Słowacja – Węgry – Polska, lipiec 2006
To miały być pierwsze nasze wakacje z dwuletnią Milunią. Z jej powodu nie wybieraliśmy się nigdzie daleko, tj. nad ciepłe morze. Zresztą, mieszkając od paru lat nad Bałtykiem uznaliśmy, że samo leżenie na plaży nas nie satysfakcjonuje. W związku z tym postanowiliśmy połączyć odrobinę gór, trochę zwiedzania i wreszcie wylegiwanie się nad wodą.
Jak zwykle głównym architektem wyjazdu była Ania. To ona wynalazła region, do którego mieliśmy pojechać, tj. Słowacki Kras. Ponadto postanowiliśmy zajrzeć na Liptów i wypocząć parę dni nad Balatonem. Rzeczywistość zweryfikowała te plany.
Słowacki Kras rozciąga się w promieniu około 30 km od miasta Rožňava w południowej Słowacji. To rejon zwany przez Słowaków Gemer, a przez Węgrów – Gömör. A skoro o Węgrach mowa to rejon jest wyraźnie dwujęzyczny. Widać było to co chwilę: w sklepie spożywczym z trojga klientów po słowacku rozmawiano tylko z nami; w księgarni książki po węgiersku zajmowały więcej niż połowę miejsca; nazwy geograficzne były dwujęzyczne; reklamy zachęcały do czegoś w języku Madziarów, a przewodniczka w jednej z jaskiń powtarzała wszystko dwa razy w obu językach.
Bazę założyliśmy w Ubytovani Žaneta. Tytułowa Žaneta to sympatyczna, na oko trzydziestoletnia Słowaczka, która prowadzi niewielkie gospodarstwo agroturystyczne w Krasnohorskim Podhradiu, ok. 10 km na wschód od Rožňavy. W jej domu znajdują się trzy duże i komfortowe apartamenty przeznaczone dla gości: dwa na piętrze, jeden na parterze. W jednym jest kącik kuchenny oraz telewizja satelitarna, w drugim zaś – ładna łazienka z wanną z hydromasażem. Wszystko zaś nowe, jeszcze pachnące.
Do długiego domu przylega sad, w którym ustawiony jest grill oraz ławeczka. Žaneta ma też siedmioletniego syna Eryka, który był znakomitym kompanem dla naszego Jasia. Całe dnie spędzali razem na boisku wyznaczonym w sadzie grając w nogę („Tata, a wiesz że futbol to po słowacku noga?” – pytał przejęty Jaś), lub łażąc po drzewach lub tłukąc się z Erykiem kijami po głowach.
Miluni zaś u Žanety podobały się zwierzaki. Najbardziej zaś – dwa kotki o imieniach Dolly i Murica oraz sześciotygodniowy pies Reks. Kiedy siadaliśmy na huśtawce, wszystkie zwierzaki wciskały się między nas i między siebie tworząc zabawną, kolorową i mruczącą, futrzaną kulkę – w sam raz do głaskania dla Miluni.
Kilka dni spędziliśmy w jaskiniach – a w Słowackim Krasie jest ich dużo. Łącznie, byliśmy aż w trzech rodzajach jaskiń. Tradycyjnej wapiennej, lodowej i aragonitowej.
Jaskinia Gombasecka to jedna z dwóch jaskiń „tradycyjnych”, o wapiennej szacie naciekowej. Trzy kolory nadają jej trzy tlenki: wapnia (biały), żelaza (czerwony) i manganu (czarny). Najbardziej godnym zapamiętania elementem z tej jaskini są długie i cienkie stalaktyty, zwane przez przewodniczkę „spaghetti”. Zdjęcia z Gombaseckiej najlepiej można obejrzeć w serwisie Správy slovenských jaskýň.
