Wycieczka do Rzymu (i powrót z niej) – kwiecień 2010  

Dlaczego Rzym

Pomysł zrodził się trochę pod wpływem wcześniejszej wycieczki do Austrii, gdzie Kuba był w delegacji i dojechała do niego Ania, a trochę pod wpływem opowieści kolegi, który w Rzymie spędził tydzień. Wybraliśmy kwiecień jako miesiąc, w którym już może być ładna pogoda, a jeszcze nie będzie upału. Pierwszy pomysł był taki, żeby jechać bezpośrednio po Świętach Wielkanocnych. Niestety, wszystkie tanie bilety były już zabukowane i skazani byliśmy na wyjazd z Warszawy i do tego w piątek. Ale w końcu bilety okazały się nie takie drogie, więc zarezerwowaliśmy apartament niedaleko Watykanu, w pobliżu stacji metra Ottaviano za jedyne 750 euro na tydzień. Pojechaliśmy we trójkę: Mama, Ania i Kuba, a Ojciec został w domu z dziećmi. W piątek około południa zaszumiały silniki pasażerskiego Airbusa A320 i samolot odleciał do Wiecznego Miasta z nami na pokładzie.

Szlakiem wspomnień – dzień pierwszy

Do naszego apartamentu dotarliśmy wczesnym popołudniem, więc był jeszcze czas na wieczorny spacer po Rzymie – tym bardziej, że właśnie zaczął się weekend i wszędzie było pełno ludzi. Naszą wycieczkę zaczęliśmy nieco sentymentalnie, bo na Schodach Hiszpańskich. To miejsce ma dla nas szczególne znaczenie emocjonalne, bo to tam Kuba zgubił Anię, w konsekwencji czego Ania przebijając się przez miasto w kierunku hotelu została okradziona z biletu i paszportu, co poniekąd zainicjowało nasz związek – a wszystko to trzynastego, w piątek. Piazza di Spagna nadal jest miejscem, gdzie spotykają się zakochani, podświetlona fontanna nadal szumi, a dodatkowo tego dnia na schodach dwie grupy Macedończyków przekrzykiwały się śpiewając.

Stamtąd poszliśmy do Fontany di Trevi, przypuszczając, że najbardziej spektakularnie prezentuje się ona wieczorem. Imponująca fasada barokowego pałacu przekształcona w fontannę podczas naszej poprzedniej wizyty w Rzymie w roku 1989 była w remoncie. Tego dnia mieliśmy okazję podziwiać ją po odnowie, imponująco podświetloną, w pełnej krasie. Krótki spacer ulicami historycznego centrum zakończyliśmy przy fontannie Trytona przy pałacu Barberini i już nieco zmęczeni wróciliśmy do naszego aparatamentu.

Wśród trybunów i cesarzy – dzień drugi

Następny dzień, sobota, rozpoczął się od tragicznej informacji o katastrofie w Smoleńsku. Nie zmieniliśmy planów zwiedzania, ale prawda jest taka, że nasze myśli cały czas krążyły wokół wypadku.

Rozpoczęlismy od wizyty w Koloseum. Odstaliśmy swoje w kolejce (która jednak dość szybko się przesuwała), ale warto było. Jest imponujące przede wszystkim przez swój rozmach architektoniczny i – znakomity w sumie – stan techniczny. Chodzi się na dwóch poziomach – ale zarówno widok z dołu, jak i z góry jest imponujący. Dodatkowo mile głaskały nas promienie słońca, których od miesięcy byliśmy stęsknieni, zaś oko cieszyły widoki kwitnącej przyrody na niedalekim Palatynie.

Po Koloseum, mijając rzymskich legionistów zbłąkanych w czasie i młode pary, poszliśmy na tzw. Fori Imperiali, czyli Palatyn i Forum Romanum. Z dawnych domów i pałaców cesarzy i partycjuszy zostały już tylko ruiny – jeśli oczywiście można użyć słowa „tylko”, bo są bodaj najbardziej imponujące ruiny w Europie. Widać ogrom i bogactwo dawnego Rzymu, stolicy ówczesnego świata. Liczba świątyń, pałaców, budynków publicznych, itd. powstała na przestrzeni dwustu-trzystu lat i do tego dwa tysiące lat temu dosłownie przyprawia o zawrót głowy. Kiedy my dosłownie chodziliśmy po drzewach oni budowali trzypiętrowe budynki z mozaikami, zdobionymi kolumnami, itd.

