Słowacki Raj

Relacja z podróży między 27 kwietnia a 04 maja 2001

 

 

Organizacja i dojazd

Miejsce polecili nam nasi znajomi, Paulina i Artur, którzy byli tam w ubiegłym roku. Napisaliśmy do Pensjonatu „Nemo” w Spiskiej Nowej Wsi z prośbą o rezerwację domku. Odpowiedź mieliśmy praktycznie błyskawicznie, a jedyną wadą było to, że Jasia, który jeszcze nie skończył 3 lat, potraktowano jako dorosłą osobę. Na Słowacji byliśmy razem z naszymi przyjaciółmi, Zuzą i Tomkiem Huminiakami. Dojazd do Słowackiego Raju to temat sam w sobie. Z Opola wyruszyliśmy rano, przez Racibórz i Chałupki. Tuż przed czeską granicą w panice zjedliśmy prawie wszystkie bułki z szynką wzięte na drogę, obawiając się, że Czesi karzą nam je wyrzucić w obawie przed pryszczycą, BSE czy inną chorobą szalonych urzędników.

Nasza trasa wiodła przez Zaolzie (stamtąd pochodzi gwiazda polskiej sceny, Halinka Mlynkova vel Młynek), dość ponury pejzaż socjalistycznych blokowisk oraz hut i kopalni. Kolejną tego dnia granicę, młodą, bo czesko-słowacką, przekroczyliśmy około południa. Jaś był bardzo szczęśliwy, kiedy mógł pani celniczce podać swój paszport.

Trasa przez Słowację jest bardzo malownicza. Za Žiliną, brzydkim, przemysłowym miastem, skierowaliśmy się na wschód. Kręta, choć szeroka i ładna widokowo droga wiodła przełomem rzeki (Orawy, o ile się nie mylę) przez Fatrę – nieduże, choć bardzo skaliste góry. Mała Fatra, na północ od drogi, to jeden z ulubionych terenów wspinaczek skałkowych. Nad drogą wznoszą się stare zamczyska, których niestety nie mieliśmy czasu odwiedzić. Na odcinku około 80 km jest autostrada, trzeba mieć winietkę (60 KS tygodniowa).

Niestety, tuż za Popradem zabłądziliśmy. Winny byłem ja, choć część winy ponosi też atlas Tomka. Napis Spišska Nova Ves znajduje się dokładnie pośrodku między dwoma kółeczkami oznaczającymi miasta. Prowadziłem na nie to kółko co trzeba. Skutkiem było nadrobienie ze 30 km, ale za to mieliśmy piękny przejazd przez serce Słowackiego Raju – Dedinki, Vernar i Mlynky.

Pan z pensjonatu „Nemo” zakwaterował nas w pięknej chatce na skraju miejscowości Smižany. Domek był piękny, dwie sypialnie na pięterku, duży pokój na dole, kącik kuchenny, czysta łazienka i osobno toaleta (ciasna). Do tego weranda i dość duży obszar otoczony żywopłotem. Garaż pod dachem, miejsce na ognisko i pieniek do rąbania drewna – element czysto ozdobny, bo drewutnia była pełna narąbanego drewna (cienkie drzazgi, większe polana, kłody i naprawdę solidne kawałki pieńków, wedle życzenia). A wszystko za jedyne 250 KS (ok. 20 zł) na osobę za dobę.

W pensjonacie wyposażono nas w czarną teczkę zawierającą zbór map, albumów i przewodników po okolicy. Bardzo nam się przydały, w szczególności mapa Słowackiego Raju 1 : 50 000 i przewodnik po trasach pieszych. W ciągu następnych dni posiłkowaliśmy się głównie informacjami z tych dwóch źródeł i okazywały się one wiarygodne i dokładne.

Tego wieczora odkryliśmy też knajpę „Nostalgia” na ulicy Letniej w Spiskiej Nowej Wsi. Bardzo miła obsługa, bardzo dobre jedzenie i ogródek w pobliżu fontanny sprawiły, że polubiliśmy to miejsce i podczas naszego sześciodniowego pobytu odwiedziliśmy je aż trzy razy.

Dzień pierwszy

Poranek powitał nas piękną pogodą. Pojechaliśmy do miejsca zwanego Podlesok, zostawiliśmy samochód na parkingu (40 KS) i weszliśmy do Parku Narodowego (20 KS osoba).

