Słowacja i Polska 2015

Wakacje w Polsce?

Pomysł na wakacje w Polsce pojawił się w zasadzie jako “wariant B”. Początkowy plan był taki, że pojedziemy do Macedonii i Czarnogóry. Ale niepewna sytuacja zawodowa Kuby sprawiła, że postanowiliśmy jednak pojechać do Polski. Powody były dwa - jeden to okrągła, dwudziesta rocznica naszego ślubu - chcieliśmy znowu odwiedzić Bieszczady i Pieniny, gdzie pojechaliśmy w podróż poślubną. Drugi to fakt, że od dawna chcieliśmy odwiedzić wschodnią Polskę pomiędzy Podlasiem a Bieszczadami - a nigdy nam się to nie udało. Postanowiliśmy połączyć to jeszcze z wędrówkami górskimi, do których bardzo namawiał nas Jaś. I tak zarysował się plan.

Niespodziewanym, ale bardzo miłym elementem planu stała się Ewa. Dołączyła do nas na większość wyjazdu i swoim towarzystwem uprzyjemniała nasz wypoczynek.

Preludium - Pcim, Nowy Targ i Babia Góra

Pierwszym przystankiem naszej podróży był domek Dorotki i Irka w Pcimu. Dotarliśmy tam w piątek wieczorem - akurat była dobra pogoda i tego samego dnia zajrzeliśmy jeszcze w głąb nocnego nieba. Następnego dnia rano odebraliśmy Milunię z kolonii w Zakopanem i pojechaliśmy na piknik lotniczy do Nowego Targu. Przy tej okazji mieliśmy szansę poznać temperatury, które na południu Polski były od początku wakacji, a u nas, na północy - zagościły tylko na krótko w pierwszych dwóch tygodniach sierpnia. 30-35 stopni w cieniu to była norma.

Na pikniku lotniczym główną atrakcją był “taniec” dwóch Mi-24, a głównym problemem - kłopoty żołądkowe Miluni. Wirus tzw. grypy żołądkowej - nieproszony gość naszego wyjazdu - dał o sobie znać po raz pierwszy, ale nie ostatni.

Następnego dnia rozpoczęliśmy wakacje właściwe. W Myślenicach spotkaliśmy się z Ewą i pojechaliśmy na małą rozgrzewkę - trasę na Babią Górę z przełęczy Krowiarki. Na początku zaliczyliśmy falstart. Gdy zajechaliśmy na przełęcz lało dość mocno i po chwili zastanowienia zjechaliśmy na stronę Zubrzycy do niewielkiego terenu rekreacyjnego. Po około godzinie okazało sie, że deszcz przechodzi i już o 14-tej znaleźliśmy się na szlaku z zamiarem zdobycia najwyższej góry Beskidu Wysokiego i przetestowania sprzętu, przygotowania kondycyjnego i dyscypliny całej grupy. Było po deszczu, więc widoki mieliśmy różne. Test wypadł ze wszech miar pomyślnie - już po około dwóch godzinach stanęliśmy na tzw. Diablaku, czyli najwyższym wzniesieniu masywu. Stamtąd zeszliśmy na Markowe Szczawiny i - nielegalnym, bo naprawianym - szlakiem niebieskim wróciliśmy na Krowiarki. Cała trasa zajęła nam około pięciu godzin i była przyjemną rozgrzewką przed bardziej poważnymi trasami, jakie czekały nas w nadchodzących dniach. Około 21-szej wylądowaliśmy w miejsowości Zuberec pensjonacie Roháčik, gdzie mieliśmy spędzić następnych kilka dni. Szczególne wyrazy uznania należą się Miluni, która mimo złego samopoczucia dzielnie pokonała całą trasę bez słowa skargi i bez opóźniania reszty zespołu.

