Wakacje w Kalabrii
Sierpień-wrzesień 2008
Kemping, na który jechaliśmy w tym roku, znajduje się niedaleko miejscowości Isola di Capo Rizzuto, na „podeszwie” włoskiego buta. Z Polski to od 1700 do 2500 km po lepszych albo gorszych drogach. Z zachodniej i północnej częsci kraju polecamy dojazd przez Niemcy, Austrię i przełęcz Brenner; z południowej i wschodniej Polski wygodniejsza droga wiedzie przez Wiedeń i Udine. Generalnie, przejechanie tej trasy w dwa dni samochodem wymaga dużej samodyscypliny i determinacji, dwóch doświadczonych kierowców oraz trochę szczęścia na autostradach – żeby nie wpaść w korki. Nam się udało z Gdańska dojechać w dwa dni, z noclegiem w okolicach Trydentu w północnych Włoszech.
Dzień pierwszy dojazdu jest nudny, bo droga wiedzie albo przez polskie bezdroża (zwane dla niepoznaki drogą krajową nr 6) oraz ładne, ale cokolwiek nudne niemieckie autobahny. Dopiero za Monachium pejzaż zaczyna się zmieniać – do Innsbrucka dojeżdżamy rozległą doliną rzeki Inn, ale względnie płasko, a potem zaczynamy się wspinać podziwiając po obu stronach autostrady Alpy oraz rozsiane w nich wioski i miasteczka.
Za przełęczą Brenner rozpoczynają się Włochy, ale jeszcze takie nieprawdziwe – to tzw. Südtirol, zwany inaczej Górną Adygą (Alto Adige) – włoska zdobycz na Habsburgach z I Wojny Światowej. Napisy są dwujęzyczne; niestety, wśród nich przywitał nas ten najmniej ciekawy: coda, zwana także Stau. Przez korki w okolicach Bolzano i Trento straciliśmy ok. 40 minut, niemniej było to jedyne 40 minut i o ok. 21-szej byliśmy w Rovereto – miasteczku, w którym zabukowaliśmy nocleg. Hotel Quercia to ewidentnie miejsce dla tirowców – małe i proste, ale czyste pokoje przeznaczone są dla tych, którzy chcą po prostu się przespać i nic więcej.
Pejzaż Południowego Tyrolu jest dość niesamowity – jedzie się płaską jak stół doliną, która zupełnie bez żadnego „etapu pośredniego” przechodzi w pionowe, wapienne ściany gór. Ich wysokość bezwzględna nie jest duża, ale względna to kilkaset metrów. Życie w takim miejscu musi przypominać trochę życie na scenie wielkiego amfiteatru gór... z jednej strony, to ciekawe; z drugiej – straszne.
Drugi dzień podróży powitał nas temperaturą 20 stopni o 6 rano. Skierowaliśmy się na południe, by ok. godziny 8 dotrzeć do Modeny. Radio Rai Uno, które wrzuciliśmy, co pół godziny podawało informacje o korkach na autostradach. Z godziny na godzinę informacji było coraz więcej, ale dotyczyły bogatej, uprzemysłowionej Północy, którą zostawiliśmy za sobą wraz z przekroczeniem pierwszego łańcucha Apeninów za Bolonią. Bez większych przeszkód dotarliśmy do Rzymu i postanowiliśmy, że skoro tak dobrze nam idzie, to odwiedzimy polski cmentarz wojskowy na Monte Cassino (opis poniżej). Dalej pejzaże zmieniały się nieomal z każdą godziną: Autostrada del Sole coraz częściej prowadziła to tunelami, to estakadami. Mijane zjazdy przywodziły na myśl winnicę: Orvieto, Chianti, Arezzo... w końcu dotarliśmy do Neapolu, który symbolicznie odgranicza Italię środkową od Południa (il Mezzogiorno), które było naszym celem. Masywna sylwetka Wezuwiusza, doskonale widocznego z autostrady oraz kolejna zmiana krajobrazu (pojawiły się surowe, bezdrzewne góry) przypominały, że wkraczamy w inny świat. Na stacji benzynowej za Neapolem było już 30 stopni, brud i bałagan – słowem, witajcie w Kampanii, niegdyś nazwanej tak ze względu na to, iż była „krainą szczęśliwą” Rzymian, a dzisiaj znanej z niewywożonych śmieci, Camorry oraz sosu Napoli.
Ok. 20-tej dotarliśmy do Cosenzy, dużego ośrodka miejskiego Kalabrii i tam zjechaliśmy na drogę krajową wiodącą na Crotone. Miejscami widać, że Kalabria to kraina ‘Ndranghtetty, najniebezpieczniejszej i najpotężniejszej z mafii – choć na co dzień nie dało się tego odczuć. Dane nam jeszcze było w ostatnich promieniach zachodzącego słońca zobaczyć Morze Jońskie, ale na kemping zajechaliśmy już po ciemku. Na szczęście, jeden z sąsiadów pożyczył nam lampę, dzięki czemu bez kłopotu rozbiliśmy namiot i wykończeni położyliśmy się spać.
Kemping, na którym mieszkaliśmy, był stosunkowo duży, podzielony na trzy wyraźne strefy: bungalowy, przyczepy oraz pole namiotowe. Bungalowów z bliska nie widzieliśmy, ale z daleka prezentują się dosyć komfortowo. Mają zróżnicowaną wielkość i podejrzewamy, że każdy znajdzie coś dla siebie. Stosunkowo najwięcej osób przebywa w części z przyczepami: część z nich to przyczepy pozostawione na stałe przez właścicieli i użytkowane przez nich w okresie lata, część zaś to przyczepy będące własnością kempingu. Można wynająć jedną albo drugą – za podobnie przystępną cenę.