Nie mam pojęcia skąd nazwa wąwozu Sucha Bela, który mieliśmy tego dnia w planach. Bele, owszem, są, w dużych ilościach, ale ani jedna nie była sucha. Wszystkie były mokre i trzeba było bardzo uważać, jak stawiało się na nich nogi. Do łez rozczuliła nas w pewnym momencie pani, która po przejściu 200 m postanowiła zawrócić i zmienić buty na suche (do przejścia było jeszcze jakieś 4 km, większa część korytem potoku).

W ogóle najważniejsze były buty. My, za radą naszego kolegi Artura, kupiliśmy sobie nowe buty terenowe, dość drogie, ale warto było. Kamienie, na których przychodziło nam stawać, były często bardzo śliskie, a niektóre miejsca przepaściste. Pewnie trzymająca się stopa bardzo nam pomagała. Problemu butów nie miał oczywiście Jaś, który większość drogi pokonał na moich plecach, w nosidełku. Najbardziej podobały mu się wodospady („jaka wielka maszyna” – powiedział na spadającą z łoskotem wodę) i chybotliwe drabinki.

Wejście wąwozem (rokliną) Sucha Bela zajęło nam ze trzy godziny, pod koniec byliśmy nieźle zmęczeni. Od szczytu wąwozu poszliśmy na Klaštorisko. To rozległa polana na przełęczy w środku Słowackiego Raju. Znajduje się na niej schronisko (dają tam dobry gulasz i kiepskie frytki) oraz ruiny klasztoru Kartuzów (stąd nazwa). Roztacza się też piękny widok na Tatry, jeszcze zaśnieżone o tej porze roku, który turyści kontemplowali rozłożeni na łące, grzejąc się na wiosennym słonku.

W drodze powrotnej zleciliśmy Jasiowi bardzo odpowiedzialne zadanie: pilnowanie szlaku. Szedł więc za rękę, albo podróżował na barana i co chwilę krzyczał „Szlak! Szlak! Mamusiu, patrz, szlak! Tatusiu, szlak!” – a my co chwilę mówiliśmy mu, że bez jego spostrzegawczości na pewno byśmy zabłądzili.

Dzień drugi

W drugim dniu zaplanowaliśmy przełom Hornadu. Rzeka Hornad przebija się przez północną część Słowackiego Raju kanionem głębokim momentami na kilkaset metrów. Szlak prowadzi ścieżką a to po jednej, a to po drugiej stronie rzeki. Gdzieniegdzie brzegi łączą wiszące, chybotliwe mostki przerzucone nad spienionym nurtem. Miejscami skały nad Hornadem zwieszają się na tyle blisko, że szlak wiedzie po stalowych półeczkach – takich jak półki na bagaże w pociągach – a do trzymania jest tylko łańcuch. W takich miejscach Jaś trochę się chyba bał, tym bardziej wtedy, gdy stalowe półeczki przymocowane były wysoko, kilkanaście metrów nad wodą, a żeby przejść po nich, trzeba się było trochę odchylić od skały.

Z nieba lał się żar, tak jak poprzedniego dnia. Na szczęście tego dnia zostawiliśmy już polary w samochodzie. Po drodze spotykaliśmy mnóstwo turystów, z całego świata (był pierwszy maja, święto w Polsce, na Słowacji, Węgrzech i  chyba także w Czechach). W połowie długości przełomu, przy kamiennym moście i małym osiedlu dacz większość turystów odbiła na Klaštorską Roklinę (na południe), a my poszliśmy na północny zachód. Zaczęliśmy się wspinać w górę (Jaś całą drogę szedł sam!). Po około czterdziestu minutach byliśmy na grzebiecie. Hornad był teraz małą niteczką snującą się w dole, a nas bardziej przygrzewało popołudniowe słońce. Droga powrotna byłaby nawet nieciekawa, gdyby nie jedna przygoda. W lesie napotkaliśmy grupkę Cyganów, chłopców może szesnastoletnich, zbierających chrust. Przechodziliśmy we czworo, ich też było czterech i każdy z nich każde z nas prosił o jakieś pieniądze. Nieco się dziwiliśmy, trochę byliśmy skrępowani, a także, na swój sposób, podziwialiśmy ich wytrwałość, bo cztery razy cztery to szesnaście próśb, choć trafień mieli zero.