Słowacja - Orawa i Rohacze

Po dość intensywnym turystycznie dniu “zerowym” dzień pierwszy postanowiliśmy spędził “lajcikowo”. Odwiedziliśmy skansen wsi orawskiej oraz pojechaliśmy na tzw. Oravský Hrad. Zamek wznosi się nad rzeką Orawą w najwyższym miejscu ponad 110 metrów. Wygląda nieprawdopodobnie - jakby zawieszony nad doliną. Jest przy tym świetnie zachowany. Wszystkie pięć pięter - od najwyższego, zbudowanego jeszcze w XIII wieku, poprzez pozostałe, rozbudowywane przez kolejnych królów i magnatów orawskich - są w znakomitym wstanie. Do zamku prowadzi brama z fantazyjną kołatką, a widoki z góry są niezrównane. Dwugodzinna wycieczka prawie wcale się nie dłużyła a jedynie Jaś - kolejna ofiara wirusa - w którymś momencie odmówił zwiedzania.

Po dniu odpoczynku ruszyliśmy znowu w góry. Tym razem nasza trasa wiodła na Stawy Rohackie (Roháčske plesá) - niezbyt forsowną, choć bardzo malowniczą ścieżką przez górne piętra Doliny Rohackiej. Kilkaset metrów różnicy wysokości dało nam trochę w kość, ale na górę dotarliśmy w komplecie i zadowoleni. Zwłaszcza, że tego samego dnia czekał nas wypoczynek w Gino Paradise w miejscowości Bešeňová - dużym kompleksie basenów. Gino Paradise spełniło nasze oczekiwania tylko w części - baseny i zjeżdżalnie były w porządku, ale na dworze było za zimno, a kompleks saunowy okazał się być dość ubogi i panowały w nim dziwne obyczaje (np. wchodzenie w prześcieradłach do wody albo saun parowych).

Gwoździem programu był natomiast dzień trzeci, na który zaplanowaliśmy najbardziej ambitną trasę - oba szczyty Rohaczów, Rohacz Ostry oraz Płaczliwy. Wycieczka według przewodnika miala mieć 11 godzin, więc już ok. 8:00 byliśmy na szlaku. Kilka kilometrów asfaltową szosą do tzw. Bufetu Rohackiego pozwoliło nam się porządnie rozgrzać. Pierwsze podejście na Rakoń (1879 m n.p.m.) było jeszcze spokojne. Zmęczył nas Wołowiec (2063) - skalisty i wyniosły wierzchołek w głównej grani Tatr Zachodnich. Stamtąd bocznym żebrem skierowaliśmy się na przełęcz Jamnicką oddzielającą główną grań od bocznego żebra Rohaczy.

Warto wiedzieć, ze Rohacze to jeden z najtrudniejszych szlaków tatrzańskich. Choć krótki, przebiega wysoko, ma dość duże trudności techniczne, a dodatkowo jest bardzo silnie eksponowany. Na początku podejście nie było forsowne, trochę emocji było na pochyłej półce, ale prawdziwa próba czekała nas na tzw. Rohackim Koniu. To ostry, długi na ok. 10-15 metrów kawałek grani, praktycznie pozbawiony naturalnych chwytów. Jest zabezpieczony pojedynczym łańcuchem i ma jedynie wąską półeczkę na jedną stopę. Duże dzieci - Jaś i Ewa - przeszły wolno, ale bez zawahania. Prawdziwa próba czekała nas, kiedy na półkę weszła Milunia. Mimo zamglenia widać było zapierającą dech w piersiach scenerię - pod jej stopami rozciągała się 200-metrowa przepaść, tak samo (jeśli nie gorzej) było po drugiej stronie. My - rodzice - wstrzymaliśmy oddech, ale Milunia na szczęście dała radę. Najgorzej byłoby, gdyby “zacięła się” pośrodku grani. Kiedy znalazła się na jej drugim końcu, odetchnęliśmy z ulgą.

Grań Rohaczy jest przepiękna, niestety, widoki mieliśmy tylko w nielicznych miejscach. Oba szczyty pogrążone były we mgle i głównie towarzyszył nam tzw. Mordor - czyli surowe, nagie skały i wąska, niezbyt dobrze oznaczona ścieżka pomiędzy nimi. Ze spotykanymi na grani ludźmi wymienialiśmy się wrażeniami. Po kilku godzinach dotarliśmy do Smutnej Przełęczy - miejsca, gdzie odchodzi szlak do Rohackiej, a potem Spalonej Doliny. Ostatecznie, około 16-tej - a więc sporo przed założonym czasem - wylądowaliśmy w Rohackim Bufecie i niewiele później byliśmy już przy samochodzie.

