Korea, sierpień 2004

 

 

W Korei gościłem na zaproszenie firmy Samsung, której niniejszym składam podziękowania za bardzo interesującą wizytę. Gościliśmy przez tydzień w hotelu Shilla w Seulu, a wizyta była naprawdę znakomicie zorganizowana. Wielkie brawa dla Bereniki Ochal, która wszystko dopięła na ostatni guzik, oraz reszty dziennikarskiej braci za miłe towarzystwo.

Korea i Koreańczycy

Gdyby chcieć w paru słowach scharakteryzować ten kraj na usta cisną się następujące słowa: tłok, praca, efektywność, hierarchia. Zacznijmy może od pejzażu, który mieliśmy okazję oglądać podczas lotu helikopterem. Cały kraj jest raczej górzysty, choć nie są to góry wysokie. Nieliczne powierzchnie płaskie wykorzystane są do maksimum, bądź to na budownictwo mieszkalne, bądź to przemysłowe. W Korei praktycznie nie ma wsi i wiosek, nie ma też podmiejskich dzielnic willowych. Poza polami golfowymi (naprawdę licznymi) nie widać innych terenów rekreacyjnych. W panoramie miast dominują bardzo wysokie bloki (ok. 30 pięter każdy), wszystkie wielkie, betonowe i podobne do siebie. Między nimi zaś zbudowane są siedmiopasmowe drogi szybkiego ruchu. Jakże różny jest ten krajobraz od polskiego...

Seul jest czysty, zadbany, ale jednocześnie jest w nim coś potwornego. Ma 12 mln mieszkańców, kilkanaście linii metra, prawie żadnych budynków starszych niż 20 lat, ulice sześcio-, siedmiopasmowe, przez środek ogromna rzeka (dwie Wisły w Warszawie) i co chwilę most przez nią. Pełno ludzi, pełno samochodów, pełno świecących się reklam, mnóstwo wszystkiego - ale, jak mówię, czysto i schludnie. W bezpiecznych odległościach od domów idą siedmiopasmowe autostrady. Jeżeli dodać do tego fakt, że przeciętny Koreańczyk pracuje sześć dni w tygodniu, po ok. 10-12 godzin dziennie, a potem - jeśli nie mieszka w pobliżu swojej fabryki - ok. godziny dojeżdża do pracy, to nie ma im co zazdrościć codziennego życia. Mimo nominalnej zamożności, o połowę większej w Korei niż w Polsce, nie mam poczucia, że jakość życia jest tam wyższa.

Ich firmy są niesamowicie zhierarchizowane. Ich podstawowa forma organizacji gospodarczej, czebol (wielobranżowe przedsiębiorstwo produkcyjne) ma kilkanaście „dywizji”, każda z nich swojego szefa, szef swoich podszefów, itd. Każda prezentacja rozpoczynała się od obowiązkowego slajdu z panem Hua, panem Lee i panem Parkiem, dyrektorami kolejnych szczebli. Wobec nas byli bardzo serdeczni, wobec siebie – raczej formalni. Podwładny nigdy nie rozpoczynał toastu przed szefem i milczał, kiedy szef mówił.

Mimo to można Koreańczyków podziwiać. Przede wszystkim są niesamowicie zdyscyplinowani i pracowici. Wielu z nich wie naprawdę sporo o bardzo nowoczesnych produktach i technologiach. Są też niesamowicie gościnni i wielu z nich mówi bardzo dobrze o swoim kraju. Ci, którzy jakiś czas mieszkali na Zachodzie lub w USA (a spotykaliśmy takich sporo), wie jednak, że życie gdzie indziej może być bardziej... jakby to powiedzieć, „zakręcone” i mają wyraźny kompleks, że oni są tacy ułożeni. Choć wiele krajów, takich jak Polska, mogłoby być mniej „zakręcone”, a bardziej „ułożone”.

Fizycznie Koreańczycy zaskoczyli mnie pod dwoma względami. Po pierwsze, są wysocy. Jakoś tak miałem przekonanie, że jak Azjata to musi być niski. Nic podobnego – Koreańczycy są rośli. Po drugie, są szczupli i ładni. W ogóle nie widuje się na ulicach ludzi otyłych. Koreanki są tak ładne, że aż naprawdę przyjemnie na nie popatrzeć. Nie sądziłem, że jest jeszcze jakiś kraj – poza Polską oczywiście – gdzie po prostu większość dziewczyn jest ładna. Wyglądają przy tym bardzo młodo – dużo młodziej od nas. Niestety, mają fatalny gust – ubierają się bardzo „dziewczynkowato”, cukierkowo, różowo. Ulubione ich gadżety mają kwiatki, misie, serduszka i dzieci... nawet muzyka przypomina disco-polo.