Tego wieczora po raz pierwszy rozpaliliśmy koło naszego domku ognisko i zrobiliśmy sobie pyszne kiełbaski. Przy okazji Tomasz odkrył bardzo ciekawą rzecz: sprawozdanie z wyborów przewodniczącego młodzieżowej organizacji komunistycznej. Przejrzeliśmy pierwsze dwie strony – zawierały głównie obowiązkowe odniesienia do ponadczasowych idei marksizmu-leninizmu i zapewnienia o niezłomności młodzieży w dalszym doskonaleniu socjalizmu. Najciekawsza była data: 29 sierpnia 1989. W Polsce było wtedy już po czerwcowych wyborach; Mazowiecki był już premierem, tworzyły się wolne media, a Słowacy w najlepsze wybierali sobie młodzieżowego sekretarza. Kto wie, może był nim nasz gospodarz, pan Karlovsky? Ciekawe, gdyby historia u nich potoczyła się tak samo jak u nas, to czy ów sekretarz jest dziś szanowanym działaczem socjaldemokracji odwołującej się do Blaira i Schroedera, czy raczej biznesmenem robiącym kokosowe interesy na styku państwowego i prywatnego.

Dzień trzeci

Tego dnia postanowiliśmy sobie zrobić mały odpoczynek. Pojechaliśmy więc do Zamku Spiskiego (Spišsky Hrad). Jego imponujące rozmiary i malownicze położenie dosłownie zwaliły nas z nóg. Zamczysko jest rozłożone na szczycie góry, z najważniejszą, warowną częścią wysuniętą na skalisty cypel. Z wieży roztacza się wspaniały widok, prawie na cały Spisz oraz majestatycznie wznoszące się, ośnieżone szczyty Tatr.

Sam zamek, a właściwie jego ruiny, wraz z murami obronnymi i podgrodziem są bardzo duże. W przewodniku piszą, że to jeden z największych w Europie – zapewne tak właśnie jest. Opłata za wstęp (bodaj 50 KS, ale nie dam głowy) była  w pełni uzasadniona. Oprócz flanek, komnat i wieży, do zwiedzania jest jeszcze muzeum. Można w nim obejrzeć armaty, zbroje, ale także oryginalne dyby (na Jasiu bardzo duże wrażenie zrobiła informacja, że „pan był niegrzeczny i dlatego kazali mu siedzieć”). Imponująca była też kolekcja starej broni, choć nie tak, jak ta zgromadzona na zamku Kost w Czeskim Raju.

W ruinach byli praktycznie sami Polacy – na Słowacji i w ościennych krajach był to zwykły dzień pracy. Miało to być już regułą przez wszystkie pozostałe dni. Pewnego wieczora, odjeżdżając z parkingu w Podlesoku długo szukaliśmy wśród dziesiątków samochodów jednego na obcej rejestracji. Znaleźliśmy – jeden! .

Niestety, tego popołudnia nie udało się nam wykąpać w kąpieliskach miejscowości Vrbov. Przewodnik z czarnej teczki pensjonatu „Nemo” zachwalał baseny, ale zapomniał wspomnieć, że są one odkryte i otwiera się je 15 czerwca. Wciąż spragnieni pływania, pojechaliśmy do Spiskiej Nowej Wsi, gdzie poszliśmy na miejscową krytą pływalnię. Na oko późny Gierek, zarówno szatnie jak i sam basen. Zasadniczą zaletą był fakt, że był duży i tani (40 KS wstęp), wadą – zimna woda i brak atrakcji dla dzieci.

Tego wieczora pojechaliśmy do hotelu Čingov, żeby zamówić sobie saunę. Udało się zarezerwować ją na dzień następny, na godzinkę. Wtedy popełniliśmy błąd – poszliśmy do hotelowej restauracji. Bardzo długo czekaliśmy na jedzenie, było ono w zasadzie niedobre (z wyjątkiem pstrąga, którego zamówiła Zuza; ten zaś miał taką wadę, że był piekielnie drogi), a potem równie długo aż pani raczy przynieść rachunek. Jedyną zaletą restauracji hotelowej była fontanna i kamyki, gdzie bardzo fajnie bawił się Jaś.

Dzień czwarty

Po dniu względnego odpoczynku mieliśmy chęć na naprawdę solidne danie sobie w kość. Pojechaliśmy znowu na parking Podlesok i poszliśmy zielonym szlakiem, wzdłuż przepięknego strumienia, do miejscowości Pila. Niestety, kawałek naszej trasy wiódł zwykłą, asfaltową drogą, po której jeździły samochody.

