Wycieczka na Kretę 12-26 września 2003
Jak zwykle, organizację zaczęliśmy stosunkowo wcześnie, bo późną wiosną. Wiedzieliśmy już, że w tym roku musimy pojechać daleko na południe, bo jedyny możliwy termin to była połowa września. Ania wybrała miejsce – Olive House niedaleko Plakias, na południowej Krecie. Ja zająłem się kontaktem z właścicielami oraz organizacją reszty, tj. przelotu i samochodu. Czarter wykupiliśmy w biurze Scan Holiday.
W tym roku pojechali z nami nasi znajomi z Krakowa, Dorotka i Irek wraz z ich sześcioletnią córką Agnieszką. Dzięki temu było nam raźniej i weselej, a koszty wynajęcia samochodu rozłożyły się na dwie rodziny.
Nasza podróż na Kretę była prawdziwym majstersztykiem logistycznym. Ania z Jasiem startowała z Poznania, dojeżdżając pociągiem z niewielką częścią dobytku dzień przed wylotem. W ten sam dzień ja z większą częścią rzeczy jechałem z Gdańska samochodem. Dorotka z Irkiem oraz Agnieszką jechali samochodem i spotykali się z nami dopiero na Okęciu. Potem musiały się spotkać jeszcze dwa elementy: samochód i mieszkanie. O dziwo, wszystko zgrało się bez zarzutu.
Niestety, wylot samolotem jest męczący, głównie ze względu na niekończące się formalności na lotnisku. Najpierw trzeba odebrać bilety, potem ustawić się w kolejce do check-inu, później wylegitymować się paszportem na granicy, odczekać swoje w poczekalni w strefie tzw. duty free (która wcale nie jest duty free), potem znowu wylegitymować się paszportem i kartą pokładową... to wszystko trwa to strasznie długo.
W Heraklionie przywitało nas bezchmurne niebo i silny wiatr. Szybko pozbyliśmy się kurtek i swetrów, bo temperatura dochodziła do 30 stopni. Irek opowiadał później, że jeszcze na lotnisku, przy oczekiwaniu na bagaż, jakiś człowiek zapytał go z błędnym wzrokiem: „I co teraz???”. Z wielką satysfakcją odpowiedział, że nie wie jak on, ale my teraz wsiadamy do samochodu i odjeżdżamy w siną dal, z dala od hałaśliwych hoteli i drogich kurortów kreteńskiej północy. Przez dwa tygodnie mieliśmy praktycznie zero kontaktu z turystyczną „masą” i bardzo nas to cieszyło.
Olive House, do którego dotarliśmy pod wieczór, to niewielki, parterowy domek składający się z trzech mieszkań (studios), wynajmowanych turystom. Każde studio to po prostu duży pokój, z kącikiem kuchennym (wyposażonym w talerze, sztućce, lodówkę, garnki oraz małą kuchenkę elektryczną) oraz malutką łazienką. Meble były praktycznie nowe; warto podkreślić, że większe z łóżek w ogóle nie skrzypiało, którą to zaletę trudno przecenić. Słowem, nasze studio było bardzo przytulne zarówno dla nas, jak i dla zaprzyjaźnionej jaszczurki. Bodaj jedyną jego wadą była naprawdę mała łazienka, w której kabina prysznicem lało się bezpośrednio po ścianach i podłodze (nie było kabiny), zaś muszla nie miała deski. To ostatnie, jak mieliśmy się przekonać, było stosunkowo częste na Krecie.
Jednak największą zaletą Olive House nie były studios, a ogród. Dom stał w owocowym gaju, w którym rosły drzewa oliwne, cytrynowe, pomarańczowe, mandarynki, orzechy i jeszcze jeden gatunek, którego nie rozpoznaliśmy. Pod nim właśnie stał duży, sześcioosobowy stolik, przy którym codziennie jadaliśmy śniadania. Nieco dalej rozciągał się duży sad, w końcu którego mieszkały młode psy i stały klatki z królikami. Olive House był w tę zieleń znakomicie wkomponowany, a brak innych zabudowań w zasięgu wzroku sprawiał, że czuliśmy się jak Gerald Durrell i jego rodzina na Korfu. Przede wszystkim zachwycone były dzieci, które całe dnie spędzały na ganianiu po ogrodzie.
