywitały nas deszczem bębniącym o blaszany dach terminalu. Na szczęście nie na długo. Już kilka godzin po wylądowaniu w Manili lecieliśmy do Puerto Princesa na wyspie Palawan – najbadziej na wschód wysuniętej wyspie Filipin. Po wyjściu z samolotu poczuliśmy się, jakbyśmy otworzyli piekarnik. Temperatura dochodziła do 30 stopni, a wilgotność do stu procent. Ledwie trafiliśmy do hotelu i Kuba poszedł wymienić pieniądze oraz kupić kartę SIM do telefonu, spadła tropikalna ulewa. Wygląda to tak, jakby ktoś nagle zaczął lać wiadrami wodę. Ulice dosłownie spływają wodą, nawet chwila pobytu na dworze sprawia, że człowiek jest mokry w 15 sekund. W pierwszy dzień mieliśmy też okazję pierwszy raz zapoznać się w kuchnią filipińską. Prosta, oparta o ryż, wieprzowinę i drób, raczej nie przypadła nam do gustu. Ania poprzestawała na owocach i owocowych shake’ach – które rzeczywiście były pyszne.
Palawan to wyjątkowe miejsce. Nazwane „najpięknieszą wyspą na świecie” przez czytelników Conde Nast Traveller oraz konkurującego Travel + Leisure, słynie przede wszystkim z przyrody. Stolica Palawanu, Puerto Princesa, to spore, jak na palawańskie standardy, miasto, choć nie widać tego na pierwszy rzut oka. Chaotycznie rozrzucone po niedużym półwyspie, składające się tak naprawdę z kilku wiosek (barangay), ma wyraźne centrum w miejscu największego skupiska banków. To było nasze pierwsze zetknięcie z biedniejszą Azją: na ulicach chaotyczny ruch, smród i hałas. Główne środki lokomocji to tzw. tricykl – czyli motocykl z przyczepką oraz zabudową, do którego mieści się w porywach sześć-siedem osób – oraz tzw. jeepney – czyli jeep z wydłużoną kabiną, w której mieści się kilkanaście osób. Dodatkowe miejsca znajdują się na dachu oraz, można także zaczepić się rękami o burty. Przepisy drogowe generalnie mają charakter rekomendacji, przestrzeganie jest kwestią indywidualnej woli. Mimo to jest bezpiecznie, wszyscy respektują wszystkich. Przechodzenie przez jezdnię odbywa się poprzez wtargnięcie na nią, inni uczestnicy (samochody, motory) ominą cię albo się zatrzymają. Tak więc – szok kulturowy w pełnej krasie, choć po chwili mija – trzeba tylko poznać i zaakceptować zasady.
W Puerto Princesa mieliśmy okazję zobaczyć pozostałości dawnego obozu jenieckiego, gdzie w 1944 miała miejsce wielka zbrodnia wojenna. 150 jeńców zostało zgromadzonych w schronie, po czym podpalonych żywcem – a do uciekinierów strzelano. Wszystko dlatego, że japońskiemu komendantowi obozu wydawało się, że niszcyciel, który zobaczył na horyzoncie, płynie aby odbić jeńców. Sprawcy zostali skazani na śmierć, choć wobec części zastosowano amnestię przed wykonaniem wyroku. W miejscu dawnego obozu jest dzisiaj wystawa zdjęć i wspomnień tych nielicznych jeńców, którym udało się uciec.
Perłą Palawanu jest El Nido – niegdyś rybacka wioska, dzisiaj hałaśliwy kurort, na północno-wschodnim krańcu wyspy. Jedzie się tam pięć godzin minivanem – po drodze podziwiając widoki pól ryżowych, lasów kokosowych oraz niezbyt gęsto rozsianych chałup. Wczesnym popołudniem dotarliśmy wreszcie na miejsce.
Samo El Nido jest niesamowite. Położone u stóp pionowej skały, oferuje zapierający dech w piersiach widok na zatokę i zamykającą ją wyspę – jedną z setek wysp archipelagu Bacuit, do którego El Nido jest punktem wypadowym.
Widok z naszego okna był po prostu bajkowy. Łodzie bangka kołyszące się na fali przywodziły na myśl jakiś zagubiony raj, a porośnięte tropikalną roślinnością skały majestatycznie wzoszące się nad wodą, sceny z „Avatara” albo obrazki z zatoki Ha Long w Wietnamie.
Pierwszy dzień po przybyciu poświęciliśmy na rekonesans. Kupiliśmy także dwudniową wycieczkę na archipelag Bacuit z noclegiem w namiocie na plaży – miało się to okazać tylko częściowo udanym pomysłem.
