Niemcy – Francja 2010
W roku 2010 miały miejsce spore przedsięwzięcia i spore wydatki. Przede wszystkim był to dom w Straszynie, kredyt i niewielki remont, który musieliśmy zrobić. Decyzja o wyjeździe zapadła stosunkowo późno, nieomal w ostatniej chwili – bo na dwa tygodnie przed planowanym terminem. Planowaliśmy tym razem wakacje z uwzględnieniem potrzeb dzieci – w planie miał się znaleźć jakiś park rozrywki.To wszysto sprawiło, ze pojechaliśmy do Francji i Niemiec, czyli całkiem niedaleko.
Pierwszym naszym przystankiem był Schwarzwald. Planowaliśmy pochodzić trochę po (niewysokich) górach, a poza tym odwiedzić Europa Park w Rust, tuż przy francuskiej granicy. Rozbiliśmy namiot w miejscowości Herrenwies, na lekko pochyłej polanie, wśród wielu przyczep kempingowych i nielicznych namiotów. Pierwsze dnia była dość dobra pogoda w góry – względnie ciepło, pochmurno, z lekkim wiatrem. Wizyta w lokalnej informacji turystycznej w Bühl była porażką – okazało się, że jest nieczynna w dni wolne (no kto by pomyślał, że w sobotę ktoś przyjdzie w góry, prawda?). Wykorzystaliśmy pierwszą część dnia na zwiedzanie zamku w Bühl (wraz z niedalekim placem zabaw, gdzie radośnie czas spędziły dzieci) oraz podziwianie nadreńskich winnic. W drugiej połowie dnia, za radą pani z księgarni odwiedziliśmy Mummelsee – niewielkie jeziorko górskie w Schwarzwaldzie. Niemcy w swoich górach stawiają hotele górskie, wieże widokowe (nazywane od imion kaiserów i kanclerzy, np. Wilhelmsturm albo Bismarcksturm) oraz ścieżki dydaktyczne. Taką właśnie ścieżką przeszliśmy się, ku uciesze Miluni, której bardzo podobał się „dobry pasterz” (tak nazwaliśmy głównego bohatera ilustrowanych, komiksowych tablic). Na dole był sklepik z pamiątkami, kolorowa krowa, a obok niej – piec chlebowy, w którym dzieci mogły poćwiczyć się w pieczeniu szwarcwaldzkiego chleba. Najlepszy z pewnością jest z lokalnym speckiem.
Drugiego dnia pogoda się pogorszyła – zaczęło lekko padać. Mimo to wybraliśmy się na wycieczkę do Baden-Baden. Kurort najlepsze lata ma ewidentnie za sobą, choć ślady dawnej świetności ewidentnie są widoczne. Przede wszystkim widać je w wspaniałym parku kuracyjnym, Kurhausie (połączonym z kasynem) oraz liczbie eleganckich butikówi cenach w nich. Pamiątki kosztują po 50 euro, sandałki – 259, a szachy – 2500.
Po kawie i rogaliku uciekliśmy z Baden-Baden w góry. Niemcy szlaki piesze znakują kolorowymi rombami, paskami znaczone są szlaki rowerowe. I choć szlaków jest dużo, to znaki są raczej rzadko – co sprawia, że czasami idzie się przez dłuższą chwilę bez pewności, czy podąża się właściwą ścieżką. Ten dzień upłynął nam pod znakiem malin. Było ich naprawdę dużo, łatwo dostępnych tuż przy szlaku. Najwyraźniej Niemcy nie gustują w górskich przysmakach, wolą swoje wursty. W niewielkim schronie, do którego doszliśmy po ok. godzinie wędrówki, okazało się, że nie ma nic do jedzenia bo poprzednia ekipa wyjadła ostatnie zapasy. Poszliśmy więc dalej i w niedalekim hotelu górskim „pod diabełkiem” uraczyliśmy się kawą i gorącą czekoladą. Niestety tego dnia wieczorem zaczęło naprawdę mocno padać i deszcz miał nam towarzyszyć już do końca pobytu w Niemczech.
W Rust na obszarze kilkudziesięciu hektarów urządzono ponoć największy w Europie park rozrywki. Podzielony jest na strefy „krajowe” – jest część francuska, niemiecka, portugalska, włoska, skandynawska, brytyjska, szwajcarska, austriacka, grecka, hiszpańska, rosyjska i nawet islandzka. W każdej z nich są różne instalacje – przede wszystkim rollercoastery, ale nie tylko. Również pałace strachów, kina 4D, karuzele, samochodziki, wielkie chybocące się łodzie Wikingów i coś jakby skrzyżowanie rollercoastera z łodziami (zjeżdżało z wysoka do wody z wielkim „chlup!”).
