Słowacja 2014

To były nietypowe wakacje. Nietypowe, bo bez Ani. Zaczęła w maju nową pracę, nie miała dość urlopu, aby wyjechać z nami. Zdecydowaliśmy więc, że ja pojadę z dziećmi, a kierunkiem naszego wyjazdu będzie Słowacja. Za obowiązkowe uznaliśmy dwa punkty programu: Rysy oraz Tatralandię. Oba udało się zrealizować, a przy okazji wiele innych.

Góry

Czerwona Ławka, 2352

To miał być łatwy szlak, na rozgrzewkę. W planach było dojście do jednego ze słowackich schronisk wysokogórskich, czyli Chaty Téryego. Ze Starego Smokowca wjechaliśmy kolejką na Hrebienok, stamtąd niedaleko pięknych wodospadów, gdzie pstryknęliśmy sobie trochę zdjęć (głównie jednak dzieciom małym i dużym) do Chaty Zameckiego, a potem w górę, doliną Zimnej Wody, aż do wspomnianej już Chaty Téryego.

Położona jest w górnej części doliny, na wysokości ponad 2100, otoczona jest wysokimi szczytami przeglądającymi się w stawach. Obok niej pasły się kozice. Posililiśmy się zupą czosnkową (na Słowacji zwaną cesnakova, ale przez nas z czeska nazywaną „czesnaczką”),  a ponieważ było wcześnie, Jaś namówił nas na mały spacer w górę. Skierowaliśmy się do jednej z wiszących dolinek, najpierw żółtym, potem zielonym szlakiem pod przełęcz Czerwona Ławka (Priečne Sedlo). Już po przekroczeniu żebra odchodzącego od Lodowego Szczytu widzieliśmy, że ta trasa to nie przelewki – pokazały się pierwsze płaty śniegu. Ale kiedy człowiek idzie po łańcuchach w górę, nie czuje – ani ekspozycji, ani wysokości, ani zmęczenia. W sumie nawet nie bardzo zauważyliśmy kiedy znaleźliśmy się na wąskim karbie przełęczy i zaczęliśmy schodzić w stronę Doliny Staroleśnej długim i nużącym, prawie półtoragodzinnym zejściem. Tam złapał nas deszcz. Początkowo przelotny, jeszcze przed Zbójnicką Chatą zamienił się w ciągły. Kolejna „czesnaczka” w chacie poprawiła nam humory, ale nie poprawiła pogody. Do Hrebienka mieliśmy jeszcze dwie godziny długiej i nużącej trasy, pokonywanej w mniejszym albo większym (ale raczej większym) deszczu. Prawdziwe piekło czekało nas na końcu trasy: odcinek od dolnej stacji kolejki przeszliśmy w prawdziwej ulewie. Po przyjeździe do pensjonatu dokonaliśmy szybkiej inwentaryzacji strat: nie mieliśmy na sobie ani jednej suchej rzeczy, z bielizną włącznie. I to mimo teoretycznie odpornych na wodę kurtek. Po prostu za długo, zbyt dużo padało. Dopiero wieczorem przeczytaliśmy, że przeszliśmy najtrudniejszy technicznie słowacki szlak z najdłuższą i najbardziej eksponowaną trasą z łańcuchami. A miała być tylko rozgrzewka...

Pamiątką po tym dniu były mokre buty. A ponieważ cały czas padało, ich suszenie miało miejsce jedynie podczas jazdy samochodem a także na nielicznych postojach.

Rysy, 2503

Dopiero trzy dni później wybraliśmy się na najwyższy szczyt Tatr polskich, a jeden z najładniejszych szlaków słowackich – Rysy. Zaczyna się w dużym turystycznym ośrodku – Szczyrbskim Jeziorze (Štrbske Pleso). Pogoda zdecydowanie dopisywała i pstrykaliśmy fotki co chwilę. Pięknie pnie się Doliną Mieguszowiecką aż do rozdroża, przy którym jest mała budka. Często zostawiane są tam rzeczy dla wchodzących do Chaty pod Rysami, zaopatrywanej wyłącznie przez nosiczów. Za ładunek 5-10 kg można dostać herbatę, ale ludzie robią to dla przyjemności i sportu.