Wycieczki

Fabryki w Suwon i Kumi

Nasi gospodarze zabrali nas na kilka wycieczek. Wszystkie były dość pouczające. Najciekawsze, mimo wszystko, były chyba wycieczki w ich fabrykach, pozwalające obserwować na żywo ich linie produkcyjne. Większość produkcji jest zinformatyzowana i zrobotyzowana, co samo w sobie jest bardzo ciekawe. Np. robot ramieniem chwyta chip i stara się go parokrotnie włożyć do płytki drukowanej w przygotowane dziurki, próbując kilka razy, za każdym razem kilka pół milimetra obok poprzedniej próby. Tam, gdzie musi zaangażować się człowiek czynność przez niego wykonywana jest opisana, narysowana i obfotografowana – aby każdy, kto staje przy taśmie, wykonywał swoją pracę bez błędów. W wielu miejscach znajduje się tzw. quality check – albo inny człowiek, albo znowu robot sprawdza produkowane urządzenie. Wszystko jest doskonale zorganizowane – np. tuż obok taśm znajdują się pomieszczenia, gdzie można coś zjeść i czegoś się napić, a koniec zmiany obwieszcza.... nie, nie syrena, ale słodka melodia. Na ścianie hali produkcyjnej widać zdjęcia dzieci – większość pracujących przy taśmach to młode kobiety. Nawet na wewnętrznej stronie drzwi do kabiny w toalecie są rozmówki angielski-koreańskie – w żadnych okolicznościach nie wolno tracić bezproduktywnie czasu. Organizacja jest aż za doskonała – w jednym miejscu widzieliśmy Koreankę wykorzystującą 15-minutową przerwę na drzemkę na siedząco na podłodze przy taśmie, którą szef pogonił natychmiast, gdy pojawiliśmy się na horyzoncie.

Obejrzeliśmy przez szybę tzw. clean room, czyli miejsce, gdzie montuje się twarde dyski. Atmosfera w tym pomieszczeniu musi być absolutnie sterylna i pozbawiona drobin powyżej 0.1 mikrometra. Ludzie chodzą w białych strojach zasłaniających całe ciało, z wyjątkiem oczu. Przed wejściem do clean roomu znajdują się poglądowe rysunki ilustrujące ile to jest 0.1 mikrometra (1 mikrometr to odległość między głowicą a powierzchnią twardego dysku) w odniesieniu do np. odcisku palca.

DMZ

Druga wycieczka to DMZ, czyli strefa zdemilitaryzowana. Przed wycieczką ściągnąłem z Internetu myśli Wielkiego Wodza, Kim Ir Sena, przetłumaczone na polski i opublikowane na oficjalnej stroni internetowej Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej i wprowadziłem się w nastrój. Już w miasteczku Imjingak, na granicy strefy, widać, że to trochę inny świat. Co chwilę nad naszymi głowami przelatują wielkie, czarne helikoptery Apache z pełnym uzbrojeniem. Można wejść na mostek, tzw. Freedom Bridge, przez który parę lat po wojnie nastąpiła wymiana jeńców wojennych. Na końcu mostku jest wiele koszulek, opasek i flag z tekstami po koreańsku. Tuż za mostkiem jest już prawdziwa wojna – chodzą żołnierze z pełny uzbrojeniem i nie wolno robić zdjęć, poza wyznaczonymi miejscami. Ilustruje to świetnie zdjęcie autorstwa jednego z dziennikarzy, Bartka.

Koreańczycy z północy drążyli (i prawdopodobnie nadal drążą) tunele pod strefą zdemilitaryzowaną, które miały wychodzić na terytorium południowokoreańskim. Ogółem znaleziono takich tuneli ok. 10, do zwiedzania udostępniony jest jeden, pod górą Dora. Jest prowizoryczny, ale przestronny. Trzech żołnierzy mogłoby iść nim ramię w ramię. Najpierw jedzie się takimi mini-wagonikami, a potem idzie się. Gdzieniegdzie znajduje się czarna farba i żółte plamy. Żółte plamy zaznaczają miejsca, gdzie zostały wywiercone dziury na dynamit. Opis mówi, że po ich kierunku (z północy na południe) wyraźnie widać, skąd dokąd tunel był drążony. Jest to o tyle istotne, że jak tylko południowi Koreańczycy odkryli tunel, Phenian zaczął twierdzić, że był on przygotowany przez południe, aby najechać północ. Czarną farbą, jak twierdzi opis, północni Koreańczycy poznaczyli ściany tunelu po jego odkryciu twierdząc, że ten tunel to po prostu była sztolnia do wydobywania węgla, którego resztki zostały na ścianach. Nie trzyma się to kupy? Nie szkodzi, w myśl ideologii Dżucze tradycyjna logika to burżuazyjny przeżytek.