Wąwóz Stredne Pecky jest położony nieco na uboczu. Choć ustępuje innym roklinom Słowackiego Raju długością, to nie urodą. „Gwóźdź programu” stanowią dwa wodospady – Velky i Terasovy. Oba są doprawdy imponujące, w szczególności ten pierwszy, wzdłuż którego idzie kilkunastometrowa drabinka, kończąca się łańcuchami i półeczkami. Jaś w nosidełku na plecach zaniemówił z wrażenia, a najbardziej chyba podobała mu się woda pryskająca niczym deszcz na nasze głowy podczas wspinaczki po drabinkach.

Tego dnia upał naprawdę dawał się we znaki. Byliśmy generalnie zadowoleni z pogody, kto by nie był, przecież przez cały czas było słońce, ale nagłe przestawienie z kwietniowych mrozów na upały pierwszych dni maja trochę nas wytrąciło z rytmu. Pociliśmy się przez to niezmiernie, choć tego dnia prawdziwe pocenie się było jeszcze przed nami. Przyjechaliśmy pod hotel Čingov, parkingowy kazał nam ustawić samochód bardzo ciasno obok innego („żeby było miejsce dla innych”), a my poszliśmy do sauny (60 KS, cena od osoby, nie wiedzieć czemu). Sauna była w porządku, może z dokładnością do zbyt wąskiej ławeczki na dole. Zuza natomiast poszła na masaż, ale okazało się, że pani masażystka (sylwetka Agaty Wróbel, uśmiech Julii Roberts) nie będzie w stanie zrobić jej takiego masażu, jak Zuza chciała. Na dodatek Ania zacięła się pod prysznicem (nie otwierał się od środka) i Tomek musiał ją uwalniać. Gdy sądziliśmy, że to dość przygód z hotelem Čingov jak na jeden raz, zdarzyła się ta najśmieszniejsza. Po saunie poszliśmy na parking, gdzie czekała na nas... Skoda zastawiająca nasz samochód. Zaczęliśmy mieć pretensje do parkingowego, a ten pobiegł do hotelu. Chodziłem już zły jak osa, obiecując sobie solennie, że jeżeli w ciągu pięciu minut parkingowy nie znajdzie właściciela Skody, zrobię awanturę w recepcji. Po czterech i pół minucie z hotelu wyszedł parkingowy, a za nim... bosy Słowak, odziany wyłącznie w prześcieradła. „Tak mi kazali!” – powiedział przepraszająco, a my o mało co padaliśmy ze śmiechu.

Obiad w Spiskiej Nowej Wsi, w restauracji „Nostalgia”, wzbogacony o lody i mrożoną kawę, był ukoronowaniem tego pełnego wrażeń dnia. Wieczorne piwo w domku dodatkowo poprawiło nam humory.

Dzień piąty

Poprzedniego dnia postanowiliśmy, że pojedziemy do Tatrzańskiej Łomnicy i wjedziemy na Skalnate Pleso. Na szczęście byliśmy tam już z Anią wcześniej (podczas naszej podróży poślubnej w 1995 roku wjechaliśmy na sam szczyt Łomnicy). Nie poszliśmy więc na zwykłą kolejkę (visuta lanovka), ale na gondole (gondolkova draha, czy jakoś tak).

Należy dodać, że Tatry od strony słowackiej wyglądają zupełnie inaczej niż od polskiej. Po naszej stronie, wrażenia wysokogórskie są niejako stopniowane. Najpierw są pagórki Podhala, potem masyw Gubałówki, potem wjeżdżamy w kotlinę Zakopanego, z której dobrze widać pasmo szczytów reglowych, a Tatry właściwe giną gdzieś w oddali. Po stronie słowackiej jest głęboka i szeroka dolina, w której leży Poprad i inne miejscowości Podtatrza, a zaraz nad nimi wznoszą się tatrzańskie olbrzymy – Gerlach, Krywań, Łomnica, Kieżmarski Szczyt. Droga z Popradu na Smokovce, a potem na Tatrzańską Łomnicę prowadzi praktycznie cały czas pod górę, wprost ku szczytom. Trudno nawet w takich warunkach prowadzić samochód, wzrok sam ucieka gdzieś ku turniom.