Dzisiaj fora imperialne są przede wszystkim miejscem zwiedzania, wypoczynku i twórczości. Spotykaliśmy ludzi ze wszystkich krajów i kontynentów, najwiecej chyba młodzieży – kwiecień to chyba czas wycieczek szkolnych. Nieco spokojniej i przytulniej było na Palatynie, który dziś jest po prostu dużym parkiem, zaś Forum Romanum to wizytówka potęgi dawnego Rzymu. Górujący nad Forum Kapitol (Campidoglio), nigdyś miejsce świątyni Jowisza Kapitolińskiego, a dziś pałac z siedzibą władz miasta, stoi na fundamencie starożytnych świątyń. Posąg Marka Aureliusza na koniu zdobi dziedziniec po drugiej stronie pałacu.

Wycieczkę zakończyliśmy na Altare di Patria, Ołtarzu Ojczyzny zwanym także pomnikiem Wiktora Emanuela II, a potocznie – maszyną do pisania. Ewidentnie za duży wobec otaczających świątyń i pałaców, góruje nad miastem w sposób chyba nieuprawniony. W międzyczasie zrobiliśmy fotkę posągu wilczycy karmiącej Remusa i Romulusa – symbolu miasta używanego na równi ze skrótem S.P.Q.R. (Senatus Populusque Romanorum), oznaczającym senat i lud rzymski.

Z forów imperialnych poszliśmy obok Kolumny Trajana i całego Forum Trajana (aby je zbudować, zniwelowano całe wzgórze) i autbusikiem pojechaliśmy do św. Jana na Lateranie. Bazylikę obejrzeliśmy początkowo od zakrystii, ale dopiero widok od frontu w pełni pokazuje ogrom kościoła. Niedaleko znajduje się Scala Santa, schody, po których rzekomo Chrystus wchodził do domu Piłata. Można po nich wchodzić tylko na kolanach, czego niestety nie uczyniliśmy, bo były już zamknięte. Swojski akcent zapewnia senegalski stragan tuż pod nimi – jest tam taniej niż w Biedronce.

Termy, chrześcijanie i faszyzm ­- Dzień Trzeci

Następny dzień rozpoczęliśmy od wizyty w Termach Karakalli – obszernych ruinach dawnych term, graniczących z terenami sportowymi. „Starożytny Aquapark”, jak szybko nazwaliśmy termy, znowu imponuje rozmachem. Choć żaden z budynków nie zachował piętra ani dachu, we wnętrzu można nadal podziwiać piękne mozaiki i resztki rzeźb. Termy imponowały równiez jako dzieło sztuki inżynierskiej – jednorazowo mogły pomieścić kilka tysięcy osób, były w nich wanny z wodą o różnych temperaturach, którą dostarczano na bieżąco. A jako że było trochę zimno, Ania czytając te historie głośno marzyła o skoku do ciepłego jacuzzi.

Nastepnym naszym postojem był kościółek Quo Vadis Domine, leżący przy Via Appia Antica, poza terenem Starego Miasta. Nie jest duży, ale chyba właśnie dlatego robi ogromne wrażenie. W środku znajduje się kamień z odciśniętymi stopami (podobno Jezusa), dwa obrazy – Piotra uciekającego z Rzymu i Jezusa idącego, by ponownie dać się ukrzyżować oraz popiersie Sienkiewiczaautore di Quo Vadis”.

Około kilometr od kościółka, drogą wśród kwitnących pól (wrażenie prowincji jest złudne, bo ciągle jesteśmy w obrębie metropolii) poszliśmy do katakumb. Niestety, okazały się zamknięte. Po krótkim wypoczynku i posiłku wśród licznych pielgrzymek i wycieczek skierowaliśmy się na zachód, w stronę nowoczesnych dzielnic Rzymu.

Wśród brzydkich bloków, niedaleko stacji metra, stoi Bazylika św. Pawła za Murami (Basilica Papale di San Paolo fuori le Mura). Zbudowana została w IV w. n.e., ale jej obecny rozmiar i architektura to dzieło XVIII-wiecznych architektów. Dziedzinice z palmami zdobi ogromny posąg św. Pawła z mieczem. Wnętrze bazyliki jest – podobnie jak u św. Jana na Lateranie – imponujące swoją wielkością i bogactwem. Centralny punkt stanowi sarkofag św. Pawła i łańcuch, którym był skuty. Obok niego zostawiliśmy intencję mszalną za dusze ofiar smoleńskiej katastrofy i skierowaliśmy się w stronę EUR.

EUR to skrót od Esposizione Universale Romana. Dzielnicę wybudowano za czasów Mussoliniego, aby odbyła się tam w 1942 roku wystawa upamiętniająca dwudziestolecie faszyzmu. W owym czasie musiała być absolutną nowością – są tam szerokie aleje, wysokie, prostopadłościenne budynki, dużo zieleni i wody. Nam w tej chwili taki pejzaż kojarzy się z komunistycznymi blokowiskami, ale w owym czasie był to wpływ architektów modernizmu. Ze zwiedzania EUR zapadło nam w pamięci kilka obrazków – jakiś azjatycki piknik nad jeziorkiem, nastolatki oczekujące na przyjazd grupy Tokyo Hotel, rzeźba jakby wychodzaca spod ziemi w centrum dzielnicy oraz budynek Palazzo della Civilita del Lavoro, zwany czasem faszystowskim Koloseum.

