Rumunia Bułgaria 2018

Dlaczego tam

Tygodniowy pobyt w Siedmiogrodzie w 2007 roku pozostawił nas z przekonaniem, że Rumunia to kraj, który się budzi. Już budowana była dobra infrastruktura, już dostępne były usługi turystyczne dobrej jakości, a jeszcze ceny pozostawały względnie niskie, a atrakcje niezadeptane. Stąd kiedy zastanawialiśmy się nad trasą na lato 2018, zdecydowaliśmy: trzy tygodnie, z czego pierwszy tydzień w Rumunii, drugi tydzień w Bułgarii (plaża) i powrót przez Rumunię.

Maramuresz

W Mikołowie dołączyli do nas Karina i Roman i ruszyliśmy przez Słowację i Węgry w kierunku Rumunii. Po drodze odwiedziliśmy urokliwe Koszyce – byliśmy tam co prawda po raz trzeci, ale nic a nic nam się nie znudziły. Grająca fontanna, katedra św. Elżbiety, Teatr Narodowy oraz przepiękne kamieniczki nie straciły nic ze swojego uroku.

Ale tego dnia nasza trasa wiodła w kierunku Baia Mare – średniej wielkości miasta w północnej Rumunii. Po nocy spędzonej w ładnym i dużym apartamencie pojechaliśmy do miejscowości Săpânța – gdzie znajduje się tzw. Wesoły Cmentarz. Lokalny rzemieślnik, mistrz Stan Ioan Pătraş, zaczął w latach 40-tych zamiast tradycyjnych nagrobków rzeźbić w drewnie epitafia składające się z obrazka oraz krótkiej, często wierszowanej, przypowiastki na temat zmarłego. Grobów jest kilkaset, jeden przy drugim. Niestety nie znając lokalnego dialektu nie byliśmy w stanie odczytać inskrypcji, ale obrazki pokazywały kto kim był albo jak zginął: prządka, górnik, urzędnik, myśliwy, prawnik, pasterz. Wokół cmentarza trwał festyn ludowy, a największe wrażenie robiły na nas tradycyjne maramorskie stroje, przede wszystkim bluzki, dostępne po bardzo korzystnych cenach i w wielkim wyborze. A obok – piękna cerkiew.

Kolejnym naszym przystankiem była Barcana, nowy kompleks sakralny  w dolinie rzeki Izy. Już dojazd był dla nas wielkim przeżyciem – trasa wiła się w dolinie, pomiędzy tradycyjnymi domostwami, z których wiele miało tradycyjne maramorskie bramy. Na ulicach (była to niedziela) widoczni byli mężczyźni i kobiety w ludowych strojach – wyraźnie zakładanych tutaj nie w ramach atrakcji dla turystów, a po prostu, od święta. Kompleks w Barcana robi ogromne wrażenie. Niesamowite jest połączenie maramorskiego tradycyjnego stylu (drewniane cerkwie, kryte gontem dachy, kwiaty, krużganki) z możliwościami współczesnej architektury (fantazyjne kształty, niebosiężne wieże). Całość jest harmonijnie wkomponowana w górski krajobraz, pozostawiając w odwiedzających wrażenie wysublimowanego piękna i fenomenalnego połączenia tradycyjnych motywów ludowych ze współczesną wyobraźnią i myślą architektoniczną. Milunia powiedziała, że gdyby kiedykolwiek miała zmienić religię, chciałaby, aby zmienić ją na prawosławie.

Noc spędziliśmy w miejscowości Borşa – sporym podgórskim miasteczku u stóp Gór Rodniańskich. Następnego dnia czekała nas wycieczka górska na ich najwyższy szczyt, Petrosul. Ruszyliśmy przy kolejnym pięknie położonym monastyrze, drogą żwirową w górę. Po dwóch godzinach doszliśmy do polodowcowego jeziora z przepięknym widokiem na główny masyw Gór Rodniańskich. Stamtąd trasa pięła się w górę, a po drodze towarzyszyły nam rozybrykane świstaki. Najpierw ostrzegały się przed naszym przyjściem gromkim gwizdaniem, ale wystarczyło chwilę poczekać, a wychodziły ze swoich nor i baraszkowały w południowym słońcu.

Chwilę spędziliśmy na szczycie i stamtąd zaczęliśmy zejście na dół – niestety, tą samą trasą. Po dwóch godzinach byliśmy z powrotem na dole. Ukoronowanie tego pięknego dnia stanowił obiad w restauracji „Dwa Pawie”, gdzie hitem była zupa fasolowa podawana w chlebie.