Część „namiotowa” kempingu jest w pomysłowy sposób chroniona przed słońcem – na słupach rozpięto siatki, które dają cień. Drzewa, owszem, są, ale jest ich na tyle mało, że takie zadaszenia były potrzebne. Siatki i słupy naturalnie dzielą kemping na „piazzole” – jedna „piazzola”, jeden namiot. Poza trzema strefami znajduje się jeszcze kilka „dzikich” miejsc – powierzchnia kempingu jest dosyć duża i jeśli ktoś szuka prawdziwego odosobnienia i intymności, na pewno je znajdzie – w szczególności po sezonie.
Trzeba powiedzieć, że nasza wizyta przypadła na końcówkę sezonu. Kiedy przyjechaliśmy 24 sierpnia zajętych było ok. połowy miejsc. Choć nie było wielkiego tłoku, nie mogliśmy na początku znaleźć miejsca blisko wody, bo byli tam na stałe ulokowani Włosi (grajdoły mieli „oznaczone” parasolami i leżakami, których nikt nie zabierał na noc). Z każdym dniem gości ubywało i kiedy wyjeżdżaliśmy było może 50 osób. Generalnie, zapoznani na kempingu Polacy mówili, że tak naprawdę tłum jest w ostatnim tygodniu lipca i pierwszych dwóch tygodniach sierpnia. Szczyt kończy się 15 sierpnia, kiedy przypada ferragosto – włoska kulminacja sezonu. Wtedy zabawa trwa do białego rana i albo w niej uczestniczymy, albo spędzimy bezsenną noc – bo nawet stoppery nie pomogą.
Podczas głównego sezonu na kempingu nie wolno trzymać samochodów. Jest to uwarunkowane zapewne koniecznością wykorzystania maksimum miejsca oraz spokojem mieszkańców (wjeżdżające i wyjeżdżające samochody hałasują, ale przede wszystkim wzniecają uciążliwy pył). Dlatego trzeba rozpakować rzeczy do namiotu / przyczepy, samochód zaś odprowadzić na parking, który znajduje się poza główną bramą kempingu (i który także jest zadaszony). Z jednej strony nieposiadanie samochodu jest uciążliwe, z drugiej – pył byłby jeszcze bardziej uciążliwy.
Spotkaliśmy bardzo miłe polsko-niemiecko-amerykańskie (tzn. ona Polka, on pół-Niemiec, pół-Amerykanin) małżeństwo z Kołobrzegu z sześcioletnią córeczką Hanią, która była znakomitym towarzystwem dla naszej córki. Mówili nam, że przyjeżdżają na kemping co roku i spędzają na nim... całe 3 miesiące lata – od początku czerwca do końca sierpnia. Z tego, co zrozumieliśmy, mają dom w Kołobrzegu, który wynajmują turystom na całe lato. Pozazdrościć!
W środku kempingu znajduje się duży sanitariat, na jego bokach – dwa dodatkowe. Podczas naszego pobytu wykorzystywany był przede wszystkim ten centralny – chyba głównie ze względu na to, że był korzystnie usytuowany.
Na terenie kempingu znajduje się mały supermarket z podstawowymi produktami, bar oraz restauracja. Sklep jest dość dobrze zaopatrzony, codziennie przywożone jest świeże pieczywo oraz owoce i warzywa; jest też nabiał, podstawowe produkty higieniczne i przemysłowe (np. proszek do prania, olejki do opalania) oraz prasa. W barze można rano wypić capuccino (stoliki pełne są Włochów, którzy czytają La Reppublikę i sączą poranną kawę), a wieczorem napić się piwa czy zjeść granita di limone. Koło baru do 27 sierpnia odbywały się wieczór w wieczór imprezy: a to dyskoteka, a to występ zespołu muzycznego, a to lekcje tango argentino, a to wieczór pieśni kalabryjskich. Oprócz tego znajduje się też restauracja uruchamiana wieczorami, ale nie mieliśmy okazji skorzystać z jej kuchni – w dni, w które nie robiliśmy jedzenia sami, jadaliśmy w pizzeriach i trattoriach w okolicach.
Ciekawie rozwiązano płatności w kempingowym sklepie, barze, restauracji oraz il bar della spiaggia. Otóż każdy gość kempingu otrzymuje kartę chipową, którą może „doładować” w recepcji dowolną kwotą. Dzięki temu nie trzeba z sobą nosić gotówki i portfela, a przy każdej płatności specjalny wydruk informuje ile „ściągnięto” z karty i ile jeszcze zostało.
Obsługa mówi w paru językach, większość napisów jest po włosku, angielsku oraz niemiecku. Panie i panowie z obsługi są bardzo mili – kiedy potrzebowaliśmy na ostatnią noc wypożyczyć przyczepę (planowaliśmy wczesny wyjazd i nie chcieliśmy składać namiotu rano), bez dodatkowych opłat oddano nam do dyspozycji jedną z nich. Nawiasem mówiąc, noc spędzona w duchocie „puszki na sardynki” upewniła nas, że przewiewny namiot to jednak zdecydowanie lepsza rzecz niż taka plastikowa przyczepa.