A więc zrobiliśmy Orlą Perć Tatr Zachodnich! Emocje były momentami ogromne, ale daliśmy radę!

Pieniny

Następnego dnia przemieszczaliśmy się z Tatr Zachodnich w Pieniny, gdzie mieliśmy spędzić kilka kolejnych dni. Czekał na nas pensjonat Akiko, prowadzony przez Japonkę. Pani Akiko Miwa (czytaj: “Miła”) przyjechała do Polski w latach 80-tych. Wybrawszy się kiedyś na wycieczkę w Pieniny trafiła na polanę nad Harklową, wioską niedaleko Nowego Targu. Urzeczona widokiem z polany na Tatry postanowiła, że tam będzie jej miejsce na ziemi.

Jak postanowiła, tak zrobiła. Przez trzy lata budowała swój dom, rozpoczynając od prowadzącej do niego drogi. Swoją drogą, gdyby nie napęd na cztery koła, nie podjechalibyśmy pod pensjonat. Dzisiaj wynajmuje pokoje gościom z całego świata, głównie z Polski i Japonii. Mimo że z zewnątrz dom jest typową budowlą w stylu góralskim, w środku liczne ślady wskazują na japońskie pochodzenie gospodyni. W drzwiach są dwudzielne kurtyny z japońskimi napisami, po domu można chodzić tylko w kapciach. No i oczywiście posiłki! To było coś absolutnie wyjątkowego! Codziennie pięć dań (w tym deser), raz dostaliśmy japońskie śniadanie. Smaki orientu mieszały się ze swojskimi składnikami, a wielu potrawom towarzyszyły japońskie nazwy oraz instruktaż dotyczący przygotowania.

Pobyt w Pieninach rozpoczęliśmy od Zamku Czorsztyńskiego i góry Wżdżar niedaleko Kluszkowiec. Rozciąga się stamtąd piękny pejzaż na Zalew Czorsztyński, Pieniny i Tatry, a z góry na dół wiedzie ścieżka dydaktyczna przez dawny kamieniołom oraz… tory dla rowerów górskich. Dodatkowo, zjechaliśmy także saneczkami. Pod górą znajduje się słynny pomnik autorstwa Władysława Hasiora, początkowo poświęcony funkcjonariuszom MO oraz MBP, którzy “utrwalali socjalizm” w początkowych latach PRL, aktualnie upamiętniający wszystkie ofiary bratobójczych walk w latach 40-tych. Z góry Wżdżar można również zjechać saneczkami – co wszyscy ochodzo zrobiliśmy.

Spłynęliśmy także Dunajcem. To wyjątkowo piękna trasa, choć na tratwach nieco zbyt monotonna - właściwie cały czas się siedzi, podziwia krajobrazy (skądinąd bardzo piękne) i słucha rubasznych dowcipów opowiadanych przez flisaka. Obok przepływają czasami bardziej hardkorowi turyści na kajakach oraz pontonach - następnym razem spłyniemy tym bardziej ambitnym sposobem. Pejzaże rzeczywiście nie mają sobie równych - Trzy Korony, Sokolica, Siedmiu Mnichów i wiele malowniczych zakoli i przełomów - wszystko to prezentuje się wspaniale. Po dotarciu do Szczawnicy poszliśmy jeszcze na krótką trasę na Palenicę - górę wznoszącą się nad uzdrowiskiem. Kuba odwiedził także miejscowy ośrodek zdrowia, gdzie wyciągnięto mu drzazgę, nieszczęśliwie wbitą u pani Akiko.