Bukowina (z polskim akcentem)

Trasą przez Cȃmpulung pojechaliśmy w stronę kolejnej krainy geograficznej tworzącej Rumunię, Bukowiny. Ten dzień miał nam upłynąć pod znakiem malowanych cerkwii. Hospodar mołdawski, Stefan Wielki, ufundował je pod koniec XVI wieku. Wyjatkowy charakter nadają im freski zewnętrzne. Pierwsza z odwiedzonych przez nas, Manastirea Humor, położona jest na opłotkach dużego, turystycznego, niezbyt ładnego miasta Gura Humorului. Jedno i drugie nazwę bierze od rzeki Humor, którą o tej porze rok należałoby raczej nazwać Suchar. Zewnętrzne freski w Manastirea Humor są słabo zachowane, jedynie pod samym dachem widać resztki dawnej świetności. Wspaniale wygląda natomiast wnętrze cerkwi – niestety, nie można było robić zdjęć. Obok cerkwii wznosi się wieża obronna, przypominając o niespokojnym charakterze tych ziem w czasach Stefana Wielkiego.

Druga z cerkwii, w niedalekiej miejscowości Voroneţ, jest bardziej okazała i lepiej zachowana. Kolosalne wrażenie robi scena Sądu Ostatecznego na frontowej fasadzie. Sakralnego nastroju miejsca dopełniły modły, których świadkami byliśmy w cerkwii. Wnętrze – jak w prawosławnych cerkwiach – kapie od złota i pełne jest postaci świętych oraz tradcyjnych motywów obrządków wschodnich: Chrystusa Pantokratora, Zaśnięcia Matki Bożej, św. Jerzego oraz świętych Cyryla i Metodego.

Naszym celem tego dnia były polskie wsie w Bukowinie. Późnym popołudniem zajechaliśmy do Nowgo Sołońca – niewielkiej wsi w bok od bocznej drogi, gdzie w 1994 roku prezydenci Polski i Rumunii ufundowali drogę oraz pamiątkową tablicę. Właściwie wszyscy mieszkańcy wsi to Polacy: każdą rozmowę zaczynało się od „dzień dobry!” i swobodnie kontynuowało. Polacy osiedlili się tutaj pod koniec XVIII wieku. Osadników z Wielczki sprowadzono, aby wydobywali sól z nowo odkrytych złóż. Przywieźli ze sobą wiedzę górniczą, rodziny, elementy architektury oraz szczerą i głęboką, katolicką wiarę. Potem nastąpiła dalsza kolonizacja i do dzisiaj w trzech wsiach i jednym miasteczku (Kaczyka albo Cacica) osoby polskiego pochodzenia stanowią większość.

Mimo że wszyscy bardzo starali sie nam pomóc, nie udało się nam znaleźć noclegu w Nowym Sołońcu: wszystko było albo zajęte, albo nieczynne. Sukcesem zakończyły się dopiero poszukiwania na obrzeżach Kaczyki, większej wsi przy głównej drodze – i to od razu u Polaka. Pan Antoni Grudzicki jest potomkiem osadników polskich. Jego pradziad przyjechał tutaj z Wieliczki. Gospodarz jest z wykształcenia fizykiem, jego żona – nauczycielką języka rumuńskiego. Oboje są typowymi przedstawicielami tych ziem: on z polskiej rodziny, ona z ukraińskiej, ale jej ojciec mówił o sobie, że jest Austriakiem (te ziemie przed I wojną należały do Habsburgów). Oboje na co dzień rozmawiali po rumuńsku, ale on dobrze, choć z pewnym wysiłkiem, mówił po polsku. Po siedemdziesiątce są emerytami, ale pozostają aktywni zawodowo – prowadzą pensjonat „Cabana Alfa si Omega”, mają także sklep tekstylny. Gospodyni (o której pan Antoni mówił „minister finansów”) raz na dwa tygodnie jeździ po towar do Łodzi – mówią, że „polski towar to nie jakaśtam chińszczyzna”. Wyjeżdża w co drugi wtorek o 22-giej, po 18 godzinach dojeżdża, załatwia sprawy w Łodzi, wsiada w autobus powrotny i we środę rano jest w domu. Planują zamknąć biznes z końcem tego roku. „Gdybyśmy mieli 10 lat mniej, zostawlibyśmy pensjonat córkom i zięciom, a sami pojechalibyśmy osiedlić się w Polsce. Byliśmy w Częstochowie, w Krakowie, w Gdańsku, widzimy że jest spokojnie i bogato. Nasze dwie emerytury to w sumie ledwie 900 euro, po 40 latach pracy”. Spędziliśmy wieczór przy śliwowicy i opowieściach, rano zjedliśmy śniadanie złożone z lokalnych smakołyków i pojechaliśmy dalej.