Następnego dnia pożyczyliśmy skutery i pojechaliśmy na słynną plażę Nacpan. To rajska zatoka, jak z folderów turystycznych i filmów, oddalona o ok. 25 km od El Nido. Najpierw po publicznej, wybetonowanej drodze, potem po drodze gruntowej, kawałkami przez kałuże, wśród pól ryżowych, palm kokosowych oraz pasących się sennie bawołów i świń, dojechaliśmy na rajską plażę.
Było niesamowicie. Dosłownie jak w bajce. Bielutki, czyściutki piaseczek ułożony, woda jak podgrzewana. Oczywiście od razu się wykąpaliśmy. Obok nas plażowała grupka chłopaków z Manili – smażyli rybę, popijali rumem, śpiewali piosenki. Szybko zaprzyjaźniliśmy się – od razu zaproponowali nam rum oraz rybę.
Na plaży był spory ruch, w którymś momencie przyszła grupa na oko czterdziestoletnich Filipinek, która koniecznie chciała sobie zrobić zdjecie z Milunią. A po południu zajechaliśmy w inną część plaży i tam była grupka filipińskich dzieci. Milunia od razu się z nimi zaprzyjaźniła, taplali się w wodzie, grali w gumę, podczas gdy Kuba i Jaś chodzili po okolicy i pstrykali panoramiczne fotki. Tak upłynęła dobrze ponad godzina i wreszcie z żalem wyjechaliśmy z Nacpan.
Ale tego dnia czekała nas jeszcze jdna atrakcja – wodospad Nagkalit-kalit. Pogardziliśmy przewodnikiem i bez niego poszliśmy doskonale widoczną ścieżką, najpierw przez pola uprawne, potem przez las, kilkukrotnie przekraczając rzekę, w kierunku wodospadu. To była niezbyt forsowna i badzo malownicza wycieczka, zwieńczona kąpielą w wodospadzie. Okazało się, że przewodnik nie był potrzebny – potrzebny był natomiast pośpiech, bo ledwie doszliśmy do miejsca, gdzie zaparkowaliśmy skutery, zrobiło się całkiem ciemno. Droga powrotna do El Nido wypadła nam już po ciemku – co jest na Filipinach dość emocjonującym doświadczeniem. Ludzie chodzą po drodze, skutery i tricykle jeżdżą bez świateł, psy i koty łapią resztki ciepła – generalnie, trzeba mieć się na baczności. Generalnie, wyprawa była pełna wrażeń i uznaliśmy ją za bardzo udaną.
Główną atrakcją El Nido są wycieczki (tzw. island hopping) po archipelagu Bacuit – grupie ponad stu mniejszych i większych skał, wysepek i wysp wystających z oceanu. My wykupiliśmy wycieczkę dwudniową – pierwszego dnia miał być tzw. Tour A, drugiego Tour C.
Około dziewiątej zaokrętowaliśmy się na łódź Ipil i skierowaliśmy się w stronę Seven Commados Beach – najbliższej i najbardziej „cywilizowanej” plaży. Tam też pierwszy raz mieliśmy okazję skosztować tzw. buko – czyli świeżo zerwanego z drzewa orzecha kokosowego. Obcinają go maczetą z jednej strony i wstawiają słomkę – w środku jest lekko słonawa woda, ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że pozbawiona całkowicie smaku kokosa. Nie jest to jakiś wykwintny drink, w przeciewieństwie do shake’ów owocowych. Można je kupić naprawdę wszędzie, są robione ze świeżych owoców i lodu, czasami z dodatkiemk cukru lub mleka. Są doprawdy wyśmienite!
Ale wracając do archipelagu Bacuit, następnym naszym przystankiem była Miniloc Island – zacumowaliśmy przy brzegu, założyliśmy maski i wybraliśmy się na podziwianie rafy koralowej. Rzeczywiście, jest to niezapomniane przeżycie. Bogactwo życia i kolorów jest ogromne, wśród korali pływają ryby, chowają się kraby, w wodzie unoszą się mniejsze żyjątka. Wszystko wygląda tak pięknie, jakby chciało, żeby dotknąć i pogłaskać – choć oczywiście wiadomo, że nie wolno tego robić.