Od Caravaggia do Michała Anioła – dzień czwarty

Korespondencja z Diegiem prowadzona w tzw. międzyczasie przez otwarte i „widoczne” na ulicy routery Wi-Fi  pozwoliła nam poznać główną atrakcję wystawową miasta – wystawę dzieł Caravaggia zebranych w Kwirynale. Dawne stajnie pałacu królewskiego (aktualnie siedziba prezydenta Republiki) przekształcone zostały w muzeum. Na dwóch piętrach zgromadzone jest malarstwo Caravaggia, głównie o tematyce religijnej, ale nie tylko. W zwiedzaniu przeszkadzały nam właściwie tylko tłumy i ponadgodzinne oczekiwanie na wejście.

Z Kwirynału poszliśmy w stronę Panteonu. Zbudowany jako świątynia wszystkich bogów rzymskich, gościł niegdyś posągi Jowisza, Minerwy, Westy, Wenus, itd. Aktualnie jest kościołem katolickim pod wezwaniem św. Marii od Męczenników, znanym lepiej jako Santa Maria Rotonda albo po prostu Pantheon. W środku znajdują się ważne dla Włochów relikwie, np. sarkofag Wiktora Emanuela II, tytułowanego „Ojcem Ojczyzny”. Imponuje przede wszystkim kopuła, zachowana w doskonałym stanie od niemal dwóch tysięcy lat. Nie mniej interesujący był plac przed Pantheonem, gdzie ludzie puszczali bańki, jedli lody i byliśmy nawet świadkami dość symbolicznych spotkań.

Następnym naszym przystankiem był Piazza Navona, plac w centrum historycznej części Rzymu. Jego ozdobą są fasady dwóch barokowych kościołów oraz trzy fontanny. Jak głosi legenda, rzeźby wokół jednej z nich zostały wykonane przez Berniniego, podczas gdy fasada kościoła przez Bramantego (albo odwrotnie). Obaj serdecznie się nie lubili, dlatego rzeźby zasłaniają oczy, żeby nie patrzeć na fasadę kościoła. Aktywni pozostają natomiast naganiacze, którzy zachęcają do licznych knajp wokół placu; cena menu turistico 10 euro jest wypisana wszędzie, nigdzie natomiast nie ma informacji o cenach drinków oraz tzw. coperto, czyli stałej kwocie za obsługę.

Od Piazza Navona już tylko kawałek dzielił nas od Tybru, a za nim stoi Castel Sant’Angelo, dawne więzienie i zamek papieży z tajnym przejściem z Watykanu. Jego regularny, wyniosły owal wznosi się na watykańskim wybrzeżu rzeki, z górującą nad nim figurą Archanioła Michała. Podobno odgrywa jakąś ważną rolę w bestsellerze „Anioły i demony”, ale nie znając powieści, nie wiedzieliśmy jaką. Do środka nie zaszliśmy; najbliższą okazją będzie zapewne gra w Assassin’s Creed 2, gdzie zamek występuje.

Z Castel Sant’Angelo już tylko krok do Watykanu, do Placu i Bazyliki św. Piotra. Po przejściu przez bramki (takie jak lotniskowe, ale personel zdecydowanie bardziej na luzie) weszliśmy do najważniejszej świątyni Zachodu. U wejścia spory tłumek stoi przy Piecie Michała Anioła. Rzeźba jest naprawdę przepiękna; po ataku szaleńca parę lat wcześniej niestety jest zamknięta za szklaną szybą. Sama Bazylika robi kolosalne wrażenie, zarówno rozmiarem, jak i bogactwem wystroju. Grób św. Piotra, centralny punkt kościoła, wznosi się na kilkanaście metrów, a i tak jest malutki w porównaniu ze stropem, a w szczególności z kopułą, która ma ponad 100 metrów. Bramante i Michał Anioł naprawdę sięgnęli wyżyn swojego kunsztu, a sama bryła budowli to przecież tylko początek. Wrażenia dopełniają nawy boczne, ołtarz, obrazy, stropy, rzeźby, posadzki, a na nich – oznaczenia największych kościołów chrześcijańskiego świata. A wśród nich nasza, gdańska Bazylika Mariacka, jedna z najmniejszych wspomnianych na posadzce.