Podobna do Gombaseckiej jest Jaskinia Domica. Ma bogatszą szatę naciekową, bardzo ładne podziemne jeziorka, a także dodatkową atrakcję: pływanie po jeziorku. Domica łączy się w jeden ciąg z jaskiniami w Aggtelek po węgierskiej stronie, do których wszelako nie wchodziliśmy. W galerii internetowej warto zwrócić uwagę na Rimske kupele – podziemne, tarasowe jeziorka, coś jakby Pamukkale pod ziemią.
Unikatem na skalę światową jest Ochtinska Jaskinia Aragonitowa. Aragonit – węglan gipsu (CaCO3) – tworzy fantastyczne formy, zupełnie różne od tradycyjnej, wapiennej szaty naciekowej. Białe, krystaliczne „korale” wystają ze ścian i sufitów, tworząc igły, trawy, a nawet całe podobne do koralowców narośla na ścianach. Nawet zdjęcia na słowackim serwerze nie oddają w pełni niesamowitego piękna aragonitowych igieł i traw. Tutaj, w odróżnieniu od innych jaskiń, z dwudziestoosobową grupą wchodzi aż czworo osób z obsługi w celu pilnowania turystów, by nie niszczyli delikatnej rzeźby, zaś cała jaskinia objęta jest systemem monitoringu kamerami przemysłowymi.
Nic natomiast nie da się zniszczyć ani stworzyć w Dobšinskiej Jaskini Lodowej (Dobšinská ľadová jaskyň). Parę metrów pod ziemią zaczyna się prawdziwy lodowiec – najpierw idzie się po nim, a potem w nim, korytarzami wytopionymi w lodzie. Szata tej jaskini buduje się i odtwarza co roku. W ogóle niesamowitym wrażeniem jest przygotowanie się, a potem zejście w świat lodowego piękna z doliny i parkingu, na których panowała temperatura pod 30 stopni. Mnogość gości z różnych krajów świadczy, że nie tylko my doceniliśmy surowe piękno jaskini Dobšinskiej.
Aby dać dzieciom jakieś urozmaicenie, jednego dnia wybraliśmy do Liptovskiego Mikulasa do Tatralandii. Tatralandię – sądząc z liczby Polaków na miejscu – odwiedzili już chyba wszyscy nasi rodacy, ale na wszelki wypadek jeszcze krótki opis. To rozległy park rozrywkowy, w większości pod gołym niebem, składający się z dużego Aquaparku i atrakcji na jego terenie – np. nadmuchiwanych zamków, szachów, labiryntu, placu zabaw, itd. Jest to dość drogie (490 koron za dorosłą osobę, niewiele mniej za dziecko), ale za to po uiszczeniu tej ceny wszystkie inne atrakcje (z wyjątkiem świata saun) są bezpłatne.
Miejsca jest sporo, jednak o godzinie, o której byliśmy i w środku wakacji masa ludzi uniemożliwiała skorzystanie z najatrakcyjniejszych zjeżdżalni. Mimo to, bawiliśmy się dobrze, chlapiąc w wodzie, wariując na dostępniejszych zjeżdżalniach (z Milunią, która nie chciała odpuścić) i do woli korzystając z dmuchanych zabawek.
Obok znajduje się jeszcze „małpi gaj” i miasteczko westernowe, ale tam nie byliśmy. Uroku miejscu dodaje panorama Tatr Zachodnich oraz Niskich Tatr, doskonale widocznych z obu stron Aquaparku. W drodze powrotnej nie odmówiliśmy sfotografowania kilku widoczków na Tatry Wysokie, przede wszystkim Krywań, z bardzo malowniczo położonego cmentarza wojskowego. Szkoda, że tak piękne miejsce zarezerwowano dla poległych hitlerowskich okupantów, a nie np. słowackich powstańców.