Na kempingu panuje bardzo dobra, rodzinna atmosfera. Trudno powiedzieć, żeby był to kemping międzynarodowy – ok. 90% gości stanowią Włosi. Widywaliśmy też Niemców (gdzie ich nie ma!), paru Holendrów, jednych Francuzów oraz Szwajcarów.
Trzeba dodać, że większość gości kempingu to osoby przyjeżdżające na niego od wielu lat. Znają się więc, wieczorami siadają przy rozmowach i winie. Wyjazdom kolejnych gości towarzyszyły wylewne pożegnania plażowiczów: ci vediamo l’anno prossimo, czyli zobaczymy się w przyszłym roku. Do nas odnoszono się bardzo życzliwie od samego początku, prawiąc liczne (i całkowicie nieuzasadnione) komplementy naszej znajomości języka włoskiego (w rzeczywistości bardzo podstawowej) oraz (całkowicie uzasadnione) urodzie naszej błękitnookiej, jasnowłosej córki (che bellina!).
Kemping zamieszkiwany był przez rozmaitą zwierzynę – komary (uciążliwe wieczorem),jaszczurki, mrówki i polujące na nie mrówkolwy. Kiedy kończyliśmy posiłek, dosłownie po kilku sekundach odłożone przez nas do mycia rzeczy stawały się obiektem zainteresowania zwierząt, które porywały co smaczniejsze kąski.
Kemping położony jest na wysokiej skarpie nad Morzem Jońskim i tuż pod nim znajduje się dość długa plaża. Plaża jest piaszczysta, z nielicznymi skałkami, w naturalny sposób ograniczona z jednej strony falochronem, z drugiej – skałami (w okolicach których można fajnie nurkować). Zejście do wody jest idealne dla osób niepływających i dzieci – bardzo długo jest stosunkowo płytko, więc bez obaw można puszczać dzieci same do wody (mając na nie oczywiście oko, jako że nie ma ratownika). Na plaży dominowały dwie grupy: rodziny z dziećmi, takie jak nasza, oraz starsze małżeństwa stałych bywalców.
Z kempingu do plaży prowadzi bezpośrednia droga żwirowa – ok. 150 metrów; niby niedaleko, ale jej sforsowanie w południowym upale bywało męczące. Kemping położony jest na skarpie na wysokości ok. 30 m i z pierwszego rzędu namiotów roztaczają się wspaniałe widoki na Morze Jońskie, a że w pobliżu był duże porty (np. Tarent), widywaliśmy również sporo statków handlowych i okrętów wojennych. Trzeba jednak wiedzieć, że „piazzole” w pierwszym rzędzie, położone wśród agaw i opuncji, są o 30% droższe od pozostałych.
Obowiązkowym wyposażeniem włoskiego plażowicza jest parasol oraz krem do opalania z faktorem... 8. Szczęśliwy naród, który nie musi – tak jak nasza córka – smarować się „czterdziestkami”. Włosi poza godzinami południowego skwaru chętnie spacerują od grajdoła do grajdoła i rozmawiają z sobą; w środku dnia zaszywają się w cieniu parasoli albo wręcz schodzą z plaży i robią sobie sjestę na kempingu. Warto dodać, że w godzinach 14-16 obowiązuje popołudniowa cisza i nie wolno np. zmywać naczyń. Nieprzyzwyczajeni do południowego trybu życia spędzaliśmy ten czas na plaży, ale staraliśmy się unikać śródziemnomorskiego słońca.
Dzieci (małe i duże) w zasadzie cały czas siedziały w wodzie – czy to pływając, czy nurkując, czy to bawiąc się na materacu. Skarpa, na której położony jest kemping, jest gliniasta – jedną z ulubionych rozrywek plażowiczów jest smarowanie się gliną. Nie wiemy, czy daje to zdrowie skórze, ale na pewno fajnie wygląda.
Na plaży znajduje się bar plażowy (il bar della spiaggia). Można tam zjeść kanapkę, sałatkę, loda albo napić się wody, piwa i kawy. Barman – Simone – po jednym dniu zna wszystkich po imieniu i po przygotowaniu zamówienia woła: „Giacopo!”. O ileż to milsze niż stosowane w polskich smażalniach „dwadzieeeeścia czteeeeery!”. Jedzenie jest proste, ale bardzo smaczne, zaś ceny – bardzo normalne. Z duża przyjemnością codziennie odwiedzialiśmy il bar della spiaggia, serwując sobie lody, kawę albo sałatkę z pomidorów i mozzarelli.
Kilkanaście kilometrów od naszego kempingu, pomiędzy Crotone i Cosenzą rozciąga się pasmo Sila, a konkretnie Sila Grande. Góry porośnięte są gęstym i pięknym lasem (widok nieczęsty na tej szerokości geograficznej) i mają własny mikroklimat – znacznie chłodniejszy i bardziej wilgotny niż oba wybrzeża. Co ciekawe, znajdują się w nich kurorty narciarskie,czynne zimą.
