Wizyta w Stanach Zjednoczonych 27.01.2001 – 03.02.2001
W Stanach byłem z ramienia redakcji tygodnika Computerworld, z którym stale współpracuję, a zapraszającym była firma Symantec.
To dziwne, ale PKP na tyle drogo życzy sobie za bilet na trasie Poznań – Warszawa, że była niewielka różnica między pociągiem a samolotem. Moja podróż do Stanów rozpoczęła się więc w zasadzie na poznańskiej Ławicy, gdzie wsiadłem na pokład Boeinga 737 do Warszawy. Tam od siostry dostałem paszport z wizą, a potem już leciałem do Londynu. W samolocie spotkałem się z pozostałymi uczestnikami, tj. Józefem Muszyńskim z NetWorlda i Wojciechem Gryciukiem z TeleInfo. To niesamowite, ale z góry widziałem Poznań, bardzo dokładnie poznałem topografię miasta. Było około 10-tej, więc akurat Ania z Jasiem wychodzili na spacer więc im pomachałem :)! Mieliśmy z samolotu piękne widoki na Londyn, z Tower Bridge, London Bridge, Whitehall i bankrutującą Millenium Dome. Na Heathrow największe wrażenie zrobiła na mnie kolejka – dosłownie! – samolotów oczekujących na lądowanie. W powietrzu widać było przynajmniej trzy potężne maszyny podchodzące do pasa, jedna za drugą. Tłok panuje tam niesamowity!
Na lotnisku mieliśmy dwie godziny, więc kupiłem sobie przewodnik po Kalifornii – ładny, ze zdjęciami, bardzo mi się przydał. Potem wsiedliśmy do potężnego Jumbo Jeta i polecieliśmy do San Francisco. Wylot mieliśmy około 14-tej, a przylot był zaplanowany na 16-tą. W sumie podróż trwała ponad 10 godzin, przez cały czas w dzień. To chyba był najdłuższy zachód słońca, jaki widziałem – zaczął się nad Szkocją, a skończył nad Pacyfikiem. Lecieliśmy nad Anglią, Szkocją (tam zaczął się śnieg) i szkockimi wyspami. Niedługo potem dotarliśmy nad Grenlandię, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie – wysokie góry, a między nimi rzeki lodowców. Urozmaicenie stanowił znowu brzeg, gdzie widać było morze, krę i góry lodowe dryfujące po oceanie. Pogrążyłem się w lekturze i gdy znowu wyjrzałem za okno, pod nami była bezkresna, biała połać lodu poprzecinana gdzieniegdzie szczelinami i spiętrzeniami kry. To, jak sądzę, była Zatoka Hudsona. Pooglądałem chwilę, a potem zacząłem oglądać na małym telewizorku w oparciu fotela przede mnę klasyczną komedię „Pół żartem pół serio”. Kiedy potem spojrzałem za okno, pod nami była już chyba kanadyjska część Wielkich Równin. Pojawiły się domostwa i drogi, tworzące równą kratkę w osi północ-południe. Oderwałem się od telewizji i lektur, bo pejzaż robił się coraz ciekawszy. Nadlecieliśmy nad Góry Skaliste – bezkresne morze szczytów wysokości Alp, ale znacznie, znacznie większe. Góry i granie były ośnieżone, a w dolinach widać było lasy iglaste. Od czasu do czasu widok urozmaicała autostrada biegnąca tunelami i estakadami albo rzeka, poprzecinana zaporami i tworząca sztuczne jeziora.
Morze szczytów skończyło się, a na północy zamajaczyły pojedyncze wulkany. Wiedziałem, że nadlatujemy nad Kalifornię, bo pod spodem pojawiły się całkiem płaskie pustynie, z rzadka przecinane prostymi jak drut drogami. Niedługo potem zobaczyłem Pacyfik, a samolot zaczął zwalniać i schodzić w dół. Moim oczom ukazała się aglomeracja Bay Area, zatoka San Francisco, a samolot zaczął podchodzić do lądowania. Chwilę później samolot wylądował na lotnisku San Francisco International, a moje stopy dotknęły po raz pierwszy ziemi Nowego Świata.
Miałem pecha na lotnisku, bo natknąłem się na Chinkę-służbistkę. Wyszedłem prawie ostatni, a cała trudność polegała na tym, że musiałem po kilka razy odpowiadać na te same, bezsensowne pytania. Ale w sumie było to tylko uciążliwe, a gdy wyjechała moja torba, natychmiast poszliśmy do wyjścia, gdzie czekał na nas kierowca, który odwiózł nas do hotelu. To było niesamowite wrażenie, jechać autostradą przez Krzemową Dolinę, widzieć wokół nazwy miejscowości znane z legend (jak Palo Alto, Menlo Park, Cupertino, Mountain View) i siedziby największych firm informatycznych świata. Czułem się trochę jak dziecko, wrzucone w sam środek bajek, które opowiadano mu na dobranoc. Tak jakbym zobaczył nagle żywego Czerwonego Kapturka, Smoka Wawelskiego i Królewnę Śniezkę.