Zwiedziliśmy Dolinę Zadielską, monumentalny, wapienny wąwóz na zachód od Rožňavy. Imponujące, niemal pionowe ściany wznoszą się po obu stronach drogi idącej środkiem, tuż obok zimnego i wartkiego potoku. Przeszliśmy doliną w górę, a wróciliśmy górą – płaskowyżem, na którym można było spotkać motyle, obserwować zjawiska krasowe i podjeść dzikich truskawek.
Odbyliśmy też jedną krótką, ale bardzo ładną wycieczkę do Słowackiego Raju. Jednym z południowych wąwozów – Zejmarską Roklinę. Dzień był wyjątkowo upalny, ale nie przeszkadzało to w ogóle – w dolinie ochładzanej potokiem o stałej temperaturze 4 stopnie, ograniczonej skalnymi ścianami i zadaszonej baldachimem liści panował przyjemny chłodek i w górę szło się naprawdę fajnie. Nawet Milunia, raczej niechętna nosidełku, w Zejmarskiej Roklinie nie protestowała – w szczególności na emocjonujących drabinkach. Najlepiej sprawował się Jaś, bardzo samodzielny, odważny i zdyscyplinowany. Z obszernej polany Geravy zjechaliśmy na dół (a kawałkami w górę) wyciągiem krzesełkowym – a Milunia, siedząc na kolanach Kuby, wołała „ahoj!” do wszystkich mijanych.
Nad Krasnohorskim Podhradiem rozciąga się bardzo ładny zamek Krasna Horka, doskonale widoczny z naszego tarasu. Odwiedziliśmy go któregoś popołudnia; największe wrażenie zrobił na nas trebouchet pieczołowicie odrestaurowany poniżej oraz armata stojąca przed bramą. Jednak przyszliśmy za późno, żeby wejść do środka, a w sumie nie mieliśmy nawet wielkiej ochoty na jego zwiedzanie – stąd poprzestaliśmy na panoramie Krasnohorskiego Podhradia.
I wreszcie słowo należy poświęcić Koszycom. Centrum miasta – pieczołowicie odrestaurowywane od kilku lat i jeszcze nie skończone – olśniewa swoim pięknem. Wspaniała katedra oraz teatr dzielą na pół szeroki trakt, ze skwerem, rzeźbami i... grającą fontanną. Jaś i Milunia byli nią zachwyceni, tym bardziej, że dzień był upalny i człowiek miał ochotę po prostu wskoczyć do tej wody.
Z atrakcji przyrodniczych na szczególną uwagę zasługuje pewien gatunek rogacizny, który codziennie spotykaliśmy na naszej drodze.
Odwiedziliśmy jeszcze palac Andrassych w Betliarze koło Rožňavy, ale jakoś nie zapisał się nam w pamięci – bogato, jak wszędzie u magnaterii.
Kemping, na którym byliśmy, znajduje się w miejscowości Balatonakali, na północnym brzegu Balatonu, w około połowie jego długości, na południe od półwyspu Tihany. Jest nieduży, choć nie jakiś kameralny – mieści kilkaset osób. Ułożony jest między linią kolejową idącą wzdłuż Balatonu a jego wybrzeżem na długości około trzystu metrów. Oprócz parcel, na których można rozbić namioty lub postawić przyczepy (wszystkich oznaczonych), na kempingu znajduje się dosłownie kilka (cztery albo pięć) stacjonarnych domków-przyczep. Można więc zdecydować się na pobyt albo z własnym namiotem, albo w przyczepie – ale w tym drugim przypadku na pewno trzeba zarezerwować pobyt dużo wcześniej.
Jeśli chodzi o warunki na samym kempingu to są one przyzwoite. Na kempingu jest plac zabaw dla dzieci z huśtawkami i „domkiem na kurzej łapce” – cały wysypany piaskiem. Niestety, plac nie jest zacieniony, w związku z czym korzystanie z niego w godzinach słonecznego skwaru (czyli od mniej więcej 10-tej do mniej więcej 17-tej) jest bardzo problematyczne.