Centralne miasteczko masywu stanowi Camigliatello, siedziba niezliczonych hoteli górskich i sklepików z pamiątkami. Po zaopatrzeniu się w mapę i zasięgnięciu opinii nt. lokalnych atrakcji pojechaliśmy do Fossiata, które okazało się w zasadzie jedną wielką area picnic, w której Kalabryjczycy oddawali się swojej ulubionej rozrywce, tj. jedzeniu i plotkowaniu. Sądziliśmy, że znajdziemy tam jakieś szlaki turystyczne, ale znaleźliśmy tylko gubiące się w gąszczu ścieżki zasłane (nie wiem, czy literka ‘ł’ jest tutaj na miejscu) zużytym papierem toaletowym. Czym prędzej przenieśliśmy się więc do niedalekiego Cupone, gdzie znajduje się siedziba Parku Narodowego Sila. Na dość sporym obszarze znajduje się muzeum (z wypchanym wilkiem, którego trochę bała się Milunia), mini-ogrodem botanicznym i tzw. orto geologico (czyli ścieżką z rozmaitymi skałami i ich opisami). Nam najbardziej podobały się zagrody ze zwierzętami: jeleniami, danielami i łosiem. Niestety, nie udało się nam dostrzec wilków – głównej atrakcji parku zoologicznego, ale trudy wędrówki wynagrodziły nam specyficzne lody cytrynowe, czyli połówka prawdziwej cytryny z zamrożonym sorbetem cytrynowym. Pycha!
Na deser pojechaliśmy do tzw. Giganti di Sila, ogromnych, kilkudziesięciometrowych sosen, które piętrzą się w górnych partiach masywu. Ich zwiedzanie było o tyle niesamowite, że w jego czasie szalała burza – choć być może określenie „szalała” nie jest zbyt adekwatne, bo deszcz prawie nie padał. Spektakularnie za to grzmiało i błyskało się, a pan, który jest dozorcą rezerwatu informował nas, że wchodzimy na własne ryzyko. Drzewa rzeczywiście były imponujące i pewnie zwiedzanie ich w upale, wśród setek ludzi, nie byłoby tak niesamowite.
Ten dzień był jedynym, w którym było chłodno (ok. 18 stopni) i deszczowo. Do końca pobytu temperatury miały nie spaść poniżej 25 stopni (nawet w nocy).
Druga nasza wycieczka wiodła wybrzeżem Morza Jońskiego w stronę niedalekiego Catanzaro Lido, obok którego znajduje się parco archeologico Scolacium. Puste o tej porze dnia i roku, urządzone na dość dużym obszarze, zawiera kilka atrakcji. Jedną jest dawna bazylika normańska (La Rocceletta), dziś co prawda w ruinie, ale nadal imponująca swoim rozmachem. Druga to amfiteatr grecki, zaś trzecia – to nekropolia bizantyńska na wzgórzu ze wspaniałym widokiem.
W ogóle ciekawy jest fakt, że mieszkańcy przez wiele wieków urządzali swoje siedziby w tych samych miejscach. Najpierw Grecy z Magna Grecia zakładali jońskie polis na wybrzeżach morza (Grecy to wszak lud ściśle związany z morzem). Potem na ich miejsce przychodzili Rzymianie, przebudowując i rozbudowując miasta – stawijąc kapitol, forum, łaźnie i inne charakterystyczne budowle Cesarstwa. Po nich z Północy swoimi statkami przybywali Normanowie, gorliwi chrześcijanie i stawiali gotyckie kościoły oraz warowne zamki. Dopiero późne średniowiecze, czas epidemii i najazdów saraceńskich sprawiło, że mieszkańcy jońskich wybrzeży przenosili się w niedalekie góry, na szczycie których wznosili warowne osady, przygotowane do odparcia saraceńskich najazdów i z dala od malarycznych bagien.
Z jednej strony każda wizyta w parco archeologico zostawiała nas z przekonaniem o naszym kilkunastowiekowym zapóźnieniu. Wykopaliska w Lednicy, świadectwo „potęgi” państwa wczesnych Piastów, to kilka kamieni i kościółek wielkości przeciętnych łaźni z jońskich wybrzeży Italii. Tylko że u nas takie budowle powstawały w X wieku n.e., a u nich – w VI wieku p.n.e. Z drugiej strony, człowiek myśli sobie jak bardzo ukształtowany jest przez kulturę środziemnomorską. Nawet jesli Mieszko i Bolesław mówili językiem przypominającym dzisiejszy polski (w co wątpię) i wyglądali tak słowiańsko, jak na obrazach Matejki i banknotach 10 i 20 zł, to jednak sposób, w jaki dzisiaj myślimy i mówimy, jak piszemy książki, jak organizujemy nasze państwo i prawo, jak rozstrzygamy spory został określony tam, na wybrzeżach Morza Śródziemnego. I my powinniśmy je nazywać Mare Nostrum, „nasze morze”, bo to na jego wybrzeżach ukształtowaliśmy się i w sumie więcej łączy nas z Pitagorasem, mieszkańcem niedalekiego Krotonu (dzisiaj Crotone – miasto, gdzie robiliśmy parę razy zakupy w hipermarkecie) niż np. z Gotami - budowniczymi kamiennych kręgów w niedalekich od Gdańska Węsiorach. Takie oto rozmyślania prowadziliśmy spacerując po parco archeologico niedaleko Catanzaro Lido.
W parco archeologico było także ładne muzeum, gdzie – jak zwykle – znajdują się monety, resztki budowli, skorupy i głowy. Dzieciom się nawet podobało, ale – jako że zaczął się upał – wsadziliśmy je do klimatyzowanego samochodu i pojechaliśmy przez porośnięte oliwkami i mandarynkami góry Sila Greca na przeciwną stronę włoskiego buta – do miejscowości Pizzo. I tam miało miejsce jedno ze śmieszniejszych zdarzeń tego dnia, czyli wizyta w miejscowości Squillace, w której miał stać zamek normański. Zamek, owszem, był, ale był to czas sjesty i go zamknięto. A ponieważ był nieprawdopodobny upał, skierowalismy się do najbliższego baru, który stał całkiem pusty, choć otwarty. Gdy zobaczyła nas starsza pani, zaprosiła do środka i podrepatała szybciutko do domu, skąd wyłonił się, przecierając oczy pan, który dyskrenie ziewając zapytał czego sobie życzymy. Zorientowaliśmy się, że weszliśmy do prawdziwie rodzinnej knajpki w bardzo niestosownej godzinie – ale mimo to zarówno siwiutka mamma, jak i krzepki syn odnosili się do nas z szacunkiem i sympatią. Napiliśmy się, a kiedy przyszło do płacenia, mamma poczęstowała nas jeszcze świeżo zerwanymi pepperoncini.