Kolejne miejsce, Small Lagoon, to kanion i laguna, w które wpływają bangki. Pionowe, porośnięte rzadką, tropikalną roślinnością ściany wznosza się po obu jego stronach, a tukrusowa woda je odbija. Łodzie płyną wolno, po jednej, starając się jak najmniej zakłócać piękno i majestat przyrody. Do czwartego miejsca – Secret Lagoon – trzeba było się dostać przez dziurę w skale, ale widok – płytka laguna między skałami – wynagradzał wszystko. Poprosiliśmy o pamiątkowe zdjęcie i wróciliśmy na pokład naszej bangki. Niedaleko tamtego miejsca zjedliśmy obiad – pięknie podane kawałki kurczaka, mule, krewetki, lechón (czyli kawałki młodego prosiaka z kawałkami tłuszczu) – i oczywiście dużo ryżu i owoców. Na koniec była Big Lagoon – dostępna jest zarówno wpław, jak i kajakami. Można je wypożyczyć na miejscu, mimo to nie zdecydowaliśmy się. To szeroka, ciepła laguna pomiędzy skałami. Głębokość jest nieduża, w niektórych miejscach można nawet stać.
Po południu zostaliśmy odstawieni na plażę Fire Beach niedaleko Seven Commandos Beach, gdzie obsługa ustawiła dla nas namioty i podała nam wieczorny posiłek. Na koniec dnia czekał nas jeszcze jeden spektakl – zachód słońca nad archipelagiem Bacuit. Niestety to nie była dobra noc. Najpierw rozchorowała się Milunia, potem zaczęło padać. Po półgodzinie okazało się, że namiot przecieka – musieliśmy ewakuować najpierw siebie, potem także dzieci do niewielkiego domku, gdzie zebrali się zarówno trzej panowie z obsługi, jak i szóstka gości z namiotów (w tym nas czworo). Milunia coraz wyraźniej miała temperaturę. Nawet przepiękny świt nie poprawił nam nastrojów. Zapadła szybka decyzja: nie kontynuujemy podróży na Tour C. Zamiast tego, wracamy na ląd i idziemy spać.
Ten dzień upłynął nam leniewie, pod znakiem drzemek i spacerów po samym El Nido. Wieczorem ustaliliśmy z właścicielką biura turystycznego, że pojdziemy na Tour C następnego dnia. Okazało się, ze daliśmy rade jedynie we dwóch – Jaś i Kuba, Ania i Milunia zostały w pensjonacie i poszły tylko na krótką wycieczkę po tzw. Canopy Walk, parku linowym zbudowanym na skałach otaczających El Nido – skąd rzeczywiście są wspaniałe panoramy na miejscowość.
Choć pogoda była gorsza, a morze bardziej wzburzone, to Tour C też wypadł ciekawie. Najfajniejsza była Hidden Beach – nieduża plaża, otoczona pionowymi skałami, do której dostać można było się tylko wpław, przecz niedużą dziurkę w skałach. Niestety nie mieliśmy wodoodpornego aparatu, aby ją sfotografować, ale prezentowała się przepięknie – również dlatego, że na ścianie nad nią widać było tropikalne ptaki i małpy. Spore wrażenie robi także sanktuarium na jednej z wysp – pod marmurową kopułą jest figura Matki Boskiej, a obok niej... Ferdinand Marcos naturalnej wielkości.
Po tygodniu El Nido pożegnało nas ulewnym deszczem, choć w sumie na pogodę nie mogliśmy narzekać. Mimo pory deszczowej, padało sporadycznie i gdyby nie deszcz podczas nocy spędzonej na plaży, nie zmoklibyśmy chyba nawet raz.
W busie do El Nido poznaliśmy także Jenny. Jenny – na oko trzydziestolatka – mieszka w Manili. Pracuje w australijskiej firmie finansowej, mówi świetnym angielskim, mieszkała jakiś czas w Stanach. Zaprzyjaźniliśmy się i w jeden z wieczorów umówiliśmy się na kolację, która bardzo miło upłynęła nam wsród porad kulinarnych, opowieści o życiu na Filipinach, wymianie doświadczeń turystycznych (Jenny była bardzo ciekawa Europy, wyznała, że jej wielkie marzenie to zobaczenie Pragi). Najfajniejszy sposób poznawania kraju to poznawanie ludzi, którzy w nim mieszkają.
Po tygodniu spędzonym na Palawanie polecieliśmy z powrotem do Manili i nocnym autobusem pojechaliśmy do Banaue. Banaue położone jest w centralnej częsci wyspy Luzon, w Kordylierach, w regionie zwanym Ifugao. To górska miejscowość, znana przede wszystkim z tarasów ryżowych. Z Manili pojechaliśmy wcześniej zarezerwowanym autobusem. Dotarliśmy wczesnym rankiem i od razu zaczęliśmy chodzić i jeździć szukając noclegu. Przechodząc koło stojących jeepney’i zahaczyliśmy naszego Przewodnika, który miał nam towarzyszyć przez kolejnych kilka dni.
Facet około pięćdziesiątki, ze straszliwym zezem, jak się okazało – nieumiejący czytać i pisać – znał w Banaue wszystkich. Mówił o ludziach per „brat”, „kuzyn”, „ciotka” i załatwiał cokolwiek było do załatwienia. Transport, wstęp, kolację, owoce – cokolwiek było albo nie było nam potrzebne.