W obrębie kempingu znajduje się też mały, lecz dobrze zaopatrzony sklepik oraz restauracjo-kawiarnia, która serwuje głównie kawę, piwo i urok swojego kelnera, bo na prośbę o podanie dania z karty odpowiedź na ogół brzmiała „nie ma”.
Około 70% gości stanowili Niemcy i Holendrzy – wciśnięci między nich oraz Belgów czuliśmy się jak... Luksemburg. Te dwie pierwsze nacje dominowały na kempingu, także pod względem hałaśliwości. Niestety, byliśmy jedynymi gośćmi i Jasiowi bardzo brakowało polskojęzycznego towarzystwa. Wiekowo wyróżniały się dwie grupy: emeryci (głównie z Niemiec i Holandii) oraz rodziny z dziećmi od 5 do 25 lat.
Dwa słowa należy poświęcić obsłudze kempingu. Panie w recepcji były raczej nieuprzejme, nie mówiły w żadnym języku poza węgierskim i niemieckim (choć jedna twierdziła że zna angielski a druga włoski – obie informacje zweryfikowaliśmy, ze skutkiem negatywnym), a na końcu wycięły nam numer, który woła o pomstę do nieba. Otóż mimo, że wymeldowaliśmy się o 12:35 policzyły nam pełną cenę za następną dobę (w przeliczeniu: prawie 100 zł). Prawo było po ich stronie – było po 12-tej, ale sporo jeździliśmy po świecie, wszędzie obowiązywała taka zasada, ale nigdzie nie stosowano jej równie literalnie. Przede wszystkim zaś wszędzie rozumiano, że satysfakcja klienta jest ważniejsza od paru złotych zarobku. Ciśnie się na usta słowo: „buractwo”.
Dostęp do wody zapewniają dwa pomosty wchodzące na kilkanaście metrów w wodę oraz dwa schodkowe zejścia przy brzegu. Kto był nad Balatonem ten wie – dno jeziora jest muliste i kamieniste, nieprzyjemne, zaś dno bardzo wolno schodzi w dół i niestety trzeba odejść ładne kilkadziesiąt metrów po tym dnie, żeby móc popływać. Woda w jeziorze była bardzo ciepła, choć niestety mętna i pełna wodorostów. Sporo było też w niej „życia”, np. pływały zaskrońce i pijawki, co nie każdemu może się podobać.
Największym utrapieniem były pociągi przejeżdżające tuż za płotem, które stawiały nas co rano na nogi. Zaczynały około piątej rano; kończyły po jedenastej – nawet Jaś wypowiedział pamiętne zdanie: „Najzimniej jest w porze pierwszego pociągu”, które świadczy o tym, że i on się budził na każdy przejeżdżający skład – choć przecież wstawaliśmy wcześnie, bo około siódmej.
Podsumowując wszystkie za i przeciw, zmuszeni jesteśmy jednak ocenić kemping nad Balatonem negatywnie. Minusy – wysokie ceny, naprawdę uciążliwy hałas przejeżdżających pociągów, chamska obsługa i kiepskie zejście do wody (przede wszystkim niedostępne dla dzieci) – dominują nad plusami (czyste sanitariaty, animacja, rodzinny charakter kempingu). Ale chyba najbardziej na negatywnej ocenie zaważył „niemiecki” charakter kempingu: wydzielone parcele, anteny satelitarne przy emeryckich przyczepach, regulaminy, sztywne godziny sjesty, itd. Preferujemy pod tym względem kempingi chorwackie, bardziej „wyluzowane” i o przyjaźniejszej atmosferze.
Podczas pobytu nad Balatonem nie robiliśmy żadnej wycieczki, praktycznie cały czas bycząc się na trawie i na pomoście oraz wariując w wodzie, która była ciepła jak zupa. Humor zepsuły nam trochę drobne infekcje Jasia i Ani, które sprawiły, że jeden dzień każde z nich miało „wycięty z życiorysu”.