Wybrzeże Morza Tyrreńskiego jest zupełnie inne niż jońskie – góry schodzą niemal do samego morza. W zasadzie brakuje dzikich kawałków wybrzeża – zamknięte ośrodki wypoczynkowe znajdują się jeden obok drugiego, a pretensjonalne nazwy typu Paradiso, Il Mare Blu, Tropicana Verde oraz wysokie mury szybko przypominają nam, że mimo bliskiej odległości to jednak inny świat. A także – że turystyka to dzisiaj jednak po prostu gałąź przemysłu.
Wreszcie dotarliśmy do celu dzisiejszej wędrówki, miejscowości Tropea, w nieprawdopodobny sposób zawieszonej na pionowej skale nad niewielką plażą. Ale największym odkryciem tego dnia była ukryta spiaggia, do której nie dało się dość suchą stopą, a jedynie dopłynąć. Fajne były w niej dwie rzeczy: występy skalne, z których dało się skakać do wody oraz fakt, że było to Królestwo Chłopaków. Grali w piłkę, ganiali się, kopali szmacianą piłkę pomiędzy bramkami narysowanymi farbą na gołej skale – a w tym czasie laski zajmowały się robieniem wrażenia na głównej plaży pod klifem i miasteczkiem zawieszonym na nim. Jasiowi o mało oczy nie wyszły z orbit jak to zobaczył i nie omieszkaliśmy kilka razy skoczyć z nim ze skał do krystalicznie czystej wody.
Kolejna nasza wycieczka wiodła na północ od Crotone, do Rossano, gdzie tuż nad brzegiem morza urządzono wspaniały akwapark Odissea 2000. Kilkakrotnie większy od znanych nam, zadaszonych obiektów z Polski czy Niemiec, oferował znacznie więcej atrakcji, Były m.in. zjeżdżalnie zwykłe, na których zjeżdżało się na leżąco, tzw. chimera, na której zjeżdżało się na piankowych materacach, leniwie snująca się rzeka, kącik dla dzieci (który szczególnie upodobała sobie Milunia, siedząc w wodzie praktycznie i zjeżdżając cały czas) oraz imponujące, kilkusetmetrowe zjeżdżalnie, z których zjeżdżało się na il gommone, wypożyczanych za niewielką opłatą pontonach. Oprócz wodnych atrakcji w parku była także animacja: mały teatrzyk dla dzieci oraz dyskoteka w strugach wody, która bardzo podobała się Miluni. W zasadzie jedyny „zgrzyt”, który przeżyliśmy w akwaparku to fakt, że Jasia przy kasie potraktowano jak dorosłego (każąc mu płacić pełny bilet), ale nie pozwalano mu zjeżdżać na najbardziej stromych zjeżdżalniach. Ale generalnie w Rossano można spędzić cały dzień doskonale się bawiąc i nie zjeżdżać więcej niż dwa razy z tej samej zjeżdżalni.
Przed wizytą w Parku pojechaliśmy na chwilę do Rossano, miasta – jak wiele innych – usytuowanego na skale kilkanaście kilometrów w głębi lądu. Oprócz charakterystycznego klimatu śródziemnomorskiego miasteczka (zwarta zabudowa starych domów z kamienia, ciasne uliczki dające cień, piękne balkony i drzwi domów i sklepów) atrakcją była katedra, a w niej bizantyńska ikona Madonna Achiropita (co po grecku znaczy „nie uczyniona rękami ludzkimi”). Widać, że mieszkańcy darzą ją szczególną czcią, o czym świadczy m.in. pamiątkowa tablica ufundowana w 1945 roku po alianckiej inwazji na Kalabrię, w podziękowaniu, że cudowna Madonna ocaliła Rossano przed zniszczeniem podczas działań wojennych. Pięknie odrestaurowana katedra, razem z witrażami przedstawiającymi Piotra i Pawła oraz zewnętrzną mozaiką, zostawiła nas z wrażeniem, że wybrzeże jońskie to obszar mieszania się kultur łacińskiej i greckiej.
Ostatnia z naszych wycieczek wiodła znowu na wybrzeże Morza Tyrreńskiego na „kraniec buta”. Autostradą Słońca, poprowadzoną kilkaset metrów nad poziomem morza, z zapierającymi dech w piersiach widokami, dojechaliśmy do Scylli – niegdyś samotnej skały, w której mieszkał straszliwy potwór, który porwał towarzyszy Odyseusza gdy – zanadto oddaliwszy się od Charybdy, trafili pod Scyllę:
Wtenczas Skylla wypadłszy sześciu nam porwała
Z nawy, a wszystko chłopcy i silne, i żwawe.