Jednym z bardziej malowniczych widoków na Placu św. Piotra, oprócz fontann, fasady bazyliki, kolumnady i gołębi, są szwajcarscy gwardziści w charakterystycznych niebiesko-pomarańczowych strojach. Niestety, zdjęcia robią tylko z dziećmi. Odwiedziliśmy także grób Jana Pawła II. Zwraca uwagę zarówno liczba osób zatrzymujących się przy sarkofagu, jak i karteczki z intencjami oraz zdjęcia dzieci kładzione obok. Kongregacje mogą sobie dalej obradować, ale ludzie swoje wiedzą, dla nich Papa Giovanni Paolo już jest świętym,

Tego dnia wieczorem poszliśmy na pizzę do Il Giardino del Gatto e Volpe, miłej pizzerii niedaleko nas. Jak się później okazało, ten wieczór miał być jedynym, w którym padał deszcz.

Muzea Watykańskie – dzień piąty

Do Muzeów Watykańskich mieliśmy dosłownie rzut kamieniem – jakieś 10 minutek piechotą. Bilety mieliśmy wykupione wcześniej, co okazały się zbawienne – kiedy o 8:30 doszliśmy do wejścia do muzeów, w kolejce po bilety stało już co najmniej 100-200 osób. Z naszymi zakupionymi on-line i wydrukowanymi biletami podeszliśmy obok i staliśmy mniej niż 5 minut. Po chwili weszliśmy do ogromnego skrzydła Watykanu,w którym mieszczą się muzea.

Jest ich kilkanaście i nie sposób ich opisać. To TRZEBA zobaczyć. Na powierzchni kilku tysięcy metrów kwadratowych zgromadzono największe zachowane do dziś arcydzieła sztuki starożytnego i chrześcijańskiego świata. „Gwoździem programu” jest Kaplica Sykstyńska, która robi rzeczywiście oszałamiające wrażenie bogactwem malowideł i ich naturalnością. Dzisiaj, z perspektywy fotografii, „zastygnięcie w ruchu” niektórych scen nie jest możę nowością, dla współczesnych Michałowi Aniołowi musiało być dowodem prawdziwie boskiego natchnienia malarza. Żywe po ostatniej restauracji kolory dopełniają piorunującego wrażenia. W środku nie wolno robić zdjęć, o czym stale przypominają ochroniarze.

Kaplica to oczywiście tylko jeden element z bogactwa Muzeów. Dosłownie otrzeć można się o słynne rzeźby – Grupę Laokoona, Apolla Belwederskiego, Perseusza z głową Meduzy, popiersia Peryklesa i licznych cesarzy oraz przepiękne (choć schowane) Trzy Gracje. A przecież to nadal tylko początek: oprócz tego odwiedziliśmy zbiorty sztuki etruskiej, egipskiej i babilońskiej, wczesnochrześcijańskiej oraz słynne Stanze di Raffaello z freskami słynnego malarza, apartamenty Borgiów z kolekcją współczesnej sztuki sakralnej (m.in. Salvadorem Dali i Markiem Chagallem), nie wyłączając galerii powozów i lektyk. Właściwie jedynym rozczarowaniem była biblioteka, gdzie na ścianach było dosłownie kilka starożytnych manuskryptów i długie, zdobione korytarze pełne szaf.

Tego dnia czekało nas jeszcze jedno przeżycie – odbiór naszych zaproszeń na audiencję generalną. Wchodzi się w tym celu za słynną Spiżową Bramę, po wytłumaczeniu panu w kolorowym ubranku wchodzi się do niedużej kancelarii, gdzie trzeba podać nazwisko i odbiera się zaproszenia: Papa Benedict XVI ma zaszczyt zaprosić na audiencję generalną na Placu św. Piotra, dzień taki a taki, godzina taka a taka. I modlitwa Ojcze Nasz po łacinie. Okazało się zresztą, że wcześniejsza rezerwacja zaproszeń nie była konieczna, bo kto chciał, ten dostawał, a i tak potem na bramkach mało kto je kontrolował.

Papież i Borgiowie – dzień szósty

Następny dzień – środa – był dniem audiencji generalnej. Już ok. 9:30 pojawiliśmy się na Placu św. Piotra i usiedliśmy na krzesełkach. Dość niefartownie, bo pomiędzy włoską a niemiecką młodzieżą, która zachowywała się hałaśliwie i wymieniała uwagi nielicujące z okolicznościami, w jakich się spotkali. Ludzi stopniowo przybywało, a główna część zaczęła się o 10:30.