Pierwszego popołudnia chcieliśmy przejść przez tarasy ryżowe Banaue. Pojechaliśmy na tzw. Banaue Viewpoint, górny taras widokowy niedaleko przełęczy, z pięknym widokiem na tarasy. Okazało się, że rezydują tam również lokalni starcy ubrani w tradycyjne stroje. Za drobną opłatą można było zrobić im zdjęcie, a już zupełnie bez opłat brat naszego Przewodnika odtańczył nam tradycyjny taniec górskich ludów Luzonu.
Stamtąd zeszliśmy tarasami do Banaue. To była piękna i malownicza, niezbyt wymagająca trasa. Trzeba wiedzieć, że tarazy ryżowe to bardzo misterna konstrukcja, której esencją jest odpowiednia dystrybucja wody. Ryż bowiem sadzi się w mule, zanurzony lekko w wodzie. Na zboczach gór muszą więc powstać ograniczone betonowymi (niegdyś: kamiennymi) opaskami tarasy, do których doprowadzona będzie woda z górskich potoków. Łagodne spadki sprawiają, że woda cały czas płynie – od potoków do tarasu, od tarasu do kolejnych tarasów, a stamtąd do jeszcze niższych. Organizacja tarasów oraz ilość wody, którą może zachować każdy z jego posiadaczy niegdyś była zdeterminowana pozycją społeczną posiadacza. Dzisiaj czuwa nad tym prawo i instytucje.
Efektem jest bardzo malowniczy krajobraz, który mieliśmy okazję podziwiać schodząc dwugodzinną trasą do Banaue. Przy okazji przechodziliśmy także przez tradycyjne domostwa Ifugao, w których nowoczesność można było poznać jedynie po papierkach od czipsów i batonów, które pojawiały się wokół. Obok tradycyjnego domu, wokół którego kręciło się kilkoro dzieci, kilka psów, często kury i prosiaki, leżały także zwinięte w pęczki naręcza ryżu, gotowe do przygotowania w tradycyjny sposób. Widać było, że uprawa ryżu jest tam nadal źródłem utrzymania wielu osób i w dużej mierze przebiega tak jak przed wiekami – ręcznie, poprzez ciężką i nużącą pracę po kolana w wodzie i mule.
Następnego dnia poszliśmy na całodzienny trekking do Batad, miejscowości odległej od Banaue o kilka kilometrów. W Batad są najbardziej spektakularne na całym Luzonie tarasy ryżowe – w pełni zasłużone jest nazwanie tego miejsca jedną z największych światowych atrakcji eko-turystyki. Betonowa droga kończy się około kilometr przed wioską, dalej trzeba iść. Wśród domostw i tarasów, stromymi ścieżkami, znanymi tylko lokalnym mieszkańcom (w tym naszemu Przewodnikowi) zeszliśmy do wodospadu Tappiyah Falls. Wysoki na kilkadziesiąt metrów, toczący kilkadziesiąt metrów sześciennych wody na sekundę, jest imponujący. Nawet w sporej odległości od niego „pada deszcz” z kropelek, które wzbudza woda uderzająca o skały poniżej wodospadu. Miejsce doskonale nadaje się do pływania – Milunia i Kuba przebrali się w kostiumy i poszli pływać. Wodospad jest zbyt niebezpieczny, aby podpłynąć do miejsca, gdzie woda spada do laguny; ale pływanie nawet w odległości kilkunastu metrów to spore wrażenie. Nawet ci, którzy nie pływali, byli bardzo zadowoleni.
Wykąpani, poszliśmy z Batad szlakiem po grzbiecie góry do głównej szosy. To była piękna, dwugodzinna trasa, nieco tylko zepsuta deszczem, który zaczął padać pod koniec. Ale samotność i widoki wynagradzały te drobne niedogodności. Przy okazji – mieliśmy okazję poznać filipińskie poczucie czasu. Nasz Przewodnik umówił się z kierowcą (którego przedstawił nam jako swojego brata albo kuzyna), że całość zajmie nam trzy godziny. Rzecz w tym, że trzy godziny zajął nam tylko wodospad, a postój i trekking do szosy kolejne trzy. Ale najwyraźniej dla nikogo nie było problemem, że nasza „between twleve and one” okazało się być piętnastą – samochód stał, a my zostaliśmy przywitani serdecznie.
Banaue zadziwiło nas także względnym bogactwem w stosunku do Palawanu. Chałupy były murowane, w środku wsi była wielka i dobrze zagospodarowana szkoła. Domostwa prezentowały się bogaciej, po wiosce jeździły „normalne” samochody, a ceny w sklepach były niższe. Widać było, że Ifugao są bardziej pracowici i gospodarni niż mieszkańcy Palawanu.