Kiedy kolejka ruszyła, Jaś dosłownie i w przenośni odjechał. Przylepił się do szyby, rozpłaszczył nos na niej i nic nie mówiąc, z szeroko otwartymi oczami i ustami wpatrywał się w pejzaż z wagonika lecącego na wysokości kilkunastu metrów. Nie mniej podobała mu się stacja pośrednia, która z wagonika wyglądała jak czarna dziura, a w środku było mnóstwo kół zębatych i przekładni, które Jasia fascynowały równie mocno, co lot podwieszanym wagonikiem. Dał sobie tylko zrobić jedno zdjęcie z Zuzą i Tomkiem, za to śliczne.

Na górze, na wysokości ponad 1700 metrów, panowała jeszcze zima. Wokół kręcili się ludzie z nartami, chodził wyciąg krzesełkowy i w ogóle czuliśmy się jak w innym świecie. Pejzaż był zupełnie inny niż poniżej, gdzie panowało lato. Leżał śnieg, szczyty gór były okryte chmurami, a po jeziorku pływała kra. I choć nie było jakoś bardzo zimno, to długie spodnie i polary były jak najbardziej na miejscu.

Tego popołudnia chcieliśmy jeszcze przejść wąwóz w okolicach Dedinek, przez przewodnik szacowany na półtorej godziny, ale zrobiło się bardzo późno. Zdecydowaliśmy się więc na Tomašovsky Vyhlad, galerię widokową nad przełomem Hornadu, z panoramą na cały Słowacki Raj i Tatry. Tomek ubrał Jasia w swój kapelusik, co wszystkim bardzo się podobało. Popstrykaliśmy zdjęcia i zeszliśmy na dół.

Wieczorem czekała na nas jeszcze jedna przyjemność – kolacja przy ognisku, wraz ze smażonymi kiełbaskami, chlebem, ziemniakami pieczonymi w żarze oraz jabłkami przysmażanymi na wolnym ogniu. Te ostatnie szczególnie smakowały Jasiowi, który zresztą bardzo pomagał w przygotowaniu ogniska.

Powrót

Upał, który tak nam sprzyjał podczas pobytu, bardzo dał nam się we znaki podczas powrotu. Na dodatek był to piątek i słowackie drogi były zatłoczone ciężarówkami i autobusami – skąd my to znamy? Miła niespodziankę mieliśmy tylko tuż przed słowacko-czeskim przejściem granicznym. Na stacji benzynowej kupiliśmy atlas Europy, wreszcie taki, który nie kończy się na Węgrach i Słowenii, a obejmuje Rumunię, Bułgarię, całą byłą Jugosławię i Grecję. Nieprzyjemną – w Czechach, gdzie znaki nie przeprowadziły nas gładko przez Zaolzie. Gdzie nie skręciliśmy, znajdowaliśmy się w miejscowości Orlova, skąd znaki prowadziły tylko na Ostravę (do której za żadne skarby nie chcieliśmy wjeżdżać).

Wrażenia, wspomnienia

Tradycją jest, że wiosenne wyjazdy z Tomkiem i Zuzą udają się nam. Nawet z takimi doświadczeniami ten można uznać za więcej niż udany. Dopisała pogoda, domek był fantastyczny, a miejsce turystycznie bardzo ciekawe. Nie zwiedziliśmy, niestety, jaskiń w Dedinkach, bo jeszcze były zamknięte (czynne są od 15 maja). Nie „zaliczyliśmy” też największych i, podobno, najdzikszych wąwozów Słowackiego Raju – Velky Sokol i Sokolia Dolina. No i nie odwiedziliśmy miast Spiszu, w tym słynnej „Gotickiej Cesty”, drogi po zabytkach spiskiego gotyku. Pewnie wybierzemy się tam po raz kolejny, może bardziej „w sezonie”.

Łączne koszty (dwoje dorosłych, niespełna trzyletnie dziecko przez sześć dni) wyniosły około 1000 zł. Należy mieć świadomość, że nie odmawialiśmy sobie niczego (obiady w knajpach, sauna, benzyna). Do wąwozów można chodzić z małym dzieckiem, o ile można je nieść w nosidełku na plecach. Widzieliśmy też dzieci około ośmioletnie, które drabinki pokonywały same. Generalnie, w tym terenie znajdą się trasy dla każdego, polecamy więc Słowacki Raj zarówno starszym, jak i młodszym.

Miłego chodzenia!