Bicaz i wulkany

Nieco przestraszeni kłopotami z poszukiwaniem noclegu w Nowym Sołońcu i Kaczyce, szybko zarezerwowaliśmy kolejny, na przedmieściach brzydkiej miejscowości Piatra Neamț. Miejsca nie było wiele, a uroku naszej nowej kwaterze dodała nazwa: Tania Nora. Jak wyjaśniła nam potem właścicielka, nazwa pochodzi od imienia jej córki.

Ale atrakcją tego dnia był wąwóz Bicaz. Pionowe ściany wznoszą się na kilkaset metrów nad drogą i potokiem przecinającym Hasmas – wapienne pasmo Karpat. Droga wije się serpentynami poniżej, okresowo rozszerzając się na parkingi i budy handlujące wszystkim, co się da.

Zatrzymaliśmy się na jednym z takich miejsc i poszliśmy na małą wędrówkę. W górę bocznym wąwozem Lapos, doszliśmy przez eksponowaną, skalistą gardziel do połoniny na szczyt. Sielski krajobraz i piękne kanie rosnące w lesie dopełniały wrażenia harmonii i piękna gór. Niestety zaczęło chmurzyć się i grzmieć. Zaczęliśmy się spieszyć pamiętając o tym, że jesteśmy na otwartej przestrzeni, a Roman kilka lat temu w Rumunii przeżył tragiczną śmierć dwojga uczestników wycieczki podczas burzy. Łagodnym, leśnym szlakiem zeszliśmy z powrotem do wąwozu Bicaz i naszego parkingu; wieczorem czekała nas jeszcze kolacja w restauracji Traian, gdzie jedzenie było całkiem dobre, ale obsługa tragiczna.

Następnego dnia czekał nas dość długi przejazd do Mahmudii w Delcie Dunaju, który postanowiliśmy urozmaicić odwiedzeniem wulkanów błotnych niedaleko miejscowości Berca. Po długiej i dość męczącej drodze z Piatra Neamț do Fokszan i Buzau, kręte drogi przez bezleśne wzgórza otaczające wulkany emanowały spokojem i urokiem. Na sporym obszarze, w nieco księżycowym krajobrazie, dominuje jeden wyższy i kilka niższych stożków. Po całym płaskowyżu rozsiane są mniejsze i większe bulgocące jeziorka – jedno, największe, ma prawie dwa metry i co kilka sekund wypuszcza bąbel śmierdzącego siarkowodorem gazu. Atrakcyjności krajobrazowi dodają wąwozy, którymi z płaskowyżu spływa woda, przypominające cielska prehistorycznych zwierząt.

Delta Dunaju

Następnym naszym przystankiem była Delta Dunaju. Kolejne dwie noce mieliśmy spędzić na Delta Ponton, pływającym domu na falach największej rzeki Europy. Okazało się, że nasz ponton nie do końca dryfuje na rzece, ale osiadł na lądzie obok niej, ale mimo to, co rano mieliśmy z niego przepiękny widok na słońce wschodzące nad Dunajem.

Obszar o powierzchni 3,5 tys. kilometrów (!), w całości objęty jest parkiem narodowym. Poprzedniego dnia nie udało nam się wynegocjować dobrej ceny u naszego gospodarza, więc osobno załatwiliśmy łódź. Początkowo mieliśmy wątpliwości, czy tak łupinka zapewni nam atrakcyjną wycieczkę, ale kilka godzin spędzone w Delcie z nawiązką spełniło nasze oczekiwania – nasza mała lódź mogła wpłynąć tam, gdzie nie mogły duże i średnie statki wycieczkowe.