W hotelu czekała na nas Magda Sawicka z Symanteca. Wieczorem poszliśmy jeszcze do chińskiej knajpy, gdzie było super jedzenie. Jednak rozmowa nie kleiła się, byliśmy już wszyscy wykończeni – wszak od Kalifornii dzieli nas 9 godzin, byliśmy więc jakby po nieprzespanym dniu, nocy i jeszcze kawałku dnia.
Na niedzielę mieliśmy zaplanowane zwiedzanie San Francisco. Jeden dzień to oczywiście za mało, żeby zobaczyć miasto, ale można odwiedzić przynajmniej największe jego atrakcje. Pojechaliśmy z rana wynajętym busikiem z Cupertino do San Francisco, na Pier 39 i Fisherman’s Wharf. To taki typowo turystyczny pasaż – kafejki, sklepy z zabawkami. Najfajniejsze chyba były lwy morskie, które wylegiwały się na specjalnie dla nich przygotowanych platformach. Już sobie wyobrażam, jak w Europie mogłyby koło paromilionowego miasta żyć wielkie ssaki morskie...
Akurat stał autobus przerobiony z tramwaju na linie (cable car), więc szybko kupiliśmy bilety i wsiedliśmy. Pojechaliśmy przez naprawdę ładną dzielnicę starych domów, która ocalała z trzęsienia ziemi i pożarów, które zniszczyły całe San Francisco w 1906. Zatrzymaliśmy się w dość kiczowatym parku sztuki, ale za to przez szyby widzieliśmy coś, co nazywa się Exploratorium i jest bardzo fajnym miejscem, gdzie dzieci młodsze, starsze i jeszcze starsze (np. takie jak ja) mogą czynnie zapoznawać się z prawami przyrody. Akurat, jak patrzyliśmy przez szybę, to jakieś dziecko robiło bańkę mydlaną o średnicy metra. Szkoda, że u nas nie ma takich miejsc.
Stamtąd pojechaliśmy tym autobusem do fortu pod Golden Gate, a potem na sam most. To naprawdę piękny most, nic dziwnego, że stał się symbolem San Francisco. Panorama miasta z Golden Gate zapiera dech w piersiach. Wróciliśmy przez Presidio, bardzo malowniczą dzielnicę wojskową, przesyconą jakimś takim kolonialnym duchem. Potem autobus wjechał w centrum miasta, a tam, jak to w centrum – drapacze chmur, szerokie ulice, dużo ludzi, drogie sklepy. Dosłownie zahaczyliśmy o słynne Chinatown, ale nawet nie wysiadaliśmy. Właściwie zaraz po wycieczce autobusem po San Francisco, wsiedliśmy na łódkę i popłynęliśmy na zatokę. Wspaniale było znowu widać Golden Gate, panoramę miasta, oraz słynne więzienie Alcatraz, To niesamowite, ale nie zaszkodziło mu ani rozwalenie przez Brudnego Harry’ego, ani zniszczenia dokonane przez terroystów w „Twierdzy” z Seanem Connerym. Samego więzienia nie odwiedziliśmy. Może to i dobrze, bo ponoć należało do szczególnie ciężkich. Nie to, co dzisiejsze sanatoria – no ale przecież my stoimy o niebo wyżej od tych barbarzyńskich społeczeństw, które dokonywały na więźniach brutalnej zemsty. Dziś ważna jest resocjalizacja, wychowanie i Internet w każdej celi, bo przecież więźniowie to bezbronne ofiary tego okropnego społeczeństwa.
Gdy tak rozmyślałem, łódka przybiła do portu, skąd poszliśmy do SFMOMA, czyli San Francisco Museum of Modern Art. Była to dla mnie wizyta budująca, bo dotychczas sądziłem, że zasadniczym elementem sztuki współczesnej jest atmosfera skandalu, ale w muzeum okazało się, że sztuka współczesna może być estetyczna, oraz że inwencja artystów nie kończy się na wyprutych flakach i gumowym penisie, o czym ostatnio usiłują nas przekonać krajowe galerie.