Obok tunelu jest muzeum, w którym można obejrzeć film. Myślę, że zmienili go niedawno, bo nie mówi prawie nic o wszystkich okropnościach, które koreańczycy północni zrobili w czasie wojny i co robią swojemu narodowi, a raczej o przyszłości, o zwierzętach, które żyją w strefie i o pociągu, który wkrótcze ruszy z Seulu do Phenianu i dalej do Chin.

Z Tunelu Trzeciego jedzie się na górę Dora, gdzie znajduje się punkt widokowy. Niestety, było dość mgliście i niewiele widać z północnej Korei. Normalnie, widać rzeczkę, mur oddzielający oba kraje od siebie oraz DMZ (2 km od granicy po obu stronach) od każdego z krajów. Szkoda, że pogoda była taka sobie, bo widzieliśmy nie za wiele. Z góry Dora pojechaliśmy na stację kolejową Dorasan. Miejsce dość niesamowite, jest tam wszystko: kasy biletowe, bramki, perony, tylko nie ma pociągów. Wszystko niby jest gotowe, ale pociągi nie jeżdżą. Czemu? Bo nie ma decyzji... oczywiście Południe nie ma problemu z dopuszczeniem ludzi z Północy, za to Północ ma problem z dopuszczeniem Koreańczyków południowych do siebie oraz - oczywiście - z wysłaniem swoich obywateli z wizytą na Południe. Obok torów idzie autostrada do Phenianu (tak, istnieje autostrada Seul-Phenian!), którą codziennie dojeżdżają ciężarówki z... ryżem z Południa.

Próbowaliśmy mówić naszej przewodniczce, Cathy, że przesyłając ryż na Północ najprawdopodobniej wspierają reżim, że dostają go na pewno głównie żołnierze, patryjniacy i bezpieczniacy. Wzruszała ramionami i mówiła: dobrze, ale przynajmniej może dzięki temu paru koreańczykom jest wolniej. Nasz sprzeciw wzbudził także film, który mówił o rychłym zjednoczeniu narodu. Mówiliśmy: nie możecie się dogadywać z oficjelami z Północy, musicie poczekać aż naród sam sobie z nimi poradzi, a potem ich powsadzać do więzień lub powywieszać, jak tam chcecie - ale na pewno osądzić i rozliczyć. W przeciwnym razie będzie tak jak w Polsce - największe kreatury reżimu zostaną jednocześnie największymi beneficjentami zjednoczenia.

Carribean Bay

Carribean Bay to park wodny niedaleko od Seulu. Zjeżdżalni jest chyba kilkanaście, przy czym tylko z ok. połowy zjeżdża się w stroju, z reszty - na kołach (pojedynczych i podwójnych). Oprócz zjeżdżalni jest wiele atrakcji dla dzieci, np. dwa zamkim przy czym na szczycie jednego z nich jest obrotowa czaszka. Napełnia się wodą, napełnia, napełnia i raz na ok. 10 minut cała ta woda (na oko kilka metrów sześciennych) wylewa się z góry na całą tą konstrukcję. Kto tam w tym czasie jest, wyjdzie całkiem mokry. O co zresztą chodzi. Kolejna atrakcja to fala oceaniczna. Przy czym rzeczywiście jest oceaniczna, tj. ma 2.5 metra i jest jedna. Najpierw rozlega się zapowiedź, potem syrena, po której słychać się pisk dzieciarni. Ratownicy stoją w wodzie i przeganiają wszystkich ze specjalnej żółtej strefy, która ma to do siebie, że w niej fala się przełamuje i z dużym impetem uderza w dno. Ja oczywiście ustawiałem się w tuż przed żółtą strefą, więc przerzucało mnie dobrych kilkanaście metrów, z czego połowę pod wodą.