Wystartowaliśmy z Tulczy (Tulcea), popłynęliśmy wzdłuż nieciekawych, industrialnych pejzaży, bazy rumuńskiej marynarki wojennej i w końcu zagłębiliśmy się w boczną odnogę Dunaju. Początkowo wzdłuż rzeki widać było jeszcze wędkarzy. Ale coraz więcej pojawiało się gęstej roślinności (namorzyny), ptactwa wodnego, a co jakiś czas w wodzie pluskały ryby. Od czasu do czasu mijaliśmy domostwa rybaków – podobno w Delcie mieszka ok. 15 tys. ludzi, w tym wielu rosyjskich starowierców, tzw. Lipowian, którzy uciekli na morkadła przed prześladowaniamia religijnymi. Kolejne skręty w odleglejsze odnogi i znaleźliśmy się w prawdziwym ptasim raju. Na niebie latały setki pelikanów, w gąszczu kryły się krzyżówki, na łysych drzewach dumnie prężyły się czarne kormorany. Bezkresna woda, ptaki, szuwary i drzewa – wszystko to było hipnotyzujące. Nie mieliśmy pojęcia, że uda nam się wytrzymać 3 godziny na małej łódce, ale czas minął jak z bicza strzelił.

To był ostatni dzień pobytu Romana i Kariny i czekała nas jeszcze jedna przyjemność: wieczór w restauracji w Tulczy. Dwa talerze – mięsny, „dobrudżański” i rybny, „tulczański”, dodały nam animuszu i energii. Tak skończył się pierwszy tydzień naszych wakacji, urozmaicony jeszcze tylko wizytą w Konstancy, gdzie jest imponujące (ale zaniedbane) kasyno oraz wspaniały widok z minaretu w meczecie słynnym z największego dywanu w Europie.

Bułgaria

Ta część naszego pobytu była raczej stacjonarna. Całymi dniamy wypoczywaliśmy na plaży w Krapcu. Przyjemnością dnia były zakupy w piekarni – jednej z wielu, które widzieliśmy w Bułgarii, oferującej słodkie i słone pieczywo, jogurty, bozę (napój ze zubożonych drożdży) i kawę – oraz plażowa knajpka, gdzie popołudniami piliśmy mrożoną kawę i jedliśmy smażone na głębokim oleju rybki – tzw. cacę.

Zrobiliśmy sobie właściwie jedną wycieczkę – w kierunku tzw. kamiennego lasu (Pobiti kamyni, Побити камъни), miejsca, które chcieliśmy zobaczyć 11 lat temu, ale nie mogliśmy trafić z powodu kiepskich oznaczeń. Wyglądał rzeczywiście ciekawie – wznoszące się w środku niczego setki wyższych i niższych kamiennych kolumn. Zjawisko, zgodnie z opisem, ma charakter naturalny i pojawiło się w wyniku przesiąkania bogatej w wapień wody przez piasek, ale wygląda to jak resztki starożytnych budowli. Na wieczór wylądowaliśmy w Nos Kaliakra i potem w restauracji Dyłboka (Дълбока), gdzie podają małże, małże oraz małże – no chyba że ktoś „nie wie po co przyjechał” (jak głosi menu). Obiad w promieniach zachodzącego słońca wprawił nas w świetne nastroje.

Żywe ognie

Trzeci tydzień naszego pobytu zaczął się od podróży przez Dobrudżę i Mołdawię do cudu natury – tzw. żywych ogni (Focul Viu). Koło wioski Adreiasu du Jos jest wzgórze, a na wzgórzu znajduje się fenomen natury – płonąca ziemia. Metan wydobywa się z naturalnych zagłębień i płonie. Za dnia widać tylko największe ogniska, ale kiedy przyjdzie się w nocy – można zauważyć, że nawet w małych zagłębieniach pojawiają się płomienie.

Koło Focul Viu rozbiliśmy namiot z zamiarem spędzenia nocy w naturze. Niesamowitości pejzażowi dodawało przekonanie, że jesteśmy w legendarnej Transylwanii, jest pełnia księżyca, a my śpimy pod namiotem. Kto wie, może w okolicach grasowały wampiry i wilkołaki, a jedynie my – mimo braku warkoczy czosnku – bezpiecznie spaliśmy oddzieleni od nich jedynie tropikiem namiotu?

Niestety nie była to najlepsza noc – Milunia dostała sensacji żołądkowych i kilka razy musiała wychodzić. Wschodzące słońce powitaliśmy z ulgą i nagle odkryliśmy, że jesteśmy otoczeni przez stado krów, które mieszkańcy lokalnej wioski wypasają w rezerwacie, nic nie robiąc sobie z tego, że jest to jedyne takie miejsce w Europie. Wysuszyliśmy więc namiot (w nocy z naszych oddechów zebrała się rosa), zwinęliśmy go i pojechaliśmy dalej. Wcześniej sprawdziliśmy szyje – śladów zębów wampirów nie było.