Po wyjściu z muzeum poszliśmy przez przepiękne Yerba Buena Gardens do takiego centrum handlowo-rekreacyjnego. Akurat trwał finał Super Bowl, co nas obchodziło tyle, co zeszłoroczny śnieg, ale przed ekranem wysokim na trzy piętra stała gromada Amerykanów bardzo podniecona akcją. W knajpie zjedliśmy tam bardzo dobry i bardzo obfity obiad, a niestety było już późno, a trzeba było przemyśliwać nad powrotem do Cupertino. Wyszliśmy na ulicę, gdzie miałem okazję sprawdzić swój kunszt w targowaniu się, dogadując się z taksówkarzem Chińczykiem na zniżkową cenę za kurs do Krzemowej Doliny. Z urzędowych cen wynikało, że mamy płacić chyba coś koło 140 dolców, a zapłaciliśmy (tj. Symantec zapłacił) tylko 125. Chyba nieźle, jak na pierwszy dzień w Ameryce?
Zaraz rano spotkaliśmy się z pozostałą częścią naszej grupy – trzema Anglikami, dwoma Hiszpankami, dwojgiem Włochów oraz Niemką – w holu hotelu i pojechaliśmy do Symanteca. Tego dnia mieliśmy w planach spotkanie z różnymi szychami z firmy, w tym z samym prezesem. Raczej ciekawi goście. Czasami obserwuję – niestety, także wśród przedsiębiorstw z branży informatycznej, że zaczynają uważać, że sprzedaż i marketing to tak naprawdę najważniejsze elementy firmy. Gdzieś z boku zostaje technologia, a przecież podstawa to mieć dobry produkt. Miło było widzieć, że Symantec tak nie sądzi..
Jednym z ciekawszych spotkań było to z prezesem, Johnem Thompsonem. To sympatyczny Murzyn w średnim wieku, bardzo mądry gość, warto było go posłuchać. Najmniej ciekawe, przynajmniej dla mnie, było spotkanie z szefową od marketingu, która mówiła, jak to ważne, żeby firma była żółta. W ciągu dnia mieliśmy też czas na spacer w towarzystwie Magdy, Józefa i Wojtka wokół siedziby firmy, gdzie plotkowaliśmy o polskim rynku informatycznym i bezdennej głupocie łowców głów. Świeciło piękne słonko, było ze 20 stopni i aż trudno było uwierzyć, że jest jeszcze styczeń.
Wieczorem pojechaliśmy na lotnisko w San Jose, skąd polecieliśmy do Los Angeles. Miałem znowu szczęście siedzieć przy oknie, więc podziwiałem widoki znad oceanu na wybrzeże Pacyfiku o zmierzchu. W dole widać było równe kwartały miast, a z rzadka statki na morzu. Po jakiejś półgodzinie pojawił się lśniący dywan świateł, ciągnący się aż po horyzont. To niesamowity widok, trzeba to zobaczyć, nie da się opowiedzieć. Wylądowaliśmy na lotnisku LAX, skąd odwieziono nas do hotelu Loews Beach Hotel w Santa Monica. Od razu po wejściu naszą uwagę zwrócił piękny hol, z palmami i lejącą się po ścianach wodą. Wieczorem poszliśmy w Józefem i Wojtkiem na spacer wzdłuż brzegu. Bardzo ładnie wyglądał zachód słońca, wspaniała, szeroka plaża, no i te palmy.
Zacząłem go od dłuższego spaceru. Najpierw szukałem baterii do aparatu (kupiłem w końcu na stacji benzynowej), a przy okazji pstrykałem fotografie na ulicy, przy której mieszczą się wszystkie hotele w Santa Monica. Potem zszedłem jeszcze na plażę, gdzie ćwiczyła jogę grupka zapaleńców. Rano było wspaniałe powietrze, jak na tak wielkie miasto, jakim jest Los Angeles (Santa Monica to praktycznie przedmieście LA) i w ogóle było ładnie. Potem pojechaliśmy do siedziby Symanteca, która mieści się w tym samym budynku, co Metro Goldwyn Mayer, a w holu ze ściany ryczy lew (uaaaa!).
Tego dnia spotkania były takie sobie, a na dodatek jedno z nich zepsułem. Jedna pani zaczęła z przejęciem opowiadać, że mają wspaniały produkt o nazwie Symantec Cośtam Family Edition. W produkcie tym można wyłączyć domownikom – np. dzieciom – dostęp do różnych kategorii stron, np. związanych z seksem, przemocą, materiałami faszystowskimi, narkotykami, itd. Bardzo mnie to zaintrygowało, więc zapytałem, czy zatrudniają też specjalistów, którzy władają różnymi językami, np. polskim, żeby mogli skatalogować też polskie strony. „Nie, ale to przede wszystkim produkt na rynek amerykański” – powiedziała z ledwie wyczuwalną nutą wyższości pani. „To fajnie, ale to wszystko dziennikarze z Europy” – mówię ja – „na dodatek Internet, jak może pani wiem, jest siecią globalną i użytkownik w USA może równie łatwo, co amerykańskie, oglądać strony np. polskie”. Zapadła chwila niezręcznej ciszy, a ja ugryzłem się w język, bo już chciałem dodać, że o ile mi wiadomo, goła d... wygląda tak samo pod każdą szerokością geograficzną. W każdym razie prezentacja była skończona, bo nikt już pani nie słuchał, choć próbowałem ją ratować, podsuwając pomysł, że listy zakazanych stron wcale nie trzeba tworzyć samemu, zatrudniając wielojęzycznych ludzi, ale zlecić jej wykonanie na zasadach outsourcingu jakiejś lokalnej firmie.