Cała audiencja generalna to show, który zaczął się przejazdem papamobile z papieżem na pokładzie przez alejki pomiędzy ludźmi zgromadzonymi na Placu św. Piotra. Papież przejeżdża dość wolno, pozdrawiając wiernych, a zgromadzeni wokół samochodu ochroniarze zza ciemnych okularów bystro patrzą, czy ktoś nie ma głupich pomysłów. W końcu papamobile dojeżdża do podwyższenia, na którym papież siada. Po przywitaniu i czytaniu fragmentu Ewangelii w kilku językach (po włosku, angielsku, niemiecku, hiszpańsku, portugalsku, francusku i po polsku) wygłosił dość obszerne kazanie. Z tego, co się zorientowaliśmy, cała była poświęcona nauczaniu i roli nauczycieli – zapewne dlatego na placu było wiele szkół. Potem towarzyszący mu księża pozdrawiają pielgrzymów z różnych krajów – w tym także (obszernie) pielgrzymów z Polski. Niestety, trójka pielgrzymów z parafii św. Walentego z Gdańska została wymieniona tylko zbiorczo w sekcji „i inne grupy pielgrzymów z Polski”. Na koniec Papa w językach narodowych wygłosił parę słów do różnych nacji – znowu, po angielsku, włosku, hiszpańsku, niemiecku, francusku, portugalsku i na koniec po polsku. Wspominał oczywiście o smoleńskiej tragedii i o tym, że Bóg może nas w każdej chwili powołać do siebie. Na koniec odmówiliśmy Pater Noster i pożegnaliśmy Papieża w jego papamobile.

Godzina była młoda i kiedy wszyscy inni ustawili się przy bramkach do wejścia do Bazyliki, my wsiedliśmy do metra i pojechaliśmy na Piazza del Poppolo. Najpierw obejrzeliśmy panoramę Rzymu z pobliskiego wzgórza, a potem odbyliśmy spacer po kwitnących i pachnących ogrodach Villa Borghese, niegdysiejszej rezydencji Borgiów. Naszym zamiarem było zwiedzenie niedalekiego muzeum Galleria Borghese. Niestety, okazało się że wszystkie bilety są wykupione do soboty włącznie (była środa) i naszą ostatnią opcją muzealną tego dnia było Muzeum Etruskie. Okazało się jednak, że i ono było zamknięte – mimo to, byliśmy zadowoleni z całego dnia, w zdecydowanej większości spędzonego na świeżym powietrzu.

Kolejna pizza w Gatto e Volpe była dopełnieniem tego intensywnego dnia.

Bartłomiej i trzy Marie – dzień siódmy i, jak się wydawało, ostatni

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie wstali rano i nie pojechali znowu do miasta. Tym razem zaczęliśmy od Zatybrza, a dokładniej – od wyspy Isola Tiberina, gdzie stał kościół św. Bartłomieja, stojący na ruinach starożytnej świątyni Asklepiosa. Mostem, który pamięta cesarzy z II wieku n.e. przeszliśmy w kierunku ruin Teatru Marcellusa, po drodze zahaczając o synagogę (niestety, zamkniętą) oraz kościół zbudowany przy wykorzystaniu dawnej Bramy Oktawiańskiej. Teatr, podobno pierwowzór Koloseum (tylko nieco mniejszy) jest niesamowity przez to, że na jego szczycie we wczesnym renesansie zbudowano pałac Orsinich. Tuż obok, u stóp Kapitolu, jest nieduży, ale przepiękny kosciół św. Marii na Kosmedynie (Santa Maria in Cosmedin). W środku ma w sobie coś wschodniego, zapewne dlatego, że jest świątynią grekokatolicką. Natomiast przed portykiem kościoła są słynne Usta Prawdy (Boca della Verita), kamienny okrąg o średnicy ok. dwóch metrów, z odwzorowaną twarzą ludzką. Podobno należy włożyć ręce do ust i przysiąc miłość, a jeśli ktoś kłamie – kamienne usta zamkną się miażdżąć dłoń wiarołomnego.

Nie próbowaliśmy ze względu na kolejkę, obejrzeliśmy jeszcze relikwie św. Walentego (o tyle ważne, że nasza parafia jest pod jego wezwaniem) i wzdłuż dawnego stadionu Circus Maximus poszliśmy do kościoła św. Piotra w Okowach (San Pietro in Vincoli). Niestety był zamknięty; spotkaliśmy za to miłą Amerykankę polskiego pochodzenia spędzajacą w Rzymie drugi z pięciu lat w nowicjacie i odpoczęliśmy obok Forum Trajana czekając na otwarcie kościoła i grzejąc się na słonku. San Pietro in Vincoli okazał się być dużym kościołem, gdzie „gwoździem programu” są kajdany św. Piotra (te z Rzymu i te z Jerozolimy, złączone cudownym sposobem) oraz figura Mojżesza dłuta Michała Anioła.