Sielskości tego obrazu dopełnia postać pani Marii. Mama jednej z pracownic czy też właścicielek dużego hotelu Alianthos stojącego w samym Plakias, była dobrym duchem naszego pobytu. Co rano witaliśmy ją serdecznym kalimera!, a ona przynosiła nam a to świeże jajka, a to pomidora zerwanego z krzaka, a to ciasteczka dla dzieci, a wreszcie, tuż przed wyjazdem, lokalnym bimber raki oraz słoik domowego miodu. Uśmiech i opiekuńczość pani Marii wprawiały nas co rano w znakomite humoru i zapamiętamy je na długo.
Dwa razy podczas poszliśmy na plażę w Plakias. Ciągnie się ona od miasteczka aż po wspaniałe klify piętrzące się przy wschodnim skraju zatoki. Piasek jest dość drobny, choć niezbyt czysty, tak jakby złe siostry Kopciuszka przemieszały go z drobnymi, ciemnymi kamykami, a Kopciuszek nie spotkał czarodziejskiej wróżi, która pomogłaby je rozdzielić i tak już zostały. Na całej długości stoją nieprzyzwoicie drogie parasole i leżaki (5 euro dziennie), za darmo można korzystać z pryszniców ze słodką wodą. Teren przy samych klifach znakomicie nadaje się do nurkowania, bliżej miasteczka woda bywa zmącona, a dno jest piaszczyste i niezbyt interesujące. Na plaży było sporo ludzi, ale wynagradzały to wspaniałe widoki na okoliczne góry.
Generalnie jednak jeździliśmy na plażę Damnoni, około dwóch kilometrów na wschód od Plakias. Za plażą główną znajduje się niewielka zatoczka (tzw. Mikro Damnoni), na której plażowaliśmy. Tam też zainstalowano parasole i leżaki, również po 5 euro dziennie, ale skorzystaliśmy z nich raz albo dwa razy. Ania, jeżeli akurat nie pływała, wybierała miejsce w niewielkiej grocie przy brzegu, gdzie był cień, a Jaś z Agnieszką i tak ganiali po całej plaży. Tutaj nie było prysznica w dosłownym sensie tego słowa, za to rolę tę spełniała gumowa rura zwisająca ze skał. W normalny, słoneczny dzień (innych nie było), czarna rura bardzo się nagrzewała, tak że woda z niej lecąca była jak podgrzewała. W wietrzne dni było to nawet przyjemne, bo mile grzało po wyjściu z wody. Doskonała przejrzystość wody skłaniała wiele osób do nurkowania. Na tej plaży nie było piasku, a drobny żwirek. Wystarczająco drobny i obły, aby nie ranić stóp, ale wystarczająco duży, by łatwo było się z niego otrzepać.
Raz miejsce bardzo śmieszne zdarzenie. Szliśmy z Jasiem wzdłuż plaży w Plakias. Fale podmyły stromy w tym miejscu piasek i utworzyła się dość wysoka skarpa piaskowa, nad którą normalnie stały leżaki i parasole, a na leżakach leżeli Niemcy zasłonięci swoimi „Bild”-ami. Jaś, jak zobaczył tą skarpę, wdrapał się na nią i zaczął głośno krzyczeć: „Jestem Adam Małysz! Adam Małysz skacze!”. Jak na komendę „Bildy” opadły, a zza nich ukazały się pełne nieskrywanej dezaprobaty spojrzenia Hansów i Helg, u których nazwisko to musiało poruszyć jakąś czułą strunę. Czym prędzej uciszyłem Jasia i poszliśmy w kierunku strefy brytyjskiej, gdzie królował „Daily Mirror”, a nazwisko orła z Wisły nie wywoływało już takich emocji.
Ponieważ na cały pobyt mieliśmy wypożyczony samochód, dość dużo jeździliśmy. Zrobiliśmy trzy wycieczki całodzienne i jedną popołudniową. Tutaj wypada wtrącić dwa słowa na temat „naszego” Opla. Był prawie nowy (niecałe 10 tys. na liczniku), miał siedem foteli, choć w szóstkę z trudem mieściliśmy się bagażami. Jego wielką zaletą była duża pojemność, niskie zużycie paliwa i dobrze działająca klimatyzacja. Wadą niewątpliwie mała moc silnika, ale i tak byliśmy zadowoleni.