Kolejny dzień był pieszo-rowerowy. Najpierw wypożyczyliśmy rowery w Sromowcach Niżnych i trasą wzdłuż Dunajca - biegnącą w zdecydowanej większości po słowackiej stronie - zjechaliśmy do Szczawnicy. Ta sama trasa oglądana z perspektywy brzegu, a nie wody, prezentowała się równie malowniczo. Następnie weszliśmy na Sokolicę oraz Trzy Korony, podziwiając liczne i przepiękne krajobrazy przełomu Dunajca oraz pienińskich lasów i łąk. Właściwie jedynym nieprzyjemnym akcentem tego dnia była choroba Ewy - była ona ostatnim zaatakowanym przez wirus członkiem naszej wyprawy. Tego dnia czekała na nas natomiast jeszcze jedna, wielka atrakcja. Wpuszczono nas do kościółka w Dębnie, wyjątkowego zabytku tzw. klasy zerowej. Zbudowany w XV wieku, ozdobiony przez wędrownych malarzy, zachował swój unikatowy charakter. Ksiądz, który wpuścił wycieczkę (a my “załapaliśmy się” przy okazji) opowiadał o tym, że kościółek jest nieogrzewany - więc w zimie potrafi być i -23 stopni. Nie wolno do niego wchodzić ze śniegiem czy błotem na butach - wilgoć byłaby bowiem zabójcza dla drewna. W środku znajdują się renesansowe i barokowe skarby - cymbały, krucyfiks i święte obrazy, który pamiętają późnych Jagiellonów i Wazów. Zapierająca dech w piersiach uroda kościoła na długo pozostanie nam w pamięci.

Ostatni dzień w Pieninach to wycieczka do Wąwozu Homole. Choć sam wąwóz nie zapadł nam w pamięć, między innymi dlatego, że był pełen ludzi, to trasa, którą potem poszliśmy na Wysokie Skałki (najwyższy szczyt Pienin), już bardzo. Przebiegała przepięknymi halami i lasami bukowymi, aż do grani, z której zeszliśmy do Schroniska ścieżką, z której rozciągały się absolutnie fenomenalne widoki na Pieniny, Beskid Sądecki oraz Gorce. Wszystko wyglądało tak sielsko, jakby naszkicował to jakiś malarz landszaftów i dosłownie nie wierzyliśmy, że takie miejsca jeszcze istnieją. Urody miejscu dodawała kompletna pustka - hałaśliwe grupy turystów zostały za nami, słyszeliśmy właściwie tylko dzwonki (“byrcoki”) owiec, hulanie wiatru i nieprawdopodobnie ukształtowane chmury. Pod szczytem wybudowano schronisko - herbata pita w takich miejscach smakuje lepiej niż najelegantsze trunki świata.

To był już nasz ostatni dzień. Jeszcze jedną rzecz zapamiętamy z Pienin - to lody “U Marysi”, sprzedawane w Krościenku i Szczawnicy w wielu miejscach, własnego wyrobu - absolutnie wyjątkowe. Milunia i Jaś zgodnie mówili, że tak dobrych nie jedli nigdzie.

Bieszczady

Po 20 latach od ślubu oraz po 10 latach od naszej podróży po-poślubnej wróciliśmy znowu do pensjonatu “Leśny Dwór” w Wetlinie w Bieszczadach. Pani Grażyna i Pan Piotr (zwany potocznie Pietrek Psiakrew) nadal prowadzą schronisko, osadę domków oraz pensjonat. Ich progi były znowu bardzo gościnne, zaś kuchnia bardzo dobra. Gdybyśmy nie wiedzieli, trudno byłoby się domyśleć, że niedawno spotkała ich wielka tragedia - ich syn, znany ski-alpinista, zaginął zjeżdżając z Gaszebrumu II.