Pałac Peleş i Braszów

Wczesnym popołudniem dotarliśmy do miejscowości Sinaia, gdzie rumuński król, powołany w 1866 roku dla nowopowstałego państwa, zbudował stoją letnią rezydencję. Pałac Peleş położony jest na nasłonecznionej polanie u stóp gór Bucegi, wznoszących się na niemal 1000 metrów nad doliną rzeki Prahova. Czeski achitekt wykonał świetną robotę – zarówno wygląd zamku, jak i jego wkomponowanie w otaczający krajobraz, są niesamowite.

Imponujące są także wnętrza. Młody król i królowa urządzili sale z gustem i ekspresją, gromadząc zarówno obiekty historyczne (np. kolekcje broni), jak i zapraszając do współpracy współczesnych im atrystów. Na przykład salę kinową (wcześniej: teatralną) dekorował sam Gustaw Klimt. Niestety zwiedzanie pozostawia wiele do życzenia – nasza anglojęzyczna grupa była za duża, przewodniczka mówiła cicho, a we wnętrzach pałacu mijały się wielojęzyczne grupy. Była niedziela, więc tłok był duży. Mimo przepychu i uroku samego pałacu, wychodziliśmy lekko rozczarowani.

Wieczorny spacer po Braszowie (Braşov) był przypomnieniem wizyty sprzed 11 lat, gdzie cały tydzień spędziliśmy w niedalekim Branie. Miasto zmieniło się w sposób zasadniczy, oczywiście na lepsze. Podczas poprzedniej wizyty Braszów dopiero zaczynał pięknieć; główny deptak był już odnowiony, ale wystaczyło przejść w dowolną boczną uliczkę, aby dostrzec brud, chaos i rozpad. Dzisiaj miasto odnawiane jest kwartał po kwartale, fasada po fasadzie, kamienica po kamienicy. Nie tylko główny deptak, ale boczne uliczki zaludnione są przez klimatyczne resturacje, galerie, sklepy. Czarny Kościół (Biserica Neagra), główny zabytek Braszowa, jest ponownie odnawiany. Tym razem zapuściliśmy się w dzielnicę Scheia, rumuńską część zasadniczo saskiego grodu. Przez przepiękną Bramę Schei przeszliśmy ku chaotycznej plątaninie wąskich uliczek biedniejszej części miasta. Domy tracą na okazałości, ale na pewno nie na uroku. Kulimnacyjnym punktem naszej wycieczki była Cerkiew św. Mikołaja i niedaleka niej najstarsza rumuńska szkoła, dzisiaj muzeum. Wracaliśmy do naszego pensjonatu z przekonaniem, że już za kilka lat Braszów zrobi się równie piękny jak Wilno.

Najfajniejszym punktem tego bogatego dnia była kolacja w amerykańskiej restauracji. Zupy podane w talerzach przypominających sombrera, smażony ryż z warzywami oraz wieprzowina, a także absolutnie wyjątkowe lemoniady wprawiły nas w świetne nastroje.

Przez Siedmiogród

Rano porzuciliśmy gościnny Braszów, aby udać się na dalsze zwiedzanie Siedmiogrodu. Naszym pierwszym przystankiem była saska wioska Viscri. Przez kilka wieków żyli w niej osadnicy niemieccy, organizując sobie życie wedle starych praw. Rodzili się, kochali, żenili, umierali przez kilka wieków, a dziejowe zawieruchy przechodziły obok nich, czasami tylko zabierając część mieszkańców.

Zbudowali przepiękny warowny kościół, w którym dzisiaj urządzono izbę regionalną. Zgromadzone przedmioty użytku codziennego – skrzynie, krosna, formy do wypiekania chleba, narzędzia rolnicze – przywołują pamięć dawnych osadników i ich obecności w Siedmiogrodzie. Niestety, świątynia niegyś słynna w całej okolicy, dzisiaj jest wspomnieniem dawnej świetności. Tylko z wieży roztacza się widok na dawne pola i pastwiska mieszkańców Viscri, z niemiecka zwanego także Deutschweisskirche.