Owoż gdym się obejrzał na druhów i nawę,
Ujrzałem ręce, nogi w powietrzu drgające
Nad sobą, i ich głowy na mnie wołające
- Odysie! - raz ostatni wyjękli biedacy
(tłum. L. Siemieński)
Dziasiaj na skale w miasteczku Scilla stoi zamek, ale przede wszystkim z Piazza Garibaldi roztacza się wspaniały widok na Cieśninę Messyńską oraz wybrzeże Sycylii. Wypiliśmy po kawie, zjedliśmy po granicie i pomknęliśmy najpierw w stronę Reggio di Calabria (dalsze widoki na Sycylię i śmigające przez Cieśninę promy), a potem w góry Aspromonte. Najpierw w miejscości San Stefano in Aspromonte szukaliśmy grobu sławionego przez przewodnik rabusia, kalabryjskiego Janosika nazwiskiem Giuseppe Musolino. Chyba nie znaleźliśmy (choć rozmaitych Giuseppe Musolino na cmentarzu było tyle, ile u nas Janów Kowalskich), ale wizyta na kalabryjskim cmentarzu to i tak duże przeżycie. Otóż zmarłych nie grzebie się w ziemi, tylko w sarkofagach przypominających małe domki i mieszczących całe rody. W zależności od zamożności zmarłego, chowano ich albo w takich sarkofagach albo w cmentarnej ścianie.
Potem wzięliśmy głęboki oddech i pojechaliśmy po serpentynach na najwyższy szczyt Aspromonte: Montalto. Montalto to przykład turystyki po włosku: asfaltowa (dziurawa, niestety) szosa dochodzi na wysokość 1920 m n.p.m. Szlak turystyczny (drewniane barierki przez cała drogę) idzie lasem przez około pół kilometra, aż wychodzi się na szczyt. Kiedy wracaliśmy, po drodze spotkaliśmy Włochów, którzy po obowiązkowym salve! zadawali kluczowe pytanie: jak daleko jeszcze, a gdy słyszeli dwieście metrów, wzdychali ciężko. Warto dodać, że cała trasa miała niecały kilometr, a zachmurzone niebo i zacieniona droga sprawiały, że nie było to jakieś trudne i uciążliwe podejście.
Sam szczyt jest ładny, choć zarośnięty – przez co brakuje imponujących widków, o których mówił przewodnik. Kolumna Chrystusa wyciągającego dłoń w kierunku Sycylii sąsiaduje z różą wiatrów, darem lokalnego klubu Rotary. Swoją drogą, ciekawe sąsiedztwo: z jednej strony rzeźba o ewidentnie sakralnym charakterze, z drugiej – masońskie stowarzyszenie i symbol. Na róży wiatrów zaznaczone jest kilka sfer – pierwsza obejmuje miejscowości lokalnej prowincji, potem idzie Kalabria, Włochy, Europa oraz cały świat. Jest m.in. Warszawa, tuż obok Budapesztu.
Z Aspromonte zjechaliśmy z powrotem na joński brzeg włoskiego buta drogą, która momentami przyprawiała o drżenie łydek. Kręta jak spaghetti, sprowadzała nas z wysokosci 1900 m n.p.m. na poziom morza. Jak w kalejdoskopie zmieniały się pejzaże – Aspromonte, od strony północnej jeden wielki gaj oliwny i cytrusowy, od północy straszy wysuszonymi i wypalonymi zboczami. Przez drogę ni stąd ni zowąd przechodziły nam bawoły (z mleka których robi się prawdziwą mozzarellę) Na szczytach gór majaczą nierzeczywiste miasteczka, a po wsiach (zapadał wieczór) na ławeczkach zebrali się już starsi mężczyźni, by przy mocnym kalabryjskim Zibibbo albo nalewce z lukrecji Liquirizia wymienić najważniejsze wiadomości o sprawach naprawdę ważnych, czyli jak przebiegała ostatnia kolejka Serie A oraz kogo ostatnio dobry Pan Bóg powołał do siebie.
Wykopaliska w Locri były, nie bójmy się tego słowa, porażką. Co prawda kosztowały zaledwie 2 euro na osobę (generalnie, większość wykopalisk i muzeów, które odwiedziliśmy, była darmowa – wymagała jedynie wpisu do księgi gości, co jest ważną i mądrą reformą niedawno obalonego rządu Prodiego) i nawet nieźle się prezentowały, ale ostatecznie nie trafiliśmy do najważniejszego zabytku – rzymskiego amfiteatru i po prostu odpuściliśmy.
Dwukrotnie wieczorem wybraliśmy się do Le Castella, niedalekiej miejscowości wypoczynkowej pełnej sklepów z pamiątkami i lodziarni, położonej na cyplu, na którego końcu jest wyspa połączona krótką groblą, a na niej – zamek aragoński. Opisywany w przewodniku jako „ruina, do której nie powinno się wchodzić bez dobrych butów i latarki” okazał się pięknie odrestaurowaną i ślicznie oświetloną budowlą. Przybyliśmy o idealnej wręcz godzinie – o zachodzie słońca. Snując się po zakamarkach budowli jednocześnie podziwialiśmy słońce zachodzące za masywem Sila Greca i kunszt aragońskich budowniczych. Na tej szerokości geograficznej zachód słońca nie przypomina spektaklu, do którego jesteśmy przyzwyczajeni nad Bałtykiem. W pewnym momencie robi się purpurowo, słońce dotyka horyzontu i dosłownie po dwóch minutach zanurza sie za nim. Zaraz potem szary zmierzch przechodzi w czarną noc – a dla całych Włoch jest to sygnał wyjścia na wieczorną passegiatę. Wyszli więc na corso i... zobaczyli tam naszą Xsarcię, którą zaparkowaliśmy na zatłoczonej ulicy (wśród innych samochodów) bez świadomości, że przed 20-tą wszystkie zostaną przestawione gdzie indziej i tylko nasz Citroen będzie biernym uczestnikiem passegiaty. Lokalna Polizia Municipale pozdrowiła nas serdecznie mandatem za 36 euro, który zachowaliśmy jako pamiątkę pobytu.