Ciągle dopisywała nam pogoda, więc pierwszego dnia poszliśmy w tzw. Bieszczadzki Worek, czyli na Tarnicę i Halicz. Trasa z Ustrzyk Górnych, choć mniej popularna od tej z Wołosatego, była i tak pełna ludzi. Dzień był ciepły i bezchmurny, ale wiał silny wiatr, który łagodził upał, więc szło się nam doskonale, a po drodze spotykaliśmy może trochę mniejszych, ale równie wytrwałych wędrowców. Tuż przed Tarnicą mieliśmy okazję zobaczyć słynne schody. Nie wygląda to za ciekawie - ponoć po drodze z Wołosatego idzie się po drewnianych stopniach, jakby to była ścieżka spacerowa na Polach Mokotowskich, a nie szlak w najwyższe rejony najdzikszych gór w Polsce. W związku z tym na Tarnicy nie zabawiliśmy długo, kierując się w stronę znacznie ładniejszej i mniej zatłoczonej ścieżki na Halicz. Przed nami rozciągały się widoki na rezerwat ścisły w którym żyją misie i żubry, w oddali na ukraińskie pasmo Czarnohory, a po prawej na słowacki park narodowy Poloniny, a za nami - na Połoninę Caryńską. Po drodze do Wołosatego czekała nas jeszcze jedna atrakcja - polowa, ekologiczna toaleta, w której mieszkają małe robaczki i pożerają łapczywie to, co ludzie w niej zostawią. Wystarczy spojrzeć na ich zadowolone miny aby się zachciało… no, wiadomo czego. Całe szczęście, że w Wołosatem czekały busy i nie musieliśmy drałować piechotą do Ustrzyk - to długa, mozolna droga, a my byliśmy już solidnie zmęczeni.

Niestety następnego dnia trochę zepsuła się pogoda. Ruszyliśmy z Przełęczy Wyżniej we mgle, mijając bardzo piękny pomnik ratowników. Fajne widoki czekały na nas jeszcze po drodze do Chatki Puchatka - goprowskiej bacówki na Połoninie Wetlińskiej. Ale już trasa ku Przełęczy Orłowicza była nieciekawa - praktycznie cały czas szliśmy w białej jak mleko mgle. W efekcie postanowiliśmy zmienić plan na resztę dnia - zeszliśmy trochę szybciej do Wetliny i pojechaliśmy do Polańczyka, gdzie zjedliśmy wielkie lody, zamordowaliśmy w pucharku po lodach kilkanaście os, a także rzuciliśmy okiem na piękną, choć trochę smutną panoramę Jeziora Solińskiego. Choć pogoda dopisywała, widać było niski stan wody - odsłonięte brzegi niemile kontrastowały z błękitem jeziora i zielenią zalesionych wzgórz.

Na koniec bieszczadzkiego epizodu naszych wakacji odwiedziliśmy jeszcze Muzeum Historyczne w Sanoku, posiadające największą na świecie kolekcję obrazów Zdzisława Beksińskiego. Robi niesamowite wrażenie, a ciekawym akcentem kolekcji jest odtworzona pieczołowicie pracownia artysty. Zarówno kolekcja prac, jaj i półka z książkami świadczy o tym, że grafiką komputerową zajmował się naprawdę serio. Równie wspaniała, choć mniej unikatowa, jest także kolekcja sztuki cerkiewnej - aż szkoda, że nie mieliśmy więcej czasu na zwiedzanie. Tego dnia odstawiliśmy też Ewę na dworzec autobusowy w Zamościu i z żalem pożegnaliśmy.

Zamojszczyzna

Ostatnia część naszego pobytu przypadła na Zamość i okolice. Wschodnia Polska była dotąd dla nas terra incognita i postanowiliśmy to zmienić. Ania znalazła super miejsce - dwór w Udryczach, a w nim tak zwany Domek. Domek okazał się być przybudówką, w której kiedyś zapewne mieszkał rządca majątku. Trzy świetnie odrestaurowane pokoje, kuchnia, łazienka, ubikacja, dwa przedsionki i stół na zewnątrz tworzyły komfortowe i pełne uroku lokum na kilka dni.