Tego dnia czekała nas jeszcze dodatkowa atrakcja. Nasz gospodarz, Christopher, człowiek bywały w świecie (był marynarzem) i serdeczny w kontaktach, przygotował wielką ucztę. Kupił kurę, zarżnął ją i zaprosił nas na kolację. „Około osiemnastej” oznaczało po dwudziestej, ale nagrodą za czekanie było obserwowanie przygotowania uczty. A więc – zaczęło się od wróżby. „Aorta od serca musi iść prosto w dół. Jeśli jest zakręcona, to źle. Jeśli idzie w bok i potem w dół – to w ogóle bardzo źle, trzeba wtedy zabić kolejną kurę i przyrządzić od nowa” – tłumaczył Christopher. Spuściwszy krew odlał odrobinę na ziemię dla „dobrych duchów”, a resztę przygotował z podrobami i przyprawami jako zakąskę (bardzo smaczną zresztą). Reszta była przygotowana „adobo” – czyli w aromatycznym, słodkawym sosie. Bardzo miły wieczór; po raz kolejny przekonaliśmy się, że kraj to nie tylko pejzaże i miejsca, ale przede wszystkim ludzie.
W tym dniu w Polsce spadł pierwszy śnieg – pokazywaliśmy naszym gospodarzom zdjęcie schroniska Samotnia pod kilkucentrymetrową pierzyną śniegu – nie chcieli wierzyć, że tak jest u nas.
Z Banaue pojechaliśmy do Sagady – położonej jeszcze wyżej (1600 m n.p.m. kontra 1200 m w Banaue) i jeszcze bogatszej. W Sagadzie nie ma w ogóle tricykli – są wyłącznie jeepneye i liczne, zwykłe samochody. Jeszcze bogatsze domy i unoszący się nad miejscowością zapach sosen przywodzą na myśl raczej Europę niż Azję. Tu nikt nie nagabuje „sir, where do you want to go?”, ludzie mijają turystów obojętnie, pogrążeni we własnych sprawach – budowie, handlu, sprawach społeczności. Widać było, że Sagada to kolejny ‘level’ w rozwoju gospodarczym. Świadectwem tego był także dom, w którym mieszkaliśmy – wykonany z pięknie rzeźbionego i lakierowanego drewna, czysty, bogaty, z kominkiem.
Sagada to miejsce bardzo ciekawe turystycznie. Dwie główne atrakcje to wiszące trumny oraz jaskinie. Ta pierwsza znajduje się w zasadzie w centrum miasteczka. Koło kościoła, niedaleko cmentarza wchodzi się do tzw. Echo Valley – charakterystycznie ukształtowanej doliny, w której można sprawdzić, dlaczego nazywa się właśnie tak jak się nazywa. Na jej ścianach znajdują sie „wiszące trumny”. Mieszkańcy Sagady przez wiele stuleci nie grzebali swoich zmarłych w ziemi. Po śmierci podwieszali trumny pod wilgotnymi ścianami krasowych wąwozów, gdzie zwłoki ulegały mumufikacji. Dziś praktykuje się ten obyczaj niezmiernie rzadko, tylko dla szczególnie zasłużonych mieszkańców wioski. Obecne dziś w Sagadzie trumny pochodzą przede wszystkim z XVIII i XIX wieku i – trzeba przyznać – wyglądają rzeczywiście niesamowicie. Także te, które nie wiszą, a po prostu leżą blisko skał krasowych.
Ale największa atrakcja czekała nas dnia następnego. Było to przejście z jaskini Lumiang do jaskini Sumaguing, tzw. Cave Connection. Obie to tzw. jaskinie pochówkowe, przez lata chowano tutaj zmarłych w pozycji embrionalnej, w korytach przypominających małe wanny. I dzisiaj piętrzą się one przy wejściu do jaskini Lumiang.
Trasę zaczęliśmy bardzo wcześnie, na co nalegał nasz przewodnik – podobno później może być sporo ludzi. Na miejscu okazało się, że przewodników jest dwóch. Jeden z nich niósł dużą lampę gazową, która oświetlała przestrzeń. Mimo, że wszyscy mieliśmy czołówki, a Milunia tzw. światełko Galadrieli (czyli pałeczkę chemoluminescencyjną), ale światło gazowe wiele dawało. Przez pierwszą godzinę idzie się w dół, najpierw po suchych kamieniach, potem coraz częściej wśród kaskad wody lejącej się z góry. Przewodnicy znają teren i potrafią poprowadzić- bez nich zgubilibyśmy się natychmiast. Oznaczeń żadnych nie ma, a trzeba wejść w najmniejszą z dziur i zsunąć się po skałach w dół. Czasami ścieżka prowadzi po bardzo eksponowanym terenie – pod stopami znajduje się kilkunastometrowa przepaść.