Markus jest Niemcem, raczej takim prawdziwym, z Niemiec, niż lokalnym Sasem. Gospodarzy w Białym Kościele w Viscri nawiązując przyjazne konwersacje z odwiedzającymi go Rumunami, Niemcami oraz turystami z innych części świata, ja my. Niestety większość mieszkańców saskich wiosek w czasach komuny, a zwłaszcza bezpośrednio po jej upadku, wyemigrowała do Niemiec. Dzisiaj część z nich wraca – jako turyści, albo emeryci. Wioska Viscri powoli odżywa – trochę pod rękami nowych, rumuńskich mieszkańców, trochę za pieniądze z Niemiec, a trochę za sprawą niemieckich reemigrantów. Świeże pozostają ślady niemieckiej obecności – tablica ku czci ofiar wojny światowej, a także groby z inskrypcjami oraz turyści, z którymi rozmawiał Markus.

Kolejnym naszym przystankiem była Sigishoara. Stare miasto, z okazałą Wieżą Zegarową, robi duże wrażenie. Tutaj także pieczołowicie restauruje się historyczne domy, zamieniając je w pensjonaty, restauracje, sklepy i muzea (np. to w domu, w którym urodził sie Vlad Palownik, zwany Draculą). Znajduje się także kopia rzymskiej wilczycy – podkreślając więzi Rumunów z Rzymem. W Sigishoarze napiliśmy się lemionady i pospieszyliśmy do Sybinu, z niemiecka zwanego Hermannstadt.

Sybin był stolicą saskiego osadnictwa w Siedmiogrodzie. O ile w Braszowie widzieliśmy mieszczańskie kamienice, o tyle w Sybinie było to wręcz pałace. Stare miasto koncentruje się wokół dwóch placów – Wielkiego i Małego. Kluczowe punkty to dwie bazyliki – ewangelicka i prawosławna. Okazałością olśniewa także pałac osiemnastowiecznego gubernatora Siedmiogrodu oraz okoliczne domy, siedziby szkół, cechów oraz bogatych patrycjuszy. Lokalną atrakcją jest Mostek Kłamców, jedna z pierwszych w pełni stalowych budowli w Transylwanii, który ma się podobno zawalić, kiedy przejdzie przez niego kłamca, ale to chyba bujda, bo ponoć przemawiał z niego sam Ceaucescu i nadal stoi.

Ostatnim punktem tego bardzo intensywnego dnia była Transalpina, a dokładnie jej północna część. Trasa zaczyna się przed miastem Sebeş. Początkowo przez pięknie zadbane saskie wioski, stokami łagodnych, pięknych gór, potem zanurza się w wąwozy. Mija dwa wielkie jeziora zaporowe i zygzakuje w kierunku południowym. W miejscowości Obârşia Lotrului skręciliśmy w jej boczną odnogę, na miasto Petroşani. Tam, w pensonacie o nazwie Cabana Mija, mieliśmy kolejny nocleg. Ostatnia godzina drogi była niezbyt przyjemna – padał deszcz, robiła się szarówka, a na dodatek droga zrobiła się naprawdę podła i nie bardzo dało się jechać szybciej niż 20-30 km/h. Zajechaliśmy pod naszą Cabanę w ulewie, na szczęście w sam raz, aby dostać iście królewskiego pstrąga. Świeża ryba z patelni i grilla, solidna dawka zimnego piwa oraz miłe rozmowy z węgierskimi i polskimi motocyklistami bardzo poprawiły nam humory. Noc zastała nas w obszernym i komfortowym pokoju, gdzie zasnęliśmy kołysani szumem górskiego potoku.

W górach i dolinach

Następny dzień za bardzo nie nadaje się do opisywanie, to po prostu trzeba zobaczyć. Tego dnia bowiem czekała nas Transalpina – jedna z dwóch wysokogórskich dróg w Rumunii. Inaczej niż słynna Szosa Transfogarska, nie prowadzi przez skaliste, „tatrzańskie” góry. Wspina się łagodnymi zakosami powyżej świerkowych lasów, pnie się dalej na zielone hale i dochodzi do pasterskiego siedliska. Milunia od razu zaniemówiła z zachwytu – pasterze najwyraźniej w górach wypasali także świnki. Delktowały się ciepłem poranka, a my podziwialiśmy pejzaże oraz wąchaliśmy zniewalających zapachów dochodzących z kociołków. Przez chwilę można się było poczuć jak wołoski gazda doglądający górskiej cabany.