Kolejna św. Maria tego dnia, Santa Maria Maggiore, mieści się w samym centrum Rzymu. Niestety, nie mogliśmy go zwiedzić dokładnie, by akurat trwała msza i to taka z bardziej uroczystych. Zjedliśmy gelati w niedalekiej lodziarni i poszliśmy w kierunku ostatniej z dzisiejszych Marii –Santa Maria degli Angeli e dei Martiri („od męczenników i aniołów”). Kościół, wkomponowany w ruiny Term Dioklecjana, wygląda współcześnie, ale prawda jest taka, że zaprojektował go również Michał Anioł. Obejmuje dawne tepidarium term, ale okazały ołtarz i posadzki w środku podkreślają sakralny charakter budowli. W środku jest dziurka, przez którą wpada promień słońca, a na posadzce zaznaczone są oświetlane przez niego miejsca w południe o różnych porach roku (np. w dzień przesilenia albo równonocy). Pstryknęliśmy też kilka pamiątowych fotek niedaleko bliskiego Piazza Repubblica i pojechaliśmy do domu w nadziei wyspania się, odlecenia jutro wczesnym popołudniem i kolacji w domu. Jakże się myliliśmy!

Veni, vidi, reverti – nasz powrót

Schody zaczęły się w piątek rano, kiedy odwołano lot do Warszawy, którym mieliśmy wracać. Ponieważ loty na sobotę nie były odwołane, przebukowaliśmy się (po niemałych trudnościach) na następny dzień i spędziliśmy jeszcze resztę tego dnia podziwiając panoramę starego Rzymu ze wzgórza Janikulum (Gianicolo), spod pomnika Garibaldiego. Od pani, od której wynajmowaliśmy apartament, dostaliśmy specjalną cenę za noc.

W sobotę wszystko było super: poranna Alitalia o 9:40 do Warszawy wyleciała, a na liście odwołanych lotów Wizzair nie było naszego (choć było wiele innych). Ale około południa dowiedzieliśmy się, że zamknięto znowu przestrzeń powietrzną nad Polską i samolot do Rzymu (ten sam, którym mieliśmy wracać) nie wyleciał z Warszawy. Na lotnisku panował totalny chaos. Nie wierząc, że sytuacja wyprostuje się w ciągu najbliższych dni, ruszyliśmy więc na północ środkami komunikacji niezależnymi od wulkanów.

Na Roma Ostiense, jednym z prowincjonalnych dworców Rzymu, kupiliśmy bilet do Ady (koleżanki Ani), która mieszka ładne 300 km na północ od Rzymu, ale okazało się, że maszyna sprzedała nam bilet na 15:30 z dworca Termini, podczas gdy była godzina 15:26 i byliśmy na Ostiense (pociąg jedzie ok. 15 minut, metro ok. 20, a potem jeszcze trzeba dalej iść). W efekcie, na Termini dotarliśmy o ok. 16-tej, akurat po to, by zobaczyć koniec pociągu osobowego odjeżdżającego w tym samym kierunku. Jak pech to pech.

Na szczęście o 17:30 był następny, ale oczywiście nie mieliśmy na niego biletów. Kolejki przed kasami dworca Termini kończyły się zapewne gdzieś w okolicach Koloseum i oczywiście nie mieliśmy zamiaru w nich stać. Wsiedliśmy do pociągu, poczekaliśmy aż ruszył, siedliśmy na pierwszych wolnych miejscach i oto jedziemy. Conduttore, do którego natychmiast poszedłem z biletami, powiedział Non e questo treno! („nie ten pociąg”, o czym oczywiście doskonale wiedzieliśmy), ale na nieśmiałe tłumaczenia że volo cancellato pomamrotał coś pod nosem, machnął ręką, powiedział Only for today! i poszedł.

Niestety, na tym nie koniec naszego pecha. Krótko potem pociąg nagle zwolnił, zatrzymał się i zaczął po kawałku cofać. Po ok. 15 minutach nerwowych domysłów towarzyszy podróży obsługa pociągu ogłosiła, że brakuje trazione i musimy się cofnąć do najbliższej stacji, by tam wymienili lokomotywę. Cała rzecz trwała kilkadziesiąt minut, w efekcie czego nasze opóźnienie sięgnęło niemal godziny. Niemal, bo - uwaga - włoskie koleje za opóźnienia powyżej godziny muszą zapłacić. Kiedy wysiadaliśmy w Falconara Marittima pasażerowie wysiadający z nami złośliwie komentowali, że teraz Ferrovie dello Stato będą desperacko starały się utrzymać je na poziomie 59 minut lub mniej.

Oprócz samego oczekiwania na wymianę lokomotywy, dokuczały nam konwersacje dwóch dziadków na tylnych siedzeniach, którzy rozmawiali o kulinarnych przysmakach. "Ravioli z masłem i szałwią" - mówią jeden. "I do tego odrobina pesto" - dodawał drugi. "I jeszcze pancetta" - znowu włączał się pierwszy. A my tego dnia byliśmy na suchym chlebie i niegazowanej wodzie.