Dopiero za trzecim razem udało nam się dotrzeć do Capo Colonna – półwyspu na południe od Crotone. Niegdyś była to największa w całej Magna Grecia świątynia Hery, po której dziś pozostała jedna kolumna, stojąca dumnie na wzgórzu. Stąd nazwa przylądka – colonna znaczy „kolumna”. Otoczna jest typowym scavi, czyli terenem wykopalisk, który sąsiaduje z budowlą bardziej współczesną – latarnią morską.
Stamtąd pojechaliśmy do Capo Rizzuto, miejscowości dosłownie o kilka kilometrów odległej od naszego kempingu. Poza samym capo, czyli przylądkiem, jest tam także nieduże akwarium, w którym dzieciom najbardziej podobala się ośmiornica (zwana przez nie „krakenem”) oraz wielkie ryby.
Po drodze do Kalabrii odwiedziliśmy polski cmentarz wojskowy na Monte Cassino. Już dojeżdżając do miasteczka Cassino widać, że Niemcy idealnie wybrali miejsce do obrony. Wzgórze i klasztor górują nad równiną i pozwalają kontrolować, bez przesady, połowę szerokości półwyspu. Jego strategiczne znaczenie musiało być ogromne. Na szczyt wiedzie emocjonująca, choć w sumie dobra droga. Polski cmentarz, na którym leżą ci, którzy...
Runęli przez ogień, straceńcy!
Niejeden z nich dostał i padł...
Jak ci z Samosierry szaleńcy,
Jak ci spod Rokitny, sprzed lat.
...położony wśród cyprysów i rododendronów na niewielkim siodle pomiędzy Monte Cassino a dużo wyższym ale nie tak strategicznym Monte Cairo, jest cichym i spokojnym miejscem, jakby stworzonym do wiecznego spoczynku tych, którzy oddali życie za wolność waszą i naszą. O dziwo, na parkingu zauważyliśmy samochody na włoskich rejestracjach i włoskie rodziny, które ewidentnie przyjechały na cmentarz – nie do klasztoru. Czyżby współcześni Włosi czuli jakąś więź z tymi, którzy w maju 44 roku przełamali Linię Gustawa i kosztem niemal 1100 ofiar otworzyli aliantom drogę do Rzymu i dalej na północ?
Groby ułożone są na łagodnym zboczu, nad którym powiewają dwie flagi: polska i włoska. Nieomal na każdym katolickim grobie (oznaczonym krzyżem) jest święty obrazek i różaniec. Na grobach żydowskich (oznaczonych kamieniem z Gwiazdą Dawida) podokładane są symboliczne kamienie. Wizyta na cmentarzu stała się dobrym powodem, by Jasiowi opowiedzieć o bitwie, II korpusie oraz powojennych losach polskich żołnierzy – np. o generale Andersie, który musiał pracować jako portier i barman, bo Anglicy uznali, że nie mają żadnych zobowiązań wobec Polaków i nie należą im się za ich wysiłek wojenny choćby podobne ułatwienia w powrocie do cywila jak demobilizowanym żołnierzom Jej Królewskiej Mości.
Krótka, ale ważna wizyta na Monte Cassino nie była jedynym pretekstem do snucia historycznych i mitycznych opowieści dzieciom. Godziny spędzane w samochodzie umilaliśmy opowiadając o Odysie i jego tułaczce, o Rewolucji Francuskiej, o początkach informatyki i komputerów oraz o starożytnych Grekach, którzy na jońskich wybrzeżach kładli podwaliny tego, co nazywamy dziś cywilizacją zachodnią.
Podobnie jak w przypadku drogi tam, zaplanowaliśmy pierwszy dzień na dotarcie w okolice przełęczy Brenner. Podczas drogi na północ cały czas towarzyszyły nam wspaniałe widoki oraz... wysoka temperatura, ok. 30 stopni. Nawet wjazd w Alpy za Modeną nie sprawił, że spadła. Ale kiedy wspinaliśmy się na przełęcz Brenner stopni ubywało, a do tego pojawiły się chmury. Wreszcie, za samą przełęczą zaczęło lać, a temperatura spadła do – uwaga! – 9 stopni Celsjusza. Zakup winiety, czynność wymagająca wyjścia z auta, był doprawdy traumatycznym przeżyciem – zwłaszcza, że byliśmy ubrani po kalabryjsku.
Kilkadziesiąt kilometrów za przełęczą, niedaleko Niemiec, w miejscowości Radfeld zajechaliśmy do jednego z licznych pensjonatów w stylu tyrolskim. Nocleg – czyste i wygodne łóżka ze śniadaniem za jedyne 80 euro dla nas wszystkich (dla porównania: w Rovereto płaciliśmy 140 euro za nocleg bez śniadania) był dla nas miłym zaskoczeniem. Następny dzień to stałe 150 km/h na niemieckich autobahnach, a potem wleczenie się z Kołbaskowa do Gdańska. Jedynym przyjemnym akcentem w Polsce był dobry obiad niedaleko Koszalina (żurek w chlebie, mniam!) oraz tęcza niedaleko Szczecina.