W miarę zbliżania się do Rysów tłum narastał, a swoj apogeum osiągnął przy uskoku, trawersowanym przez ścieżkę zabezpieczoną łańcuchem. Tutaj szlak jest zwężony i odbywa się ruch wahadłowy – jeśli ktoś schodzi, nie ma wchodzenia i odwrotnie. Nic dziwnego, że trafiliśmy na spory tłumek i czekaliśmy dobre 20 minut. Wszedłszy do kolejnej wiszącej doliny znajdujemy się w Chacie pod Rysami, najwyższym tatrzańskim schronisku. Obszerna i ładna, ma jeden charakterystyczny punkt: kibelek z widokiem na góry. Niestety tłumek był już niezły i kolejka też, nie udało się nam więc skorzystać z tego wyjątkowego miejsca na chwilę skupienia.

Z Chaty poszliśmy już w kierunku szczytu. Wierzchołki są dwa – polsko-słowacki ( 2499 m n.p.m.) oraz cztery metry wyższy słowacki. W sumie zatrzymaliśmy się metr, może dwa niżej, na przełączce między nimi, gdzie akurat można było swobodnie siąść. Na polską stronę nie było absolutnie żadnych widoków, chmury zasłaniały wszystko. Na stronę słowacką – całkiem dobre, mimo niejednoznacznej pogody. Po chwili odpoczynku zaczęliśmy schodzić, a po drodze czekało nas małe memento – schodzący do lądowania helikopter Horskiej Służby, czyli słowackiego TOPR-u. Widać, że komuś wyprawa na Rysy nie posłużyła.

Deszcz tego dnia złapał nas dopiero na 200 metrów przed samochodem – nasze ledwie wysuszone buty nie zdążyły więc zmoknąć.

Zielony Staw Kieżmarski, 1545

To miała być „lajcikowa” wycieczka widokowa. Kolejką z Tatrzańskiej Łomnicy wjechaliśmy na Łomnicki Staw (Skalnate Pleso), skąd lekko w dół skierowaliśmy na Rakuski Przechód i do Doliny Zielonej Kieżmarskiej. Piękna, choć w zasadzie płaska trasa doprowadziła nas nad przepiękny Zielony Staw Kieżmarski. Przypomina trochę Morskie Oko, ale jest rzeczywiście zielony. Natomiast urzekający jest widok na trzy ściany skalne otaczające go – Jastrzębią Turnię, Kozią Turnię i Kieżmarski Szczyt. Wysokie, prawie tysiącmetrowe pionowe ściany zamykają staw w jakby amfiteatrze. Zrobiliśmy kilka zdjęć w różnych konfiguracjach, a w schronisku Milunia zamówiła buchtę. Stwierdziła, że jest jak Tatry – na górze śnieg (cukier puder), poniżej skała (ciasto) w środku kamienie szlachetne (dżem jagodowy). Niestety zaczął padać deszcz i po godzinie zrezygnowaliśmy z części naszego dalszego planu (tj. wejścia na Wielką Świstówkę) i podobną drogą wróciliśmy do pośredniej stacji kolejki, oznaczonej jako Štart.

Przełom Hornadu i Klasztorska Roklina

Tutaj wysokości nie podaję, bo to nie była wycieczka wysokogórska, tylko w Słowackim Raju – niskim, choć ciekawym parku narodowym znajdującym się kilkanaście kilometrów na południowy wschód od Tatr. Pamiętałem tą trasę z roku 2001, kiedy to wraz z trzyletnim Jasiem (jeszcze w nosidle) byliśmy tam  z Huminiakami. Teraz postanowiłem powtórzyć ją z dziećmi.