Pierwszą naszą wycieczką była wyprawa na południowo-zachodni kraniec wyspy. Po drodze odwiedziliśmy piękne miasto nadmorskie Chania. Trzysta lat panowali w nim Wenecjanie i do dziś widać to po jego architekturze i czuć w atmosferze. U wejścia do portu stoi zabytkowa latarnia morska – warto się do niej przejść mimo, iż jest generalnie nieciekawa. Od jej podnóża można bowiem obejrzeć panoramę starej Chanii – i jest to widok niezapomniany. Przespacerowaliśmy się charakterystycznymi, wąskimi uliczkami z dala od portu, a potem wyruszyliśmy dalej, ku Górom Białym (Lefka Ori) przez które przebijaliśmy się w stronę Elafonissi.
„Przebijaliśmy się” nie jest może najodpowiedniejszym określeniem. Lepiej byłoby napisać „wdrapywaliśmy się”. Szosa idzie przez wiele kilometrów przez miejsca, gdzie tylko wariat mógł ją wytyczyć – skrajem przepaścistych wąwozów, przylepiona do niemal pionowych zboczy, to wspinając się ku skalistym turniom, to znowu wchodząc w głębokie przełomy okresowych rzek. Momentami jedzie się na wysokości ponad 1000 metrów, by paręnaście kilometrów dalej znaleźć się na poziomie morza. Emocje są ogromne, zarówno dla kierowcy, jak i dla pasażerów. Największe wrażenie chyba robią wioski dosłownie przyczepione do skał. W jednej z nich jest tak stromo, że zastanawialiśmy się, jak tutaj się żyje. Świat mieszkańców jest prawie pionowy – zamiast „dom na końcu wsi” mówi się „dom na samej górze”, a cerkiew jest w połowie wysokości (a nie długości) osady. W pewnym momencie szosa idzie po dachu czyjegoś domu, zaś werandy tawern wiszą nad stumetrowym urwiskiem. Coś niesamowitego.
W Chrisoskalitisie chcieliśmy odwiedzić klasztor, niestety, była pora sjesty, klasztor był zamknięty i zadowoliliśmy się spotkaniem z małym kotkiem oraz malowniczym obrazem Matki Boskiej w skale. Z Chrisoskalitissy jest 8 km do wysepek Elafonissi. Miejsce jest bardzo malownicze, niestety, dość zatłoczone. Jednak podobało nam się tam i zostaliśmy parę godzin. Po drodze zjedliśmy obiad w niesamowitej Sunset Taverna, z której widok powinien wyjaśnić nazwę.
Drugim przepięknym miastem północnego wybrzeża jest Rethymnon. Wenecjanie nie nadali mu tak wyrazistego rysu, ale pamiątką po nich pozostaje forteca na szczycie wzgórza. Niestety, była akurat nieczynna. Powłóczyliśmy się więc trochę po uliczkach, odwiedzając lokalne sklepy, warsztaty rzemieślnicze oraz... tawerny o nazwach bliskich Polakowi. Tam też Jaś wybrał sobie swój najważniejszy prezent z Krety: koszulkę z wprasowanym konturem wyspy, z której był bardzo dumny. Bardzo ładnie wygląda panorama Rethymnonu, z wyrazistymi wieżami minaretów pozostałych po panowaniu Turków.
Z Rethymnonu pojechaliśmy znowu na południe, ku wąwozowi Imbros. Nie tak niedostępny jak słynna Samaria, robi jednak ogromne wrażenie. Jego przepaścistości nie są w stanie oddać zdjęcia; dość powiedzieć, że gdyby się dobrze wychylić z drogi, można by dotknąć... czubków kilkudziesięciometrowych sosen porastających brzegi wąwozu. W wąwozie Imbros wiało tak, że nasz Opel z sześcioma osobami na pokładzie cały chodził i zastanawialiśmy się, jak to możliwe, że po Krecie ludzie jeżdżą takimi lekkimi i wysokimi samochodzikami jak Matiz czy Atos.