Nie ma polskiej ani żadnej innej ze Środkowej Europy. Tak jakby takie kraje jak Węgry, Czechy, Polska, Rumunia, całe Bałkany, Ukraina, kraje bałtyckie w ogóle nie istniały – a przynajmniej nie w Europie. Promuje się Gazprom – jeden z najbardziej ekstremalnych rollercoasterów ma podpis „Powered by Gazprom”. Jest replika stacji Mir. Na końcu brakuje tylko rodziny marznącej zimą, z podpisem „Oni nie chcą słuchać Putina, więc tej zimy będą marzli, dobrze im tak!”. Nas najbardziej rozśmieszyła replika żaglowca Kolumba, z nazwą „Santa Marian”. Kiedy już dotarliśmy nad Morze Śródziemne i zaczęliśmy szaleć na materacu, nazwaliśmy go Santa Marianem.
Pogoda tego dnia była raczej niedobra, ale nie przeszkadzało nam to. Wiele atrakcji było pod dachem, te, które były na zewnątrz, często nie wymagały długiego przebywania na (okresowym) deszczu. Chłód był z nawiązką rekompensowany przez krótkie kolejki do wszystkich atrakcji. Nawet do największych rollercoasterów nie staliśmy dłużej niż 15-20 minut, podczas gdy po wytyczonych miejsach widzieliśmy, że można godzinę i więcej. W związku z tym zaliczyliśmy nieomal wszystko w Europa Parku i zadowleni wróciliśmy na nasz kemping, gdzie oczywiscie lało. Zwijaliśmy się w deszczu, bez żalu żeganając niegościnny Schwarzwald.
Następnym naszym przystankiem był rejon Sewennów (Cevennes), przedgórza Masywu Centralnego, a dokładniej rejon rzeki Ardéche. Rozbiliśmy się na kempingu, który malowniczo położony jest w dolinie niewielkiej rzeczki będącej dopływem Ardéche, niedaleko miejscowości Barjac. Niestety pobyt zaczął nam się od przygody żołądkowej Jasia – całą noc miał nudności i rano wylądowaliśmy u lekarza nazwiskiem Guillieme David. Upewnił nas, że to nic wielkiego, polecił przed każdym jedzeniem stosować żel przeciwbakteryjny, nie pić z jednej butelki, itd. Tego dnia Jaś był osłabiony, a potem wszyscy już byli zdrowi.
Ale hitem pobytu w Ardéche były skoki do wody. Kemping ma trzy baseny, ale ma też plażę nad zakolem rzeki. Pod drugiej stronie wznoszą się pionowe, wapienne skały. I to właśnie z nich Kuba i Jaś skakali do wody – najpierw z metra, potem kilku, potem niemal 10 metrów. Zabawa była przednia i nawet Milunia dała się skusić na jeden skok.
Po dwóch dniach wyjechaliśmy z wapiennych gór Ardéche, po drodze oglądając jeszcze średniowieczne miasteczko Aiguèze. Spacer po nim pozwala się zakochać w sielskiej atmosferze francuskiej prowincji. Domy z XVI wieku sąsiadują z winiarniami i kawiarniami, a uroku dodają resztki zamku piętrzace się na skale nad rzeką. W lokalnym kościółku ogromne wrażenie robi witraż, a nie mniejsze – tablica pamiątkowa z zabitymi z II Wojny Światowej. Jak nietrudno zauważyć, trwała ona we Francji 2 lata (z czego jeden przesiedzieli w okopach), zaś lista ofiar obejmuje dwa, słownie dwa nazwiska.
Potem pojechaliśmy oglądać spektakularne widoki wapiennego wąwozu, z miejscami przypominającymi słynny Horseshoe Bend w Arizonie. Na koniec obejrzeliśmy most skalny Pont d’Arc. Główną dyscypliną sportu uprawianą tutaj jest kajakarstwo po leniwie snującej się w wąwozie rzecze Ardeche. Tego dnia czekała nas jeszcze jedna atrakcja – Pont du Gard, doskonale zachowany akwedukt wybudowany przez Agryppę w 19 r p.n.e. nad rzeką Gard, dostarczający swego czasu wodę z gór do miasta Nimes. Wygląda rzeczywiście niesamowicie, rozciągniety nad szeroką i głęboką doliną, ze swoją kilkudziesięciometrową wysokością i również kilkudziesięciometrową szerokością dolnego przęsła. Doprawdy, zanim we Francji zbudowano wieżę Eiffela, Aribusa A380 i pociągi TGV, powstawały tu imponujące dzieła myśli inżynierskiej.