Wieczorem poszliśmy do knajpy na jakieś półsurowe mięso. Amerykanie niestety nie umieją robić jedzenia, nawet w eleganckiej knajpie (i pewnie drogiej) podają je tylko nieco lepsze od McDonalda. Na szczęście to kraj tysiąca nacji i dużo jest knajpek oferujących kuchnię lokalną – w Kalifornii przede wszystkim meksykańską i azjatycką. Obżarci jak nie wiem co poszliśmy też na promenadę w Santa Monica, gdzie wszystko jeszcze (o 21-tej lokalnego czasu!) było pootwierane. Skorzystałem z okazji i kupiłem sobie książkę.
Środa była ostatnim dniem „oficjalnego” pobytu. Na ten dzień Symantec zaplanował bodaj najciekawszą część naszej wizyty – spotkania z ludźmi z Symantec Antivirus Research Center SARC). Najpierw opowiadał nam trochę bardzo ciekawy gość, niejaki Motoaki Yamamura, a potem łaziliśmy po SARC-u. Było fajnie, ale skończyło się około południa. Potem wsadzili nas do dwóch limuzyn i zawieźli na Beverly Hills. Kierowca podniecał się ile tutaj kosztują domy i gdzie mieszka jaka movie star, ale w sumie guzik mnie to obchodziło. Najchętniej postąpiłbym tak, jak zrobiły dwie Hiszpanki jadące z nami, które poszły spać. Szkoda tylko, że nie mam śródziemnomorskiego cyklu dziennego. Nawet z wnętrza limuzyny (tj. karafki z Bourbonem) nie miałem pożytku, bo tego dnia pożyczałem samochód.
Zahaczyliśmy o Hollywood, które zrobiło na mnie jak najgorsze wrażenie – brudne, hałaśliwe, nieciekawe. Pstryknąłem obowiązkowe fotki, po czym wsiedliśmy do limuzyny i odjechaliśmy w kierunku hotelu. Tuż obok tego, w którym mieszkaliśmy, był ten, w którym miałem pożyczyć samochód. Sympatyczny starszy pan szybko znalazł moją rezerwację, poprosił o prawo jazdy i kartę kredytową. Podając mu moje stare, komunistyczne prawo jazdy mówię profilaktycznie: „To jest polskie prawo jazdy, może pan takiego jeszcze nie widział...”, na co on: „Coooo? Siedemnaście lat pracuję w tym biznesie i miałem nie widzieć polskiego prawa jazdy?”. Spisał, co trzeba i dał mi samochód.
Chevrolet Prizm to samochód mniej więcej wielkości Lanosa, tzn. z czworgiem drzwi i normalnym bagażnikiem. Od Lanosa odróżniała go jednak pewna istotna cecha – silnik 1.8 litra. No i oczywiście wszystkie te udogodnienia, które w Stanach są standardem, a w Europie – luksusem. A więc automatyczną skrzynię biegów, wspomaganie kierownicy, światła włączające się automatycznie, klimatyzację, elektryczne szyby, centralny zamek i cruise control, czyli urządzenie, które utrzymuje zadaną prędkość. „Mój” Chevrolet miał jakieś 2000 mil przebiegu jak go brałem.
Akurat tak się złożyło, że z Santa Monica wyjechałem nadmorską promenadą o zachodzie słońca, w kierunku widokowej Highway 1. Tę noc spędziłem w San Luis Obisbo, małej mieścinie, gdzie nic ciekawego nie ma.
Około szóstej (wczesne wstawanie było regułą w Kalifornii – częściowo dlatego, że przez pierwszy okres miałem tzw. jet lag, czyli kłopoty ze snem spowodowane zmianą strefy czasowej, a częściowo dlatego, że dzień był krótki i szkoda go było na spanie, skoro tyle było do zwiedzenia) pojechałem dalej. O wschodzie słońca znalazłem się nad Pacyfikiem, w najbardziej malowniczej części wybrzeża. Zatrzymałem się na śniadanie w przepięknie położonej knajpce koło latarni o typowo kalifornijskiej nazwie Piedras Blancas. Koło Zamku Hearsta