W kilku miejscach jest naprawdę stromo i trzeba chwycić się liny. W jednym z takich miejsc przeżyliśmy bardzo nieciekawą przygodę – Ania zaczęła się zsuwać korytem potoku jak po zjeżdżalni, na szczęście skończyło się na strachu i kilku siniakach. Po około godzinie doszliśmy do dna jaskini i czekało nas brodzenie w wodzie mniej więcej po pas. Na szczęście woda była ciepła, a brodzenie krótkie. Po drodze mieliśmy okazję obejrzeć także formacje skalne – króla, królową i księcia – wszystkie pokazywane ze sprośnym uśmiechem przez przewodników, którym skały kojarzyły się wyłącznie z narządami rodnymi.
Potem trasa wiodła stopniowo w górę; po kolejnej godzinie dotarliśmy do wielkiej sali, w której słychać było pisk nietoperzy. Nasi przewodnicy oświetlili sufit – znajdowały sie tam dosłownie setki, jeśli nie tysiące latających ssaków, a w powietrzu unosiła się woń nietoperzego guana. Wreszcie trafiliśmy do wielkiej, podziemnej sali –podobno wykorzystywanej przez absolwentów z Sagady do imprez po egzaminach maturalnych. Jakkolwiek gabaryty i akustyka miejsca były rzeczywiście odpowiednie, to nie mogliśmy się nadziwić, jak po przejściu przez jaskinię zachowują się kreacje dziewczyn. Po krótkim postoju ruszyliśmy do góry, mijając po drodze grupy ludzi, którzy wybrali krótszą i łatwiejszą trasę z jaskini Sumaguing i z powrotem.
Po wyjściu na powierzchnię czekała nas jeszcze jedna atrakcja – świeża papaja kupiona od rolnika. Była tak pyszna, że po zjedzeniu w ekspresowym tempie jednej wróciliśmy się po drugą. Mniam!
Nasz pobyt w górach skończył się i zjechaliśmy do Baguio – dużego miasta, stolicy prowincji. Widziane z bliska robi fatalne wrażenie – hałaśliwe, zasmrodzone, pogrążone w smogu. Dwa jego jaśniejsze punkty to muzeum górskich prowincji, z fotografiami dokumentującymi życie tradycyjnych wspólnot Ifugao i Kalinga przed kolonizacją tych terenów, oraz Camp John Hay. Zwłaszcza to ostatnie miejsce było bardzo ładne. Kilkudziesięciohektarowy teren został przygotowany przez Amerykanów na początku XX wieku, po ich wkroczeniu na Filipiny. Urządzona pięknie, ze smakiem rezydencja gubernatora, z amfiteatrem oraz ogrodem, góruje nad otoczeniem. Obok znajduje się park linowy – w którym Kuba i Ania przejechali się kolejką krzesełkową w koronach drzew, a Milunia i Jaś poszli na „Superman Adventure”, czyli „przelot” na linie zawieszonej na pochyłym zboczu, a potem Milunia przyjaźniła się z przygodnie spotkanym kotkiem.
Po parku linowym odwiedziliśmy tzw. Cmentarz Negatywizmu, gdzie w humorystycznych, symbolicznych grobach „pochowane” są przypadłości ludzkie. „Myślałemże Tytozrobisz”, „Tera Zniewarto” albo „Itaksię Nieuda” – tak można by przetłumaczyć napisy na grobach. Miejsce jest ładne, pomysłowe i zadbane, choć bardzo amerykańskie – jedna wielka afirmacja działania, w opozycji do niepotrzebnego filozofowania i zastanawiania się.
Bardzo amerykański był też sklep niedaleko na terenie Camp John Hay. Ceny w dolarach, średnio trzy razy więcej niż w sklepach w mieście, ale te porcje! Trzeba wiedzieć, że na Filipinach wszystko jest małe: ludzie, porcje jedzenia, domy, pojazdy. Dopiero w amerykańskim sklepie znaleźliśmy duże proszki do prania, duże opakowania kakao i litrowe lody. Niestety, wszystko za twardą, zieloną walutę.
Camp John Hay to także pomnik kolonializmu. Obok brudnego i zatłoczonego miasta powstała enklawa ciszy i czystości – niestety niedostępna dla mieszkańców Filipin, chyba że pracowali tam jako służba. Dostępna jedynie kolonistom, była przede wszystkim symbolem dominacji USA nad Filipinami. Nic dziwnego, że do dziś w społeczeństwie jest silny antyamerykański resentyment, powiększony faktem, że Amerykanie przez lata wspierali krwawy reżim Ferdinanda Marcosa, obalony dopiero w wyniku pokojowej rewolucji z roku 1986. Na dzisiejsze antyamerykańskie ekscesy aktualnego prezydenta Duterte należy patrzeć przez pryzmat tego kolonialnego dziedzictwa Filipin.