Transalpina tymczasem w słońcu pięła się coraz wyżej, w końcu osiągając grzbiet gór, skąd na wszystkie strony roztaczały się zniewalające widoki. W przedpołudniowym słońcu góry skrzyły się zielenią, a gdzieniegdzie widać było kierdle owiec, pilnowane przez samotne owczarki. Droga była świetnie przygotowana i świetnie oznaczona – widać, że Rumuni zrobili ją niedawno. Po przekroczeniu głównego grzbietu gór Parâng zaczęliśmy się stopniowo obniżać; najpierw ku dość nieciekawej stacji narciarskiej, wreszcie ku dolinom.

Ale nie była to ostatnia krajobrazowa atrakcja tego dnia. Między Tȃrgu Jiu a Petroşani znajduje się wąwóz rzeki Jiu. Oprócz drogi poprowadzono w nim także linię kolejową. Przez kilkadziesiąt kilometrów droga wije się pomiędzy pionowymi, kilkusetmetrowymi zboczami, obok rzeki. Po drugiej stronie widać galerie, tunele, wiadukty i nasypy, którymi jeżdżą pociągi. Widoki były naprawdę przepiękne; szkoda tylko, że nie ma zatoczek, w których można byłoby się zatrzymać bo pejzaże niewiele ustępowały wąwozowi Bicaz.

Nasza droga wiodła do rzymskich ruin miasta Sarmizegetusa. W 106 roku naszej ery wojska rzymskie pod wodzą Trajana podbiły Dację i przekształciły ją w rzymską prowincję. Wtedy właśnie zbudowano miasto, którego pozostałości i dzisiaj imponują rozmachem. Muzeum jest skromne, ale wykopaliska imponujące: są resztki amfiteatru, forum, łaźni oraz świątyń. Po zwiedzeniu ruin zakrzyknęliśmy „Ave Caesar!” i wsiedliśmy do samochodu. Ostatnim akcentem tego intensywnego dnia była cerkiew, którą Rumuni w XIII wieku zbudowali w niedalekiej wsi, jako budulec wykorzystując elementy rzymskich budowli: marmury z fasad, kolumy, a nawet rury kanalizacyjne jako okna.

Zamki i twierdze

Dzień ostatni naszego pobytu miał być w założeniu mniej intensywny. Zaczął się od zamku w Hunedoarze, kolejnym siedmiogrodzkim mieście występującym także pod węgerską (Vajdahunyad) oraz niemiecką (Eisenmarkt) nazwą. Znane jest głównie z tego, że z miasta pochodził Janós Hunyady, przez Rumunów zwany Ianco de Hunedoara, węgierski regent, bohater narodowy i jeden z najwybitniejszych dowódców wojskowych wszech czasów. Jego synem był Maciej Korwin, monarcha węgierskiego złotej ery w końcu XV wieku.

Zamek prezentuje się jak wycięty z animacji Disneya. Drewniany most prowadzi do bramy, ta zaś do wnętrza. Te ostatnie niestety nie są do końca odnowione – wystrój nie jest nawet w ułamku tak ciekawy jak np. pałacu Peleş. Fajne są tylko widoki z bastionów zamku i galerii, ślady dawnej świetności w sali rycerskiej i jadalnej oraz widoki na zamek z zewnątrz. Miluni zaś najbardziej podobała się wystawa narzędzi tortur.

Z Hunedoary pojechaliśmy w góry Oraştie, gdzie w bukowym lesie znajduje się Sarmizegetusa Regia, nie mylić z Sarmizegetusą. Tym razem budowniczymi nie byli Rzymianie, a przedrzymscy Dakowie. Sarmizegtusa Regia, młodsza o 200 lat od bezprzymiotnikowej, jest pełna pozostałości po świątyniach. Ich kształtów możemy się domyślać po podstawach kolumn – górne części budowli, drewniane, nie przetrwały. Styl i charakter budowli przywodzi na myśl pozostałości po Gotach obecne na Pomorzu. Tablice informacyjne wyjaśniały przeznaczenie i charakter poszczególnych obiektów, a obok uwijali się archeologowie, poszerzając naszą wiedzę o przedrzymskiej cywilizacji na terenie dzisiejszej Rumunii.