Z Imbros pojechaliśmy do Chora Sfakion na południowym wybrzeżu Krety. Ta mieścina o wyraźnie rybackim charakterze stanowi ostatni zamieszkały punkt przed Górami Białymi, które opadają niedostępnymi urwiskami ku morzu. Dalej na zachód jest tylko wieś Agia Roumeli u wylotu wąwozu Samaria, dostępna jedynie dla pieszych, osiołków i oczywiście łódek z Chora Sfakion właśnie. Nie byliśmy jednak w Agia Roumeli – zjedliśmy obiad i pojechaliśmy dalej, ku Fragokastello.
Zamek wenecki jest średnio ciekawy, ale stanowi dość dziwny akcent – stylem przypomina zamki francuskie lub... polskie i jest trochę zaniedbany. Wiało tam jednak jak nie wiem co, więc pstryknęliśmy tylko kilka zdjęć i pojechaliśmy dalej. Dojazd przez z Chora Sfakion do Plakias przez Rodakino (Rodakina to po grecku brzoskwinia) jest nie mniej emocjonujący niż droga do Chrisoskalitissy.
To była krótsza wycieczka. Zeszliśmy z plaży wczesnym popołudniem i bezpośrednio stamtąd pojechaliśmy do niedalekiego klasztoru w Preveli. Miejsce było bardzo, ale to bardzo malownicze, zarówno pejzaże na Morze Libijskie, jak i sam klasztor. Byliśmy tam zresztą dwa razy, jednak pierwszy raz trafiliśmy na jakieś święto greckie, coś jakby dożynki – trwała msza, a Grecy przywozili chleb, jakby do święcenia. Poza tym nie mieliśmy ubrań stosownych w miejscu świętym, a więc długich spodni. Za drugim razem udało nam się zwiedzić sam klasztor, którego urodzie towarzyszy piękna historia. Po niemieckiej inwazji w 1941 i upadku Krety, na całej wyspie pozostało rozproszonych bardzo wielu brytyjskich, australijskich i nowozelandzkich żołnierzy. Grecy, a w szczególności duchowieństwo, organizowali ewakuację właśnie przez klasztor Preveli i trudno dostępną, choć bardzo malowniczą plażę w Preveli. Żołnierze byli przewożeni potajemnie do Preveli, gdzie przeorem był Agathangelos Lagouvardos. Stamtąd nocami byli transportowani na brytyjskie okręty podwodne, które przewoziły ich do Egiptu. W ten sposób kilkuset żołnierzy bezpiecznie opuściło Kretę. Niestety, Niemcy dowiedzieli się o wszystkim i w odwecie represjonowali mnichów z Preveli. Całą historię można przeczytać w Internecie; warto o niej pamiętać nawet dziś, gdy Niemcy spadają z nieba na Kretę nie na spadochronach, a w Airbusach wysyłanych przez biura turystyczne, a zamiast karabinów przywożą grube portfele i karty kredytowe. Właśnie o tym rozmyślałem spacerując po przepięknym klasztorze Preveli.
Potem pojechaliśmy do odległego o ok. 50 km Fajstos. Czy to dlatego, że dotarliśmy tam tuż przed zmierzchem, czy też dlatego, że byliśmy praktycznie sami, w każdym razie miejsce urzekło nas. Ruiny pałacu w Fajstos, mimo że nie tak ogromne jak w Knossos, robią równie wielkie wrażenie. Położone są przy tym w znacznie ciekawszej widokowo okolicy.
Czwartą z wycieczek (trzecią całodniową) zrobiliśmy sobie w zasadzie do Knossos i na płaskowyż Lassithi. Knossos boleśnie przypomniało nam, że Kreta to jednak popularny kierunek turystyczny (trudno w to uwierzyć, ale przez pierwszy tydzień nie czuliśmy tego). Tłumy ludzi (w tym polskich turystów), naganiacze przy knajpach, stragany z tandetą... słowem, rozpacz. Na dodatek sir Arthur Evans, odkrywca Knossos podjął dziwną decyzję o „odbudowaniu” części pałacu Minosa i w ruinach straszą dziś jakby nowe kolumnady, bramy i freski. Uciekliśmy stamtąd czym prędzej, po drodze jedynie jedząc śniadanie. Kelner, który nas obsługiwał, pozował na Che Guevarę (tzn. tak wyglądał i się ubierał), więc przezornie nie zostawiliśmy mu napiwku, by nie wystawiać na próbę jego niechęci do kapitalizmu.