Po kilkugodzinnej podróży do Manili i trzygodzinnym locie znowu znaleźliśmy się w Szanghaju. Tym razem powolnym metrem, a nie ultraszybkim maglevem, udaliśmy się do centrum miasta. Zaczęliśmy od śniadania w bardzo fajnym miejscu. Restauracja wyglądała niepozornie, ale zachęcała wystawionymi talerzykami. Każdy brał tyle ile chciał, tego co chciał – i szedł do kasy. W głębi i na górze stały stoły, przy których można było siąść; ryż był za darmo i w dowolnej ilości.
Na naszej trasie tym razem znalazło się Muzeum Szanghajskie. Imponująca kolekcja brązów (niektóre nawet sprzed 4 tysięcy lat), porcelany, rzeźb oraz malarstwa i kaligrafii, pozostawia odwiedzających w przeświadczeniu o wspaniałości chińskiej kultury. Muzeum jest darmowe – zapewne dlatego, by każdy Chińczyk i obcokrajowiec mógł poczuć wielkość Państwa Środka.
Z muzeum pojechaliśmy do tzw. koncesji francuskiej. To dość spory obszar miasta, w którym przed wojną gospodarowali Francuzi (Szanghaj pełen był takich koncesji, czyli wydzielonych obszarów, gdzie mogli się osiedlać tylko obcokrajowcy). Dla Europejczyka to powiew swojskości – znajdziemy tam niskie, europejskie w wygladzie domy, dużo zieleni. Gdyby nie napisy chińskmi „krzaczkami” można by się poczuć jak w Hanowerze albo Nantes. Dzisiaj Koncesja to drogie i modne miejsce klubów dla ekspatów, eleganckich fryzjerów i galerii sztuki. Stamtąd pojechaliśmy do kolejnej niewielkiej i tradycyjnej chińskiej restauracji, gdzie Jaś „na czuja” wybierał pozycje z menu – ale gdzie znowu smacznie i niedrogo zjedliśmy.
Ale największa atrakcja tego dnia czekała nas po zmroku. Wybraliśmy się na Nanjing Road oraz szanghajski Bund – nadmorską promenadę. Miejsce jest doprawdy imponujące. Drogie sklepy i restauracje sąsiadują z luksusowymi hotelami i salonami samochodowymi. Ludzi jest mnóstwo, ale najbardziej imponujący jest widok na drugą stronę rzeki. Obrazek pokazuje tylko panoramę, nie da się na nim ująć ogromu budunków, migających świateł, lawirujących po rzece statków oraz ogólnego wrażenia „wielkiego świata”. Na Nanjing Road i na Bundzie człowiek zaczyna rozumieć, że Europa to przybudówka do wielkiego świata, zapyziałe i gasnące miejsce dawnej potęgi – a prawdziwe życie toczy się w Azji i Ameryce.
Wieczorne metro zawiozło nas znowu na lotnisko i wsiediliśmy w samolot do Pragi – tym razem oficjalnie już kończąc wakacje w Azji.
Filipny to biedny kraj. Widać to zwłaszcza na Palawanie. Domy zbudowane z bambusa i pokryte trzciną nie były rzadkością, biedę widać także po ubraniach ludzi, stanie ich uzębienia oraz pojazdach. Wiele osób nie umie czytać ani liczyć. Kilka razy było to przyczyną zabawnych sytuacji przy negocjowaniu cen.
- Jaka jest cena?
- 300 peso za osobę
- Czyli jak jesteśmy w cztery osoby?
- Trzysta i trzysta to sześćset... sześćet i trzysta... eeee... (dłuższe liczenie) 1200 peso.
- A za dwie noce?
- No... to jak za dwie noce... no... tego....
- Jak zapłacę dwa tysiące to będzie dobrze?
- Będzie dobrze.
- To umowa stoi!
Mimo biedy i luk w wykształceniu Filipińczycy są niezmiernie pogodni i przyjaźni. Chętnie poznają innych, chętnie rozmawiają, są ciekawi świata. Pomaga przyzwoity angielski. Mieszkańcy górskiej prowincji Ifugao mówią, że dzieci w szkołach najpierw uczą się w lokalnym języku, w jakim mówi się w danej wiosce, ale po przekroczeniu 10 lat nauczyciel zaczyna wydawać polecenia w dwóch językach: lokalnym i angielskim. Klasa średnia mówi w Tagalog, języku filipińskim, choć gęsto przeplatanym angielskim. Słuchając Jenny rozmawiające po tagalsku z innymi Filipińczykami wyłapywało się wiele angielskich słów i fraz.