Kolejnym – ostatnim już na terenie Francji – naszym przystankiem był rejon Aude w Langwedocji. Kemping w Saint Pierre la Mer, nadmorskiej mieścinie niedaleko Narbonne, położony był w strefie nadmorskich mokradeł. Latem suche, zimą i wiosną zalewane są przez sztormowe fale Morza Śródziemnego. Z kempingu do plaży było 400 metrów przez wydmy, wśród surowej roślinności rosnącej w słonej glebie i budowli z czasów wojny. Oprócz szerokiej plaży (choć z piaskiem nie tak fajnym, jak w Polsce, za to z plażowym barem) do dyspozycji kempingowiczów były trzy baseny. Dni dzieliliśmy mniej więcej na pół – do południa byliśmy nad basenem, gdzie dzieci pluskały się w słodkiej wodzie, po południu zaś czas spędzaliśmy nad morzem. Bogaty program animacji na kempingu zapewniał także wieczorne atrakcje, ale w zasadzie nie korzystaliśmy z nich – po całodziennych szaleństwach na basenie i plaży wcześnie kładliśmy się spać, co najwyżej umilając sobie wieczór kubkiem rosé, które z kanistra, na litry sprzedawano w sklepie. Zresztą w okolicy jest pełno winnic i langwedockie gatunki win należa do najbardziej znakomitych. Wszędzie po drodze zapraszano do lokalnych piwniczek albo spróbować specjałów tam wyrabianych. W jednym ze sklepów w pamiątkami (w stanie płynnym...) pan także zaproponował degustację. „Niestety nie możemy” – powiedziała Ania – „przecież jesteśmy samochodem!”. Pan zupełnie nie rozumiał w jaki sposób może przeszkadzać. Le bon vivre, nie ma co.
W ok. połowie pobytu spotkaliśmy dwie polskie pary – jedną z Warszawy, drugą z Poznania. Inga, córka pary z Warszawy, zaprzyjaźniła się z Milunią i Jasiem i wszyscy we trójkę doskonale bawili się na basenie. My zaś któregoś wieczora spotkaliśmy się na plotkach, winie i oliwkach. Miło płynął czas, aż do momentu gdy okazało się, że francuska noc nawet nad Morzem Śródziemnym potrafi być chłodna i bez polara ani rusz. Jak wszędzie we Francji, wieczorem towarystwo spotykało się na rozgrywce w boule. Boulodrome to w ogóle instytucja we Francji, miejsce sportu, kultury i spotkań towarzyskich. W każdym szanującym się mieście są do niego znaki, a mer na pewno odwiedza je regularnie, by zbudować przedwyborcze popracie.
Po paru dniach przebywania na słońcu, w trosce o naszą skórę i trochę też dla rozruszania się, wybraliśmy się na wycieczkę. Niedalekie Carcassonne z daleka wygląda jak dekoracja filmowa. Nietknięte czasem mury wznoszą się nad współczesnym miastem (a niegdyś zapewne podgrodziem). Do zamku prowadzi most zwodzony, a dwa pierścienie ufortyfikowanych blank (blanków?) strzegą wnętrza. Odwiedziliśmy muzeum tortur (gdzie niestety nie wolno robić zdjęć), sklepik z ręcznie robionymi słodyczami (śliczny, ale nieprzyzwoite ceny) oraz kościół z przepięknymi rzygaczami i rozetą. W południe poszliśmy na bagietkę i espresso, by potem skierować się w stronę niedostępnych twierdz Katarów.
Katarzy byli późnośredniowieczną sektą łączącą elementy chrześcijaństwa z manichejskim widzeniem świata. Na początku XIII wieku zostali ostatecznie potępieni przez papieża Innocentego Któregośtam, po czym zaczęto ich metodycznie tępić, przede wszystkim poprzez Święte Oficjum. W końcu schronili się twierdzach na szczytach gór. Jedną z takich twierdz – Chateau de Peyrepertuse – odwiedziliśmy. Z zewnątrz przypomina zamek w Chęcinach i podobnie jest w środku – może tylko widoki z wysokości 1200 m są bardziej spektakularne. Najbardziej niesamowite jest położenie – na samotnej skale nad urwiskiem. Załapaliśmy się także na pokaz sokolnictwa, gdzie dwóch sokolników demonstrowało różne sztuki przy pomocy ptaków – przede wszystkim polegające na łapaniu przez ptaki kawałków mięsa. Wywoływały entuzjazm na widowni, choć damska część publiczności zapewne bardziej miała na myśli sokolników niż ich podopiecznych.
W twierdzy Peyrepertuse czuło się pogranicze – dużo było Hiszpanów, stary domy w okolicznych miejscowościach były ufortyfikowane, a dwujęzyczne nazwy świadczą o odrębności regionu. Zresztą Langwedocja pochodzi od Langue d'oc, „języka południa” albo „języka z oc”, romańskiego języka należącego do jednego grupy z katalońskim. Mówi się nim od południowych Włoch aż do atlantyckiego wybrzeża Francji. Kiedy któregoś wieczora poszliśmy do bliskiego kempingowi miasteczka na spacer, był specjalny stragan z flagami Langwedocji, drobiazgami z motywem krzyża Katarów i hasłami głoszącymi – jak sądzimy – o odrębności.