Kalabria to kraina, której symbolem jest czerwona mała papryczka pepperoncino. Dosłownie wszędzie znajdują się bary, pizzerie i trattorie. Obowiązkowym początkiem każdego dnia we Włoszech jest capuccino, cornetto (rogalik francuski z nadzieniem) oraz gazeta.
Po pewnym czasie wiedzieliśmy już, że lokalnym specjałem jest antipasto calabrese: ostry ser, papryczki, oliwki, kawałek prosciutto crudo, kawałek sałaty oraz kalabryjskie grzyby. Jaś chętnie jadł pizzę pod każdą postacią, choć jedynie chyba raz podano nam coś, co uznaliśmy za „prawdziwą” pizzę, tj. dużą i zrobioną na cienkim, nieomal makaronowym cieście. W paru miejscach natomiast podano nam pizzę względnie małą i na grubym cieście – w sumie nie wiemy, czy to może lokalna odmiana, czy taką robią „pod turystów”.
W naszym ulubionym il bar della spiaggia Jaś jadał codziennie kanapkę z mozzarellą i tuńczykiem – o co w życiu nie podejrzewalibyśmy go w domu, gdzie na każdą rybę kręci nosem. Wieczorami kupowaliśmy świeżutką mozzarellę i jadaliśmy ją z pomidorami oraz popjaliśmy lokalnym winem Ciró. Ale zdecydowanym hitem pobytu we Włoszech była granita – w Polsce w zasdzie nieobecna, a jeśli to pod dziwną nazwą „kasza lodowa” albo nieco fajniejszą „siorber”. Granita – kuleczki lodowe sypane do kubeczka, które stopniowo roztapiały się w orzeźwiający, lodowaty napój, to naprawdę genialny wynalazek, a szczególnym przejawem tego geniuszu jest granita di limone oraz caffe granita, czyli najpierw zrobiona w ekspresie, a potem zamrożona w kulki kawa.
Niezapomniany smak mają kalabryjskie owoce: brzoskwinie i zielone winogrona (zwane tutaj białymi, uva bianca). Po doświadczeniach pierwszych dni zabieraliśmy na plażę tylko je – żadnych kanapek. Wystarczały z nawiązką i jako jedzenie, i jako picie.
Mówiąc o jońskim wybrzeżu Kalabrii nie sposób nie wspomnieć o owocach morza. Podczas obiadu w jednej z Trattorii w Le Castella poprosiliśmy o pesce fritate miste. Były ramiona ośmiornicy, kawałki kalmara, krewetki oraz coś bliżej niezidentyfikowanego, ale na pewno żyjącego w morzu – tylko żadnej ryby. Mimo to, było pyszne – mniam!
Cichymi bohaterami naszego wyjazdu była Xsara i Marzenka (czyli telefon HTC z aplikacją Automapa), dzięki którym nasze podróże były szybkie i bezpieczne. Marzenka co prawda raz na jakiś czas wariowała kierując nas na bezdroża, ale też wiele razy ratowała nas na fatalnie oznaczonych drogach, szczególnie w miastach.
Trudno nie zaobserwować, że południowe Włochy się zmieniają. Z krainy zahaczającej o Trzeci Świat robią się taką biedniejszą Europą. Włosi budują sobie coraz ładniejsze domy, sporo inwestują w drogi i infrastrukturę. Droga SS106 – tzw. Ionica, lecąca wzdłuż wybrzeża, to kawałkami naprawdę świetna trasa szybkiego ruchu omijająca miasta i miasteczka. Centrum handlowe, które otwiera się o godzinie 9:00, otwiera się rzeczywiście punktualnie o 9:00 i o 9:04 zdecydowana większość sklepów jest czynna – rzecz nie do pomyślenia jeszcze kilkanaście lat temu. Niestety, zaśmiecone są pobocza dróg.
Spotkaliśmy kilkoro Polaków – jedna pani, od trzech lat mieszkająca ze swoim amico w Katanii opowiadała nam trochę o Sycylii. Mówiła, że wyspa jest piękna, ale żyć tam nie sposób. Oboje prowadzą sklep i, oprocz klientów, regularnie odwiedzają ich mafiosi, którzy każą im płacić okup. Mogę pracować dla siebie, ale nie dla kogoś. Sprzedamy ten sklep i wyprowadzimy się np. do Parmy – słyszałam, że to miasto w którym się żyje, by pracować – mówiła z rozgoryczeniem.
W bardzo wielu miejscach widzieliśmy pożary lasów i łąk. Wysuszona od miesiecy Kalabria kawałkami płonie, a straż pożarna interweniuje tylko wtedy, gdy pożar jest duży albo gdy zagraża ludzkim siedzibom. Niedaleko Reggio widzieliśmy zarośla płonące przy samej autostradzie – nikt nie reagował. Dość niesamowite przeżycie.
Podobały nam się napisy wypisywane na murach i wyskrobywane na deskach. W odróżnieniu od polskich, które traktują głównie o klubach piłkarskich („Arka ch..., Lecha król!”), włoskie traktują o miłości: Andrea te voglio bene, Marcella mi amore albo Fabio ti amo i chyba najładniejszy: Buongiorno principessa na murze naprzeciwko wyjazdu z jakiejś willi. Już sobie wyobrażamy co musi czuć dziewczyna, gdy co dzień rano wychodząc do szkoły czy pracy wita ją świadectwo uczucia do „księżniczki” zostawione przez jakiegoś zakochanego Giuseppe, Antonio albo Mario.