Równie urokliwa okazała się sama Zamojszczyzna. A więc przede wszystkim Zamość - niegdyś miasto idealne, zaprojektowane pod dyktando Jana Zamoyskiego, pierwszego ordynata, słynnego magnata, dowódcy oraz człowieka renesansu. Najbardziej dominującym elementem w panoramie Zamościa jest słynny ratusz i rozciągający się przed nim rynek. Lubiliśmy tam chodzić na lody, a Milunia codziennie dokarmiała gołębie. Raz byliśmy świadkami popisów piechoty z czasów renesansowych. Milunia miała nawet okazję potrzymać muszkiet czarnoprochowy. Zwiedziliśmy także wieżę, z której rozciąga się widok na miasto oraz świetnie zachowane (i częściowo odrestaurowane) fortyfikacje - niegdyś niezdobyte. Przy tej okazji Milunia strzeliła także z armaty, tak zwanej wiwatówki.

Bardzo fajne tereny rozciągają się także w okolicach miasta. Pierwszym naszym przystankiem był Szczebrzeszyn. Obok siebie w odległości może 100 metrów znajdują się kościół katolicki, cerkiew unicka oraz synagoga – zaświadczając o niegdysiejszej wielokulturowości tych ziem. Wszędzie można spotkać słynnech Chrząszcza, który w Szczebrzeszynie brzmi w trzcinie. Niesamowitym miejscem jest żydowski kirkut – oznakowany, ale mimo to zaniedbany. Kolejnym przystankiem był Zwierzyniec - niegdyś siedziba pałacu, z pięknym kościołem na wodzie, ale także interesującym browarem. Zwiedziliśmy go, zapoznając się nie tylko z technologią produkcji piwa i pozostałymi urządzeniami, ale także smakiem lokalnego piwa. Ciekawym elementem wystroju wnętrza jest plakat reklamowy namalowany przez samego... Wojciecha Kossaka (notabene, mieszkańca Zwierzyńca). Jak widać, chałturzenie artystów w reklamie to nie jest dzisiejszy wynalazek.

Po Zwierzyńcu odwiedziliśmy Krasnobród - dość nieciekawy i bardzo płytki zalew, mocno zagospodarowany turystycznie, hałaśliwy i niezbyt czysty. Ostatnim elementem naszej podróży były tzw. szumy na rzece Tanwi. Nic wielkiego - choć pewnie warto byłoby się tam przepłynąć kajakiem.

Niemiła przygoda spotkała nas natomiast podczas zwiedzania zamojskiego ZOO. Otóż Kubę osa ugryzła w język. Zważywszy na wcześniejsze historie alergiczne wezwaliśmy karetkę i resztę popołudnia spędziliśmy na Izbie Przyjęć lokalnego szpitala. Na szczęście podane leki okazały się szybko skuteczne. Niestety wizyta w takim obiekcie zawsze przygnębia - otwiera się niewidoczny na co dzień bezmiar ludzkiego cierpienia, samotności, odrzucenia. Główne choroby, które trapią Polaków to starość i samotność. Z drugiej strony, po takiej wizycie ma się okazję zobaczyć jak szczęśliwym się jest mając rodzinę. Jaś zaś od razu stwierdził, że to ugryzienie to była zemsta os zamordowanych w pucharku po lodach w Polańczyku.

Ostatniego dnia naszych wakacji odwiedziliśmy jeszcze dwa wyjątkowe, nadwiślańskie miasta: Kazimierz Dolny oraz Sandomierz. Oba to prawdziwe perełki; oba w ostatnią niedzielę wakacji były też nieprawdopodobnie zatłoczone. W Kazimierzu odwiedziliśmy Górę Trzech Krzyży oraz wspaniały rynek. Przeszliśmy się także nad Wisłą, bardzo wysuszoną tego lata. Wizytę zakończyliśmy w Wąwozie Korzennym - doprawdy wyjątkowym tworze natury, z nieprawdopodobnie zwieszającymi się z brzegów, powykrzywianymi korzeniami drzew.