Z Knossos wyjechaliśmy przygnębieni, ale humory poprawiły nam się od razu w drodze na Lassithi. Ten płaskowyż, położony nieomal na wysokości 1000 m n.p.m., jest bardzo malowniczy. Co prawda słynne wiatraki były rozłożone tylko gdzieniegdzie, ale Lassithi i tak urzekało panoramą masywu Dikti, w którym urodził się sam Zeus Gromowładny. Do Groty Dyktejskiej nie wstąpiliśmy, ale objechaliśmy płaskowyż wokół, często zatrzymując się na pstrykanie zdjęć.
W drodze z Lassithi wstąpiliśmy do małego zoo. Dali nam tam kubki z pokrojoną marchewką, każdy dostał po drewnianej igle do szaszłyków i mogliśmy karmić zwierzaki. Były tam osiołki, kozy, owce, ciemnoskóre świnie, a nawet... struś! Dzieciom oczywiście podobało się najbardziej.
Tego dnia czekał nas jeszcze powrót do Plakias. Wybraliśmy drogę przez południowe wybrzeże. Pejzaże były dość niesamowite, drogi fatalnej jakości, na dodatek Grecy jeździli po nich jak wariaci. W pewnym momencie dzieci zrobiły się już dość mocno głodne, zaczęliśmy więc szukać jakiejś knajpy. Jak na złość nie było żadnej tawerny. W najbliższej większej miejscowości zatrzymaliśmy się w miejscu oznaczonym „Pizzeria”, gdzie zamówiliśmy pizzę. Niestety, dowiedzieliśmy się, że czego jak czego, ale pizzy akurat nie ma. Poszliśmy więc do baru obok, oznaczonego także jako „Pizzeria”, gdzie pani bez zmrużenia oka zebrała od nas zamówienia na pizzę, po czym... wysłała męża do lokalnego supermarketu po pizzę z lodówki. Atmosfera była surrealistyczna: pani podała nam ją na sklepowych tackach z folii aluminiowej, my udawaliśmy że nam smakuje, obok Grecy grali w jakąś lokalną grę, telewizor grał na całego, a na dodatek obok przechodziły greckie dzieci mówiąc nam co chwilę „hello!” i następnie uciekając ze śmiechem.
W czasie prawie wszystkich podróży opowiadaliśmy dzieciom mity greckie, zaś na krótkich postojach koło sklepów z pamiątkami zdejmowałem ze stojaka zbiory mitów i się dokształcałem. Oczywiście musieliśmy z Anią opowiedzieć o Minotaurze, Dedalu i Ikarze, Heraklesie i jego pracach, oraz o wojnie trojańskiej i powrocie Odyseusza do Itaki. Coś jest takiego w mitach, że dzieci chciały ich słuchać.
Największym chyba naszym zaskoczeniem kulinarnym był chleb. Myślimy często, że poza Polską nigdzie nie ma dobrego chleba – a tymczasem greckie pieczywo było bardzo smaczne. W restauracjach zawsze podają chleb do każdego posiłku. Spróbowaliśmy bardzo wielu dań greckiej kuchni i nieodmiennie smakowała nam moussaka, baranina przyrządzana na różne sposoby, a także sałatki z fetą. Przeciętny obiad w restauracji kosztował nas 25-35 euro za dwie rodziny. Polakom polecamy zabrać do Grecji herbatę – Grecy podają ją tylko chorym i jest to najczęściej herbata ziołowa.
Polecamy greckie wina, z jednym zastrzeżeniem: należy kupować wyłącznie najtańsze w dużych, zamykanych kapslem lub zakrętką butelkach. W krajach śródziemnomorskich (sprawdzaliśmy to we Włoszech, w Chorwacji, w Bułgarii i teraz w Grecji, zawsze działa) najlepsze jest najtańsze wino lokalne – jest świeże, pachnie winogronami, nie ma żadnych dodatków konserwujących... słowem, palce lizać. Pod wino oczywiście oliwki i feta.