Jeszcze wymienię Ci jedną atrakcję - superstromą zjeżdżalnię. Przez ok. 10 metrów jedzie się (bez koła) w rurze o "zwykłym" nachyleniu. Potem wypada się z niej... dosłownie, wypada się i kawałek leci się jak Małysz w powietrzu. Człowiek za pierwszym razem jest ciężko przerażony, bo autentycznie traci kontakt ze zjeżdżalnią. Ja pomyślałem tylko "rany, chyba nie zrobili tego tak, żeby wypaść poza zjeżdżalnię" - i rzeczywiście, po chwili łagodnie ląduje się w na zwykłej zjeżdżalni i potem wyhamowuje się na płaskim. Emocje są na całego. Niestety, cały Carribean Bay byłby fajniejszy gdyby nie fakt, że było tam potwornie dużo ludzi. W związku z tym do każej zjeżdżalni ustawiona była gigantyczna kolejka - np. do tej superstromej czekaliśmy ponad 30 minut.

Warto dodać słowo na temat obyczajów basenowych, bo są bardzo dziwne. A więc - choć nie obowiązują np. gacie do kolan - to Koreańczycy chodzą i kąpią się w kamizelkach ratowniczych oraz w czepkach. O ile dociekliśmy, gremialne używanie kamizelek nie wynika z obawy przed wodą lub z nieumiejętnośći pływania. Po prostu, taki obyczaj. My oczywiście nie mieliśmy ani czepków ani kamizelek i nikt nie mówił nam złego słowa. Dziewczyny (część w jednoczęściowych, część w dwuczęściowych strojach) często na strój zakładają jeszcze coś - np. koszulkę obcisłą, spódniczkę albo spodenki. Nie potrafię powiedzieć, czy to "uzupełnienie" zbyt skąpego zdaniem Koreanki bikini, moda, czy zabezpieczenie na zjeżdżalnie. Pod prysznicami jest taki tłok, że Koreańczycy wchodzą po dwóch pod prysznic – kumple myją sobie plecy i nie ma to żadnego podtekstu homo. Przed wejściem do strefy prysznicowej każdy ściąga kąpielówki i osusza je w specjalnej maszynie do tego przeznaczonej – z pewnością produkuje takie Samsung albo inny czebol.

Skansen

Na ostatnią wycieczkę pojechaliśmy do skansenu. Trwała zaledwie pół dnia, była ciekawa, choć tego dnia nie dopisała pogoda (tzn. był niemiłosierny upał). Najciekawsze w skansenie, oprócz oczywiście starych wiejskich budynków, były popisy tancerzy i gimnastyczek, a także inscenizowana ceremonia zaślubin. Ta ostatnia dla naszego przewodnika, SJ-a (oni wszyscy skracają tak imiona, żeby Europejczykom i Amerykanom było łatwiej), stała się pretekstem do opowiedzenia paru słów o dawnych obyczajach. Otóż w Korei niegdyś małżeństwo było wyłącznie transakcją handlową; pan młody widział pannę młodą dopiero w dniu ślubu. Po ceremonii odjeżdżał ją do swojego domu – przy czym przyjęte było, że panna młoda przez pierwszych kilka lat nie widywała się z rodzicami oraz rodzeństwem. Stąd też wiele tragedii młodych mężatek, szykanowanych przez teściową i szwagierki, a także cała literatura opiewającej takie historie, często kończące się tragicznie, bo samobójstwem kobiety.

W skansenie pan kaligraf na ręcznie wykonanym papierze zapisał mi maksymę. Mówi ona: „Gdy w domu jest harmonia, wszystko inne idzie dobrze”. Nie dałbym złamanego grosza, że właśnie to jest tam napisane a nie „tylko ciemni Europejczycy kupują takie bazgroły” albo „Hung Lee to niezła d..., ale ma krzywe zęby”. Tak czy owak, wywiesimy sobie to na ścianie.

Obrazy pod powiekami

Najcenniejszą pamiątką są obrazy pod powiekami – obrazy, które człowiek przywozi na cale życie. Mam ich kilka.