Na Filipinach prawie nie ma zabytków. W trzystutysięcznym Baguio był jeden: katedra. Nie odwiedziliśmy Vigan, miasta na północnym zachodzie Luzonu, siedziby szlacheckich rodów, z którego i dziś pochodzą liczni prominentni politycy i biznesmeni. Imponujące jest natomiast, że mimo biedy Filipińczycy staraja się zachować swoją przyrodę. Na archipelag Bacuit nie mogą wpływać drugie, prywatne jachty – można go zwiedzać tylko z pokładu tradycyjnej bangki. Obsługa łodzi mówi: „Zostawcie tylko odciski stóp, zabierzcie tylko zdjęcia”. I ludzie to szanują.
Dziwi ogromna liczna umundurowanych mężczyzn, którzy pilnują dosłownie wszystkiego. Banku, sklepu z ciuchami, restauracji. W godzinach szczytu światła są wyłączone, a ruchem (w Manili, Baguio) kierują policjanci.
Filipińczycy kochają dzieci. Jest ich pełno wszędzie, co np. stanowi wielką różnicę z w stosunku do Chin. Wszędzie jest pełno także psów – rudawoczarnych mieszańców. Trudno powiedzieć, czy do kogoś należą, czy po prostu się wałęsają. Jenny twierdziła,że górale z północy jedzą psy, żeby przetrwać zimowe miesiące – ale my nie widzieliśmy nigdzie np. potraw z psa.
No i religijność. Na każdym kroku znajdują się przejawy ludowej religijności. Kapliczka na lotnisku, kapliczka na ulicy, kapliczka w restauracji. Tricykle i jeepneye nazywają się „God’s Mercy”, „Holy Father”, „Jesus the Savior”. Kościoły pełne są ludzi – kiedy Kuba wszedł do jednego z nich, przywitali go ludzie mówiąc „God bless you my friend”, „Pray with us!”. W Manili przy głównej ulicy są billboardy: „Read Bible every day” i „Jesus loves you”, większe od największych reklam Coca-Coli. No i naklejki – na samochodach, skuterach, domach.
A skoro o potrawach mowa, warto wspomnieć o kuchni filipińskiej. No więc – nic specjalnego. Jest raczej tłusto. Przykłady to tocino – kawałki słoniny w słodkiej polewie, smażone na głębokim oleju. Wszędzie można dostać sizzling (gorący tależ z wieprzowiną lub kurczakiem) oraz chicken adobo – kawałku kurczaka w aromatycznym, słodkawym sosie. Popularne są zupy z makaronem, na ogół ryżowym. W El Nido było dużo owoców morza – ryb, ośmiornic, kałamarnic, krewetek. Sporo je się owoców, przede wszystkim arbuza, mango, papai, bananów, ananasów. Mieliśmy okazję spróbować kilku filipińskich fast foodów – jedzenie było niezbyt wyszukane, a porcje niewielkie.
Co innego kuchnia chińska. Szanghaj bardzo przypadł nam do gustu pod tym względem. Wszędzie można było zjeść coś dobrego, za niewielkie pieniądze. Prawdą jest, że jeśli świat je, aby żyć, to Chiny żyją, aby jeść. Mięso, ryby, warzywa, ryż, makarony – wszystko, cokolwiek wzięliśmy do jedzenia w Chinach, było bardzo dobre i ładnie podane.
Na koniec dwa słowa o budżecie. Cała wyprawa kosztowała ok. 20 tys. złotych na cztery osoby. Niecała połowa tego kosztu to były przeloty – zarówno ten do Manili (ok. 1700 zł za osobę), jak i z Manili do Puerto Princesa i z powrotem. Typowy nocleg kosztował nas ok. 2000 peso (ok. 150 zł) na cztery osoby i to były dobre warunki. Obiad w restauracji to ok. 200 peso na osobę, w droższych restaurajach zdarzało się, że kosztował nawet 300 peso. Butelka wody to ok. 30 peso, typowa „opłata środowiskowa” w atrakcyjnym turystycznie miejscu wynosiła ok. 50 peso, a kilkugodzinny przejazd autobusem (np. Sagada-Baguio) ok. 400 peso. Ważną pozycją w budżecie jest komplet szczepień – wszystkie to ok. 600 zł na osobę.
W sumie jesteśmy bardzo zadowoleni z wakacji; do Azji Południowo-Wschodniej wybierzemy się pewnie jeszcze kiedyś, choć niekoniecznie na Filipiny.