Powrót

Przed powrotem z wakacji czekały nas jeszcze dwie atrakcje, obie na Węgrzech. Jednym był Aquapark w Hajdúszoboszló. Ma już swoje lata, ale jest bardzo obszerny. Niestety słaba informacja oraz niedbałe traktowanie przez personel sprawiają, że dużo czasu zeszło nam na orientowaniu się w terenie. Na koniec okazało się, że za najbardziej atrakcyjną część aquaparku (zjeżdżalnie), trzeba dodatkowo dopłacić. Ostatecznie poszła tam więc tylko Milunia – ale wróciła zadowolona.

Tego dnia czekał nas jeszcze wieczór w Egerze, a dokładniej – w jego winiarskiej części, zwanej Doliną Pięknej Pani (Szépasszonyvölgy). Atrakcje doliny są liczne i nazywają się: Chardonnay, Muskat, Cabernet Sauvignon, Kékfrankos, Leányka i – oczywiście – Bikavér. Po zjedzeniu specjałów węgierskiej kuchni w jednej z licznych csárd obeszliśmy okoliczne piwniczki z zamiarem zakupienia kilku litrów. Skończyło się na prawie dwudziestu :) Pomogły w tym zarówno niskie ceny (ok. 10 zł za litr), jak i hojnie lejący na próbę winiarze.

A tutaj cala nasza trasa na mapie

Refleksje

Rumuńska kuchnia jest pomieszaniem tradycji węgierskich, bałkańskich i tureckich. Dużą rolę odgrywa w niej baranina – nic dziwnego, w końcu to kraj w przewadze górzysty. Do posiłków dostaje się moczoną mąkę kukurydzianą (mamałygę).  „Mamaliga cu branza si smantana”, czyli właśnie mąka kukurydziana z serem i śmietaną, to narodowe danie Rumunii, dostępne za niewygórowaną cenę praktycznie wszędzie. Im dalej na południe, tym więcej wpływow orientalnych – w Dobrudży dostawaliśmy już aromatyczne kiełbaski kebapcze oraz klopsiki küfte. Delta Dunaju była królestwem ryb – jedliśmy tam smażone na głębokim oleju szprotki, ale także wspaniałego karpia – oraz wiele innych ryb, których nazw i proweniencji nie znamy. Zarówno w Rumunii jak i Bułgarii atrakcją poranka było świeże pieczywo kupowane w piekarniach. Słodkie (jabłko, czekolada, krem) i słone (ser, parówki, salami) bułki umilały nam poranki i południa na plaży i w trasie. Piekarnia w Tulczy i covrig z jabłkiem oraz orzechami (zwany „polskim”) na długo zostanie nam w (kulinarnej) pamięci.

Kontrast między Rumunią a Bułgarią jest ogromny. 11 lat temu to były podobne kraje, dzisiaj wyglądają jak dwa różne światy. Zachodnia Rumunia niewiele różni się od Polski, we wschodniej jest trochę biedniej, ale nadal bogaciej niż za południową granicą. Ogromne wrażenie zrobił Maramuresz – czysto, schludnie, bogato. Stacje benzynowe w Rumunii są czyste, komfrotowe, klimatyzowane, a personel jest uprzejmy i mówi po angielsku. Podobnie sklepy. W Bułgarii nadal pachnie schyłkowym PRL-em, jedynie w Warnie udało nam się wejść do centrum handlowego, gdzie było normalnie – według naszych standardów. W Bułgarii nadal papier w toalecie trzeba wyrzucać do kosza – w Rumunii nie widzieliśmy tego nigdzie.

To były nasze najbardziej intensywne wakacje od czasu Filipin. Poza tygodniem spędzonym w Bułgarii, dwa tygodnie przenoszenia się z miejsca na miejsce praktycznie codziennie było pewnym wyzwaniem. Poradziliśmy sobie dobrze dzięki Booking.com, który naprawdę dobrze się sprawdził. Ale największe brawa należą się oczywiście Unii Europejskiej. Błyskawiczny przejazd przez trzy granice Strefy Schengen (skontrastowany z godzinnym postojem na węgiersko-rumuńskiej i rumuńsko-bułgarskiej). Darmowy roaming na terenie całego UE. Nowiutkie, szerokie drogi w wielu miejscach Rumunii. Pensjonaty wybudowane z funduszy unijnych. Tablice informacyjne i oznaczenia wokół atrakcji – to wszystko daje nam Unia. I najbardziej przejmujący widok – dziesięciokilometrowa kolejka do węgierskiej granicy (granicy strefy Schengen) ciągnąca się od rumuńskiego miasta Oradea.