Pierwszy to dom towarowy w Seulu. Jest w nim 20 pięter, w zasadzie samej elektroniki. Przed domem na podwyższeniach tańczą dwie Koreanki na podestach, w białych rękawiczkach, zapraszają gości do środka. Nigdy nie widziałem takiego miejsca - np. całe dwa piętra, każde wielkości galerii w hipermarkecie, to sklepy z... odtwarzaczami CD i MP3. Inne piętro - aparaty cyfrowe. Największe wrażenie zrobiły na mnie dwie rzeczy - taras, który ewidentnie był miejscem randek oraz sala gier. Z tarasu, gdzie byłem bodaj jedyną osobą nie przytuloną do płci przeciwnej rozciągała się panorama Seulu – widać na niej jak monstrualne jest to miasto. W innym miejscu, w sali gier, widziałem dwie dość niesamowite rzeczy - saloniki karaoke gdzie dziewczynki lat ok. 12  zamykają się po dwie i z towarzyszeniem profesjonalnych instrumentów, mając na ekranie ulubionych wykonawców, śpiewają ich piosenki. Druga, elektroniczna tafla do tańczenia - na ekranie lecą znaki, jak się poruszać, na tafli stoi dziewczyna i ma tak tańczyć jak gra muzyka - a elektroniczna tafla sprawdza ruchy stóp, zaś elektroniczne obręcze na nadgarstki - ruchy rąk. Dziewczyna (lat ok. 14) radzi sobie fenomenalnie, ręce i nogi jej po prostu śmigają i tańczy całkiem ładnie.

Drugi obrazek pod powieką to dzielnica handlowa Seulu by night. Mnóstwo kręcących się ludzi, ciekawie zerkających na przybysza z Europy. Przy głównych ulicach są butiki. Chodzą po nich praktycznie wyłącznie kobiety – stanowią bodaj 90% przechodniów. Boczne uliczki jednak wyglądają całkiem inaczej – to królestwo podłych knajpek, straganów z ramionami ośmiornic, prażonymi kalmarami i kanapkami ze sprasowanymi wodorostami. Gdzieniegdzie widać salony hazardu (chyba legalne?) a także pokoje na godziny – 10 tys. wonów (ok. 30 zł) za 2h. Zasadniczo bezpieczna i sterylna Korea pokazała tam swoją inną twarz – około północy na chodnikach było pełno śmieci, a rękę trzymałem przez cały czas na portfelu.

Trzeci obrazek to zdarzenie w knajpie. Otóż podając nam obiad jedna z kelnerek upuściła talerz z kim-chi, który upadł tak nieszczęśliwie, że ochlapał marynarkę niejakiego JS-a, dyrektora jednej z firm zależnych Samsunga. Natychmiast przybiegł menedżer restauracji przepraszał pana dyrektora, który robił bardzo naburmuszoną minę. Kelnerka uklękła przed nim, pochyliła głowę i zaczęła coś mówić kiwając nią miarowo z góry na dół – przez chwilę miałem wrażenie, że on teraz wyciągnie samurajski miecz i utnie jej tę głowę na naszych oczach. Zamiast tego, po mniej więcej godzinie pojawiła się wyprana i wyprasowana marynarka JS-a, dyrektora z zawodu, a pan menedżer ponownie uniżenie przepraszał.

Czwarty to sklep wolnocłowy. Można w nim zaoszczędzić majątek, same wyprzedaże. Np. sweterek od Prady przeceniony jest z $695 na $595 ($100 oszczędności!). Zegarek Omega zamiast kosztować $1599 kosztuje jedyne $1399 – to aż $200 oszczędności. Buty od Versacego nie kosztują, jak poprzednio $949, ale – uwaga! – przecenione są na $749 – to kolejne $200. Słowem, w sklepie wolnocłowym można stać się milionerem – tyle tam oszczędności!

Piąty obrazek to ilustracja wyższości kapitalizmu nad komunizmem. W DMZ-cie komuniści z Północy wydrążyli tunel pod skałami, którym mieli przerzucić jednostki specjalne na tyły wojsk Południa. Tunel ma przewężenia, skrzywienia, poszarpane brzegi i wystające skały. Od końca stref przeznaczonej do zwiedzania (zaledwie 150 m od linii demarkacyjnej) Koreańczycy Południowi pociągnęli inny tunel, służący jako wietrzenie i droga ewentualnej ewakuacji. Ma idealnie okrągły przekrój, ściany wyrównane do idealnego okręgu, do obu boków przyczepiona jest lśniąca poręcz, a co 50 m znajdują się plastikowe krzesełka, na których można spocząć.

W sumie wyjazd należy uznać za bardzo udany – tak pod względem zawodowym, jak i prywatnym. Korea to ciekawe miejsce, żeby do niego pojechać, ale myślę, że to co turystycznie ważne już zwiedziliśmy.