Stamtąd udaliśmy się do Sandomierza, który dosłownie nas oczarował. Choć mogliśmy sobie pozwolić tylko na skromny spacer po mieście, urzekło nas swoim bezpretensjonalnym urokiem. Akurat trwał jakiś zjazd motocyklistów, a ze sceny grała mocna, ciężka muzyka - dość surrealistyczny obrazek w miejscowości znanej głównie z pierwszego prymasa Polski, istnienia Wyższego Seminarium Duchownego, kanonika-kronikarza Długosza oraz księdza-detektywa. Ale panował gwar, na rynku z charakterystyczną sylwetką ratusza stał amerykański krążownik szos, a w bocznej uliczce sprzedawała pani Swietłana, u której kupiliśmy obrazki z Sandomierza i Lwowa. Sandomierz jest doprawdy urokliwym miejscem, które warto jeszcze kiedyś odwiedzić.

Podróże kulinarne

Wakacje to oczywiście również okazja do posmakowanie regionalnych specjałów. Pierwszy przystanek na naszej drodze, Orawa (zarówno polska, jak i słowacka) to królestwo haluszek oraz bryndzowych pierogów. Nieco podobne do naszych ruskich, są jednak słabiej przyprawione, farsz nie ma ziemniaków i podawane są ze świeżą śmietaną. Na Słowacji pozycja obowiązkowa to zupy: cebulowa, czosnkowa oraz kapuśniak. Zwłaszcza warto polecić ten ostatni. Wszędzie można dostać także oscypek, który nie nazywa się oscypkiem, bo jest to nazwa chroniona. A więc - scypek, łoscypek, oszczypek, serek góralski, itd. - wszystko to samo, podawane na zimno oraz na ciepło, często z żurawiną. No i pstrąg - wszędzie świeży, dobrze opieczony, podany z cytryną i często ziołami. Mniam!

Osobną pozycja na naszej mapie kulinarnej był pensjonat pani Akiko. Każda kolacja była małą ucztą. Na początku z reguły były pierożki w cieście. Zawsze były warzywa. No i zawsze też pojawiało się coś typowo japońskiego - np. zupa miso, kurczak teriyaki, łosoś, raz było także sushi. Wszystko oczywiście z ryżem, do zjedzenia pałeczkami. Wyjątkowe było także japońskie śniadanie - surowe jajko należało rozbełtać z odrobiną sosu sojowego, następnie wlać do ryżu i zawinąć w nori, prasowane wodorosty. Taką “kanapkę” można wziąć z kawałkiem łososia i zjeść. Daliśmy radę!

W Bieszczadach u państwa Ostrowskich było bardzo po polsku. A więc - pierogi ruskie, pierś z kurczaka, obowiązkowo ziemniaki gotowane no i zawsze deser - najczęściej ze świeżych owoców. W sumie trudno powiedzieć, że zaznaliśmy jakiś specjałów - a podobno w Bieszczady trzeba się wybrać, bo podają tam największy na świecie, opatentowany naleśnik. Na Zamojszczyźnie zaś koniecznie warto spróbować pierogów z kaszą gryczaną, bułeczki z nadzieniem z cebuli. Warto także spróbować piwa ze Zwierzyńca i Krasnystawu. Choć generalnie sam Zamość rozczarował nas i pozostawił w przeświadczeniu, że najbardziej znane potrawy regionalne to kebab i pizza - bo takich restauracji było najwięcej.

A podsumowując – i tak nic nie smakuje tak dobrze, jak herbata z cytryną pita w górskim schronisku.

Podsumowanie

Pierwsze od lat wakacje spędzone w zasadzie wyłącznie w Polsce okazały się bardzo udane. Dopisały wszystkie elementy - program, pogoda i towarzystwo. Pochodziliśmy po górach tyle ile było trzeba, aby się zmęczyć, ale jednocześnie nie skatować. Naoglądaliśmy się wspaniałych widoków w Tatrach, Pieninach i Bieszczadach. Odwiedziliśmy tereny, na których nie byliśmy nigdy, poznając ich urok i specyfikę. Odbyliśmy podróż sentymentalną w Bieszczady i Pieniny w 20 lat po ślubie, przypominając sobie tamte miejsca, panoramy i smaki. Wszystkiego było w sam raz. No i mieliśmy mnóstwo szczęścia z pogodą - nie padało ani raz, nie było także wielkich upałów, które trapiły południe Polski w pierwszej połowie sierpnia. Słowem - było cudnie!