Mimo wcześniejszych zapowiedzi, nie pojechaliśmy na Liptów. Ale dość mieliśmy leniuchowania nad wodą, na ostatni dzień wróciliśmy jeszcze w góry – tym razem polskie. Po wyjeździe znad Balatonu zanocowaliśmy w Zwardoniu, a potem pojechaliśmy do Wisły na krótką wycieczkę wzdłuż Białej Wisełki – do tzw. Kaskad Rodła. Wycieczka była w sam raz i nawet nam się podobała.
Nocleg w Zwardoniu przyprawił nas o pewną refleksję. Otóż do naszej dyspozycji zostały oddane dwa pokoje 4x3 metry, ze starymi tapczanami, brudną wykładziną, z nieciekawą łazienką w korytarzu. Wszystko było ciemne, stare i stęchłe, a bez pościeli kosztowało 10 zł / osobę za dobę. U Žanety za dwa razy większe pieniądze mieliśmy luksusowy apartament, sad, telewizję satelitarną, kącik kuchenny – wszystko nowe, czyste i pachnące. Zagadka brzmi: gdzie pojedzie polski turysta, do Zwardonia czy do Žanety?
Cichym bohaterem naszej wycieczki był nasz Citroen Xsara Picasso, który przejechał z nami 4.5 tys. kilometrów i w najmniejszy sposób nie zawiódł. A oto specjalny uśmiech z nim i dla niego.
Gdyby chcieć powiedzieć coś szczególnego o tym wyjeździe, to folgowaliśmy sobie pod względem kulinarnym. Zarówno na Słowacji jak i na Węgrzech stołowaliśmy się w restauracjach. Przez dwa tygodnie naszego pobytu bodaj tylko jednego dnia nie jedliśmy w knajpie.
„U Železneho Grofa” w Kranoshorskim Podhradiu – z czystym sumieniem możemy polecić bryndzowe pirohy oraz mięsa. Jednego dnia zjedliśmy także tradycyjne słowackie kluseczki – haluszki. „Bistro Erika” w Rožňavie– także godne polecenia są bryndzowe pirohy i gulasz segedynski, ale – uwaga – obsługa pozostawia wiele do życzenia. Pani Erika zapomniała nam przynieść jedne hranolky, ale jakoś nie zapomniała umieścić ich na rachunku. Per saldo więc nie polecamy. Z czystym sumieniem możemy natomiast polecić pizzerię na rynku w Rožňavie – było dobre jedzenie, choć nietanie. Sąsiednia Tri Ruže oferuje niezłe słodycze.
Zaułki Koszyc pełne są urokliwych miejsc i fajnych knajp – my polecamy „U Starej Mamy”, wymienioną zresztą w przewodniku wydawnictwa Bezdroża. Zjedliśmy tam smacznie i tanio.
Nad Balatonem właściwie wszędzie jadaliśmy znakomicie. W niedalekiej miejscowości Dörgicsa jest świetnie urządzona restauracja „Granarius”. To stary spichlerz – na dole i w ogrodzie mieści się knajpa, na górze zaś – mini-muzeum. Oprócz tego, w ogrodzie jest mały plac zabaw i klatka z królikami. Żarcie było znakomite, tylko niestety bardzo długo musieliśmy na nie czekać.
Dwa razy natomiast zjedliśmy w restauracji w miejscowości Revfülop. Trzeba zjechać drogą na Tapolca i po około 300 metrach, dość wysoko, za sklepem Coop skręcić w wąską drogę za znakami na Eterem (restaurację). Jest położona dość wysoko, ma świetny widok, a jedzenie jest tam znakomite – w szczególności grill. Byliśmy tam dwa razy i Milunia zaprzyjaźniła się raz z córką kelnerki, Kiti, a potem z lokalnym kotem-dachowcem. Charakterystyczna rzecz to ‘vinoteka’, w której można się zaopatrzyć w kanisterek domowego wina lanego prosto z kadzi.