I jeszcze dygresja. Dzięki wizycie w Grecji każdy Polak może naocznie się przekonać, jakie kłamstwa na temat Unii Europejskiej opowiada się u nas. Wszystkie idiotyczne przepisy, które w Polsce w ostatnich latach wprowadzono pod hasłem „taki jest standard unijny i musimy się do tego dostosować”, okazują się być serdecznie lekceważone w należącej do UE Grecji. Tylko my daliśmy się nabrać na jodowaną sól, pieczywo w folii, ogórki szklarniowe itd. Grecy jedzą co im się podoba i co im smakuje. Albo z góry na dół olewają wymysły brukselskich urzędników, albo – co bardziej prawdopodobne – rzekome „regulacje unijne” to tak naprawdę interesy naszych lokalnych lobbies przemycane pod pozorem integracji.
W zasadzie nie mieliśmy ani jednego pochmurnego dnia. Zdjęcia z Chanii, na których jesteśmy grubiej ubrani, wskazują, że tylko na północy bywało chłodniej i brzydziej. Codziennie jednak była pogoda plażowa, co skrzętnie wykorzystywaliśmy.
Po dwóch nocach zaczęło wiać meltemi, porywisty wiatr z północy, który co prawda nie przeszkadzał za bardzo w dzień, ale w nocy bardzo hałasował. Po kilku dniach przestało wiać i w nocy słyszeliśmy jedynie świerszcze. Meltemi wróciło dopiero w ostatnią noc i zrobił Dorotce psikusa – zwiało jej majtki od kostiumu nieopatrznie pozostawionego na noc na sznurku. Już snułem przypuszczenia, że majtki wylądują dopiero za morzem, w Libii i przed oczyma wyobraźni stanął mi Muammar Kadafi, któremu lądują one na głowie podczas parady wojskowej, ale – niestety – Agnieszka znalazła majtki Dorotki gdzieś w ogrodzie.
Smutno było wracać z Krety, choć donoszono nam z Polski, że pogoda we wrześniu była wyjątkowo łaskawa. Na lotnisku przyjechaliśmy prawie równo z biurem Scan Holiday, gdzie ludzie ustawili się w wyjątkowo długiej kolejce. Przez przypadek znalazłem się przy stanowisku check-in w momencie, gdy podszedł do niego pan i zawołał „Varsava! Varsava please!”. Odwróciłem się w kierunku hali i zobaczyłem pędzące w moim kierunku ze wszystkich stron wózki pełne walizek, wraz z ludźmi śpieszącymi się, by zrobić check-in o minutę przed sąsiadami. Szybko uskoczyłem spod kół rozpędzonych wózków, którymi szarżowali rodacy i w duchu jeszcze raz podziękowałem Panu Bogu i żonie za wspaniałe wakacje z dala od hoteli, kurortów i polskiego turysty masowego.
Jednak to, co zostaje z takiego wyjazdu, to wcale nie pamiątki i zdjęcia, a obrazy pod powiekami, zapachy i smaki. Wrażenia, których nie da się w żaden sposób zatrzymać ani opisać, ale które zostaną na zawsze.
Jest ich kilka, śmiesznych albo mniej śmiesznych, ale zawsze trwałych. Jeden to obraz staruszków w podnieceniu grających w kości w tawernie. Inny to przedziwne połączenie globalizacji z prowincjonalnością: Grek na osiołku, który przyjechał do Sunset Taverna, by... kupić chipsy Lay’s. Dla siebie? Dla osiołka? Nie wiemy. Jeszcze inny to wrak samochodu, który spadł w przepaść – wyglądał, jakby ktoś wyciął z folii aluminiowej model naturalnej wielkości, a następnie go zmiął i cisnął między skały. I zapachy – zioła w ogrodzie pani Marii, które wraz z zapadnięciem zmroku zaczynały pachnieć tak mocno, jak tylko zioła pachnąć mogą. Te skrawki zostaną mi w pamięci.