Niestety, opóźnienie pociągu sprawiło, że nie złapaliśmy połączenia z Falconara Marittima do miejsca naszego przeznaczenia. Ponoć są tam najlepsze dyskoteki na adriatyckim wybrzeżu Włoch. Spędziwszy ponad godzinę na dworcu w chłodzie wsiedliśmy do pociągu wraz z grupą włoskiej młodzieży, która najwyraźniej jechała na imprezę do niedalekiego Rimini. Pani konduktorka przyszła, sprawdziła nam bilety i dołączyła do dyskoteki – musi spotykać tych samych imprezowiczów co tydzień. W każdym razie, na dworcu w miejscu przeznaczenia byliśmy przed północą. Po późnym obiedzie i krótkich rozmowach z Adą poszliśmy spać.

Zaledwie po trzech godzinach czekała nas pobudka i następny pociąg: najpierw Bolonia, potem Wenecja-Mestre. I to właśnie tam popełniliśmy kolejny błąd. Otóż z Mestre w odstępie 10 minut odjeżdżają dwa pociągi w kierunku Triestu - jeden przez Udine, a drugi nie. Mieliśmy pojechać tym późniejszym, przez Udine (to tam chcieliśmy dotrzeć). Niestety, ten drugi odjeżdżał wcześniej. Zorientowaliśmy się zaraz, ale co z tego - połączenie do Udine uciekło nam. Po półgodzinie spędzonej na dworcu w miejscowości o nic niemówiącej nazwie Quarto d'Altino wróciliśmy do Mestre, by złapać następny pociąg - w sumie dwie godziny straty.

W Bolonii na dworcu Kuba kupił "Corriere della Sera" i uświadomiliśmy sobie, że problemy, które przeżywamy my, są niczym w porównaniu z horrorem przeżywanym przez podróżnych w całej Europie. Na pierwszej stronie dziennika było zdjęcie łóżek polowych rozstawionych w holu mediolańskiego lotniska Malpensa oraz ludzi koczujących wśród stert bagażu. Prognozy mówiły o tym, że chmura utrzyma się co najmniej do poniedziałku, a wulkan nie osłabił aktywności. Los podróżujących pociągami, nawet z przygodami, wydawał się być nadal przyzwoity w porównaniu z losem tych, którzy ugrzęźli na lotniskach bez realnej możliwości powrotu (np. Skandynawami czy Brytyjczykami). Podobno mediolańscy taksówkarze życzyli sobie 1000 euro do Zurychu, 1500 do Paryża.

Udine okazało się być ostatnim miejsce, gdzie mieliśmy napić się 'capuccio' - jak mówią niektórzy Włosi na capuccino. Pociąg, w którym oprócz naszej trójki było może z pięć innych osób powiózł nas teraz w kierunku Tarvisio, ostatniej włoskiej miejscowości przed granicą z Austrią. Za oknem zmienił się pejzaż - płaskie ogrody delty Padu i nadmorskich mokradeł okolic Wenecji zastąpiły górskie pejzaże Friuli. Pociąg mozolnie, ale bez przeszkód piął się w górę, a my cieszyliśmy oczy coraz wspanialszymi widokami. Ostatnie kilkanaście kilometrów przez Tarvisio mieliśmy już co prawda głównie widoki na ściany tuneli, ale końcu około 16-tej dotarliśmy na wielki i nowy, ale pusty dworzec kolejowy. sił dodawała nam świadomość, że szwagier wraz z dziewczyną już jadą do nas autostradą na Graz. Na miejscu powitali nas jedynie taksówkarze, którzy za jedyne 60 euro byli skłonni zawieźć nas do Villach, pierwszego większego miasta w Austrii.

Nie skorzystaliśmy z oferty i po chwili błądzenia wyszliśmy na pobliską drogę, gdzie próbowaliśmy złapać stopa. Jednak zwróciłem uwagę, że jeździ nią podejrzanie wiele samochodów na słoweńskich rejstracjach. Rzut oka na Marzenkę (czyli smartfona z zainstalowaną mapą) pozwolił zorientować się, że droga, przy której stoimy, nie wiedzie do Villach, tylko właśnie do Słowenii. Jednocześnie zorientowaliśmy się, że miasteczko jest ładne 5 km i perspektywa godzinnego marszu z bagażami dość skutecznie nas odstraszała. Ale nie rezygnując ustawiliśmy się w drugą stronę i zaczęliśmy kiwać na przejeżdżające samochody. Już po chwili zatrzymał się miły Włoch, który zabrał nas do centrum. Kiedy dojechaliśmy podrapał się jednak w głowę i powiedział: "Ha, ale przecież droga jest zamknięta z powodu remontu. Mało co tędy jeździ. Co mogę zrobić... dobra, podwiozę was parę kilometrów do granicy, łapcie tam Austriaków." I podwiózł nas za graniczne budki, gdzie rzeczywiście ruch był większy.