Pogoda w tym dniu była niezła, to znaczy nie padał deszcz. Pierwszy fragment szlaku był mocno mokry i trochę nudny, ale ciekawiej zrobiło się już na samym przełomie Hornadu. Szlak wiedzie wąskimi, stalowymi półkami nad rwącą rzeką. Raz i drugi przekracza się Hornad; tylko po to, by po drugiej stronie przejść na takie same półki. Wreszcie dochodzi się do wyjścia z jednego z wąwozów, tzw. roklin, z których słynie Słowacki Raj. Pod górę, po drabinkach, dotarliśmy do dużej polany, tzw. Klaštořiska, gdzie znajduje się schronisko i ruiny klasztoru.

Ale dla nas największą atrkacją były tzw. kolobežki, czyli hulajnogi. Po przygotowaniu ustawiliśmy się dzielnie i zjeżdżaliśmy drogą szutrową do Podlesoka, gdzie jest węzeł szlaków. Było ciekawie, trochę emocjonująco, a trochę nużąco (kawałkami kolobežki trzeba było podprowadzać). W każdym razie, bawiliśmy się nieźle i nawet cena zjazdu (5 euro) nie zniechęciła nas.

Podziemia

Po zmoknięciu na Czerwonej Ławce wybraliśmy się do nieodległej Doliny Demianowskiej, aby zobaczyć dwie tamtejsze Jaskinie. Demianowska Jaskinia Lodowa (Demänovská ľadová jaskyňa) nie zachwyciła nas. Oprócz szaty naciekowej, na jej dnie by po prostu kawał lodu, który każdej zimy tworzy się, a jesienią zanika. W październiku potrafi go nie być całkowicie.

Co innego Demianowska Jaskinia Wolności (Demänovská jaskyňa slobody). Jest olśniewająco piękna, chyba najpiękniejsza, jaką widziałem. Konkurować może z takimi światowymi sławami jak np. Postojna, a to za sprawą bardzo bogatej i różnorodnej szaty naciekowej. Wapień biały, czerwony, czarny i zielonkawy; uformowany w harfy, barokowe kolumny organy i kapiący z sufitu deszcz. Wszystko wspaniale podświetlone, z przewodnikiem po polsku. Polecam z czystym sumieniem.

Na sam koniec pobytu wybraliśmy się zabytkowej kopalni „Guido” w Zabrzu. Zbudowana w XIX wieku, była użytkowana przez całą jego drugą połowę oraz pierwszą połowę XX wieku. Na koniec, jako kopalnia eksperymentalno-szkoleniowa. Dzisiaj stanowi muzeum górnictwa. Na dwóch pokładach – 170 i 320 metrów – zgromadzono eksponaty i zainscenizowano sceny z wydobycia węgla. Na pierwszym – dawniej, za pomocą kilofów i wagoników ciągniętych przez konie. Na drugim – współcześnie, tj. od lat 30-tych, aż po w pełni zautomatyzowaną ścianę górniczą. W programie wizyty jest również przejażdżka podwieszaną kolejką górniczą – niezapomniane przeżycie, nie do powtórzenia gdzie indziej. Z niektórych chodnikow można wybrać grudki węgla – Milunia kilka przywiozła. Generalnie, bardzo ciekawa i pouczająca wizyta, choć trochę przydługa. No i chociaż brakowało jakiegoś godonia po naszymu, choć oprowadzała nas cołkiem gryfno frelka, co na grubie się znała.

Zamki

Na trasie naszej wizyty były też dwa zamki – polski i słowacki. Zamek Niedzica, niegdysiejsze włościa grafów węgierskich z rodzin Berzeviczy, Zapolya, Horvath i Salamon. Niedzica jest świetnie zachowana i ładnie urządzona, a z jej blanków rozciąga się spektakularny widok na Zaporę Czorsztyńską – po której można przejść, oglądające ekologiczne malowidło.