Znakomicie także zjedliśmy w miejscowości Köveskál, Było tam bardzo miło, a klimatu dodawał piec stojący w środku restauracyjnego patio. Szkoda tylko, że nasza kelnerka nie mówiła po angielsku i nie przyniosła zamówionej faszerowanej papryki. W każdym razie, był tam śliczny kącik do zabawy dla dzieci.
Generalna rada dla wszystkich wyjeżdżających na Węgry: tylko niemiecki. Po niemiecku mówią wszyscy, po angielsku – mało kto. To trochę wynik wielu niemieckich i austriackich turystów przyjeżdżających nad Balaton, a trochę spadek po CK monarchii. Na dogadanie się z Węgrem (tak jak człowiek dogada się z Czechem, Chorwatem czy nawet Bułgarem) nie ma co liczyć. Ich język jest po prostu zupełnie, zupełnie inny, czego dowodzi tablica powitalna na kempingu.
Jak zwykle, najcenniejsze jest to, co człowiek przywozi pod powiekami; obrazy, które zostają mu na zawsze, których nie zdołał uchwycić aparatem, ale które będą zawsze wracać, kiedy wspomni o tej wyprawie. Pierwszy to przejazd przez miejscowość ... na południe od Popradu. Wzdłuż całej wioski, co mniej więcej 10 metrów stali Cyganie nachylając ku jadącym samochodom wiaderka pełne jagód. Przez całą wieś stała ich może setka, a może nawet więcej. Sporadycznie zdarzały się też maliny. Potem dopiero Žaneta wyjaśniła nam, że Cyganie w większości utrzymują się z pomocy socjalnej, która wypłacana jest 18-tego („i my wtedy wiemy, żeby w tym dniu nie chodzić do Tesco, bo jest tam pełno Cyganów”). My zaś jechaliśmy przez wieś w sobotni wieczór 16-tego, kiedy pieniądze z poprzedniego miesiąca się już skończyły, a nowe się jeszcze nie pojawiły.
Druga to ludzie. Nie czujemy się jakoś staro i myślimy, że wiek człowieka dorosłego najlepiej jest oceniać po wieku jego dzieci. Otóż na kempingu w Balatonakali było trochę dzieci w wieku naszego Jasia, ale żadne z ich rodziców nie wyglądało tak jak my. Ci ludzie wyglądali 10 lat starzej – obwisłe brzuchy, siwe włosy, całe dnie spędzane w hamaku... czy to oni są tacy dziwni czy my? Żaden inny tata nie bawił się z synem w zrzucanie z pomostu ani nie wskakiwał jak wariat do wody – tylko Kuba. Czy to my jesteśmy nienormalni czy świat?
Trzeci obrazek to synagoga w Sencu. Zatrzymaliśmy się miejscowości Senec paręnaście kilometrów od Bratysławy na obiad. Obok nowoczesnej i właśnie przebudowywanej ulicy znajdowała się stara synagoga – wyglądała jak z alternatywnego wszechświata, zrujnowany, ale nadal pełen majestatu budynek przypominający o licznej i prężnej niegdyś wspólnocie żydowskiej Senca, której Hitler wraz z ks. Tiso pomógł przenieść się na tamten świat.
I wreszcie czwarty to miejsce, w którym można zostać socjalistą. Zamek Andrassych w Betliarze jest świadectwem bezsensownego zbytku, w jakim żyła magnateria przez kilka stuleci. Stoliki, szkatułeczki chińskie, miseczki japońskie, egipskie wazy, francuskie meble, srebrne zastawy z Wiednia, kilkanaście strzelb wielmoży do polowań (każda na inną zwierzynę) i wypchana krokodyla rodzina. Uff, słabo się robi na myśl o tym, jak wielu ludzi musiało ciężko pracować na zbytki jaśnie państwa.