I znowu mieliśmy trochę szczęścia, bo po parunastu minutach machania zatrzymała się kobieta z córką. Jak powiedziała, sądziła że zepsuł nam się samochód i ani nie przewidywala zabierania autostopowiczów, "bo to niewychowawcze dla mojej córki". Ale kiedy zacząłem swoje zdanie od Our flight was cancelled, przepakowała swoje bagaże i ugościła naszą czwórkę na tylnym siedzeniu swojego Audi. Jak potem powiedziała, jej mąż biznesmen został uziemiony w Amsterdamie, ale wynajął samochód i jedzie do domu. Ona jechała do Salzburga, ale podwiozła nas do Villach. Na stacji benzynowej nie zdążyliśmy nawet wypić capuccino (dwa razy droższe i dwa razy gorsze niż włoskie), a pojawili się Roman i Ania (szwagrowie).

Kiedy wszystko wydawało się już zakończyć szczęśliwie, spotkała nas jeszcze jedna niemiła przygoda. Na ograniczeniu prędkości austriacka policja złapała nas na przekroczeniu prędkości. Było bardzo niewielkie, w związku z tym i mandat nieduży - 35 euro. Ale okazało się, że Roman zapomniał zakupić winietę, za co kara wynosi 120 euro. Na nic zdały się błagania i opowieści odwołanych lotach, awaryjnym wyjeździe itd. Zamiast zrozumienia czekały nas krzyki, przekleństwa i propozycja dodatkowych 150 euro mandatu. Niektórzy mieli dziadka w Wehrmachcie, ale dziadek tego austriackiego policjanta musiał być gestapowcem. Kuba napisał w tej sprawie do bundesgliniarzy, ale nie liczymy na wiele.

Krótko przed północą opuściliśmy niegościnną Austrię i wjechaliśmy do swojskich Czech. Łyk Kofoli (takiej czeskiej Polokokty) poprawił nam humory. O drugiej nad ranem byliśmy u szwagrostwa. Trudno znaleźć dostatecznie ciepłe słowa, aby podziękować im za kolosalny wysiłek, który włożyli w dostarczenie nas do Polski. Następnego dnia pociągiem Inter Regio dotarliśmy do Warszawy, gdzie przesiedliśmy się na nasz ukochany samochód i tak dojechaliśmy do Gdańska.

Refleksje po podróży

Najpierw refleksja z powrotu. Sprawdziła się stara prawda: umiesz liczyć, licz na siebie (oraz rodzinę i znajomych). Gdybyśmy zaufali instytucjom i przedsiębiorstwom, ze trzy dni kwitlibyśmy w Rzymie bez informacji, bez nadziej, bez możliwości powrotu. Fakt, że podróż z Rzymu do Gdańska zajęła nam tylko dwa dni zawdzięczamy własnej determinacji i łańcuchowi ludzi dobrej woli.

W Rzymie nieco zaskakuje dwuznaczny stosunek do faszyzmu. Niby został oficjalnie potępiony, niby był to ustrój totalitarny, niby wiadomo o zbrodniach faszystów włoskich (przede wszystkim w wojnach kolonialnych), ale jednak architektura faszystowska jest ceniona, na ścianach budynków z lat 30-tych pełno jest faszystowskich inskrypcji, można kupić zabawki nawiązujące do faszyzmu i płyty z przemówieniami Il Duce. Gdyby w Niemczech tak odnoszono się do czasów Hitlera jak we Włoszech do czasów Mussoliniego, byłaby z tego wielka, międzynarodowa awantura.

Zwracaja uwagę ogromne zróżnicowanie cen, w zależności od tego, czy jesteśmy w bardziej czy mniej turystycznej dzielnicy miasta. Espresso potrafiło kosztować od 80 eurocentów do niemal 3 euro, w zależności od tego, gdzie je piliśmy. Prośba o capuccino w środku dnia, na prowincji kwitowana wzruszeniem ramion i stwierdzeniem, że przecież to pora na espresso, w Rzymie traktowana jest bez emocji.

Bogactwo zabytków starożytnego i renesansowego Rzymu jest naprawdę oszałamiające. Chyba nigdzie na świecie nie są zgromadzone tak wspaniałe dzieła sztuki w tak wielkiej liczbie i na tak małej przestrzeni jak właśnie tutaj. Zdumiewa, że budowle, które my dziś traktujemy jako bardzo cenne, w przeszłości były traktowane jako kamieniołomy (Koloseum) albo fundamenty (Teatr Marcellusa). Widać, że miasto z trudem godzi bycie atrakcją turystyczną, stolicą dużego europejskiego kraju i miejscem do życia. Nie do wytrzymania był np. ruch uliczny – w naszym apartamencie, przy jednej z bocznych ulic, spać można było jedynie w stopperach.

Nieomal w każdym miejscu, gdzie byliśmy, spotykaliśmy natarczywych sprzedawców – koralików, chust, kwiatów. Na ogół mieli znacznie ciemniejszą karnację niż Włosi – to chyba kolonialny wyrzut sumienia Włoch.