Ostatnim punktem tego dnia była wizyta w parku safari w Sigean. Na niemal 300 hektarach urządzono wielkie zoo. Jego część (mniejsza) to tradycyjne zoo pod gołym niebem, z wybiegami i klatkami dla zwierząt. Natomiast większą część stanowi park safari. Wyznaczoną drogą przejeżdża się wśród przebywających na wolności zwierząt. Pierwsze „pętle” są spokojne – chodzą antylopy gnu, żyrafy, pekari, inna zwierzyna płowa. Natomiast potem następuje gwóźdź programu. Należy zamknąć okna i drzwi, nie wolno się zatrzymywać. Na wybiegu chodzą niedźwiedzie, lwy i nosorożce. Przy nosorożcu złamaliśmy zakaz zatrzymywania się i spotkała nas przygoda. Otóż nosorożec, który podobno dobrze słyszy i słabo widzi, ruszył w naszym kierunku. Dwa inne zwierzaki zaczęły iść przed nami, tak jakby odcinając nam drogę. Dzieci zaczęły krzyczeć, jeszcze powiększając zaciekawienie (lub poirytowanie...) nosorożca. Na szczęście Kuba nie stracił zimnej krwi i ruszył z piskiem opon, wymijając dwa wielkie zwierzęta, które zdążyły wejść na drogę. Xsara nie jest może małym samochodem, ale taki nosorożec gdyby w nią uderzył, na pewno przewróciłby na bok... brrr! Resztę dnia spędziliśmy już spacerując po części przypominającej tradycyjne zoo, co najwyżej z dużej odległości podglądając szympansy grzejące się w zachodzącym słońcu, jeżozwierze i antylopy. Milunia zaś odwiedziła „małe zoo”, gdzie jak zwykle można pobawić się z kozami.
Na koniec czekała nas miła wizyta. Odwiedziliśmy w Wiesbaden Harmów, Magdę, Christiana i dzieci. Zazdrośnie obejrzeliśmy obwieszony niemieckimi flagami pokój telewizyjny, gdzie podobno cała klasa Sebastiana (syna) oglądała mecze. Ech, gdybyż polscy piłkarze (grający w polskich barwach, a nie niemieckich, jak Podolski, Klose i Trochowski) dawali swoim kibicom takie emocje...
Plan był taki, żeby na wieczór zatrzymać się w miejscowości Bad Klosterlausnitz i pójść do tamtejszych term. Ale kiedy tam zajechaliśmy, zorientowaliśmy się że po pierwsze basen jest mały, a po drugie zdemontowano zjeżdalnie. Bad Klosterlaustnitz zaś jest typową miejscowością sanatoryjną i średnia wieku na ulicy przekraczała 60 lat. Uznaliśmy, że taki basen jako atrakcja dla dzieci to żadna atrakcja i ruszyliśmy do Trójmiasta. Przyjechaliśmy więc dzień przed terminem, ale robota przy domu zrekompensowała nam to z powodzeniem :)
Podsumowując nasz wyjazd trzeba powiedzieć, że był udany, choć nie jakiś wyjątkowy. Poza pogodą w Niemczech, która ewidentnie nie dopisała, doskwierała nam jeszcze drożyzna we Francji. Znośnce ceny były w zasadzie jedynie w lokalnym Carrefourze, wszędzie indziej było drogo i bardzo drogo. 100 euro za wjazd do parku safari w Sigean to cena tak wysoka, że nieakceptowalna. Nie podobała nam się oczywiście choroba Jasia, choć doktor Guilliame David był ujmująco miły i uprzejmy. Mało chodziliśmy po kawiarniach, choć kiedy już szliśmy, francuska kawa smakowała nam bardzo. Zasadniczo podobało nam się (i podoba się zawsze) życie pod namiotem. Nie jesteśmy szczególnymi entuzjastami nocnych rozrywek, więc tryb życia od świtu do zmroku, z czego wiekszość na plaży / basenie, po prostu nam odpowiada.
Langwdocja ma ewidentnie swoją atmosferę. Jest mocno turystyczna, ale nie wszędzie (poza wybrzeżem mniej) no i nie jest tak skomercjalizowana jak niedaleka Prowansja. Czuje się jej odrębność, m.in. w historii Katarów i w miejscami dwujęzycznych nazwach. Na prowincji jest sielsko i raczej biednie, choć z drugiej strony widać, że na bagietkę, zupę z brokuł i pora oraz wino ma tutaj każdy. A w tym klimacie naprawdę niewiele więcej trzeba.