Zaskoczeniem był dla nas natomiast Spiski Hrad, jeden z największych kamiennych zamków w Europie. Kiedy tam przyszliśmy, trwało akurat kręcenie sceny z przebranymi „asasynami”, którzy biegali po murach niczym w grze komputerowej. Choć dzisiaj zamek to ruina, to widać jego dawną potęgę. Nie chciało nam się nawet obchodzić całego – poświęciliśmy czas oglądaniu wystawy historycznej oraz obserwowaniu asasynów wyraźnie nudzących się w przerwach między zdjęciami. W sumie zamki można uznać za najmniej ciekawą część naszej wycieczki.

Baseny

No i wreszcie atrakcje dla dzieci. Popradzkie Aquacity to basen bardzo duży i zróżnicowany. Dzieli się na kilka stref, które różniło sporo, ale upodabniało jedno: wszystkie były bardzo, bardzo zatłoczone. Jest więc część dla dzieci, jest część na otwartym powietrzu (niestety częściowo nieczynna), jest też bardzo okazały basen pływacki.  W sumie do wyboru do koloru, choć w niepogodzie, kiedy część zewnętrzna jest nieczynna albo niepopularna, było po prostu bardzo, bardzo ciasno. Trochę zmęczeni wychodziliśmy po kilku godzinach.

Co innego Tatralandia. Mieliśmy największe chyba – spośród kilku naszych wizyt – szczęście odwiedzajac ten kompleks. Był słoneczny, choć chłodny poniedziałek. Praktycznie wszystkie atrakcje były czynne, ale ze względu na dzień tygodnia i temperaturę ludzi było wyjątkowo mało. Można było więc jeździć praktycznie na okrągło, z czego chętnie korzystaliśmy. Zwłaszcza Milunia, która podczas ostatniej wizyty była za mała na większość bardziej ekstremalnych zjeżdżalni. Tym razem została wyproszona tylko z jednej – i to już po pierwszym zjeździe. W sumie skorzystaliśmy z Tatralandii jak nigdy dotąd, ale na pewno tam wrócimy.

Podróże kulinarne

Kuchnia słowacka przypomina trochę naszą góralską, trochę czeską, a trochę węgierską. Sztandarową potrawą są bryndzove pirohy, czyli pierogi z białym serem ze skwarkami. Wybitne jedliśmy tylko w Tatrzańskiej Łomnicy, w knajpie udekorowanej starym sprzętem narciarskim (tak starym jak ja).

Haluszki z bryndzą, czyli mączne kluseczki, to kolejna chętnie podawana potrawa. Smażony ser, na Słowacji nazywany wyprażanym, to kolejne niedrogie, zmaczne i pożywne danie. Cała gama mięs, zarówno zmażonych, jak i z grilla, wymaga dużego żołądką i odpornej wątroby. I wreszcie węgierskie gulasze, chętnie podawane albo z haluszkami, albo z najprawdziwszym knedlikiem.

Do popicia oczywiście piwo. Słowacja – podobnie jak Polska i Czechy – to królestwo smacznego, różnorodnego oraz bardzo niedrogiego piwa. Dla dzieci standardowo zamawialiśmy kofolę – rarytas dostępny za południową granicą, nie do dostania u nas. Ciasta i desery podobne są do naszych, choć wyraźnie mniej wyszukane. W kwestii słodyczy Słowacy niejednego mogliby się nauczyć od swoich północnych sąsiadów.

Podsumowanie

Wyjazd okazał się być przyjemny, bardzo aktywny i do tego niedrogi. Tatry są przepiękne, choć bardzo wyraźnie widać wiatrołomy, które pozostały po wichurach ok. 10 lat temu.

Nasz pensjonat był zupełnie przyzwoity. Za rozsądną cenę (bodaj 35 euro za dobę na 3 osoby) mieliśmy nocleg, przyzwoite jedzenie i bardzo interesujące otoczenie. Trochę szkoda, że pogoda – oraz napięty plan – nie pozwalały korzystać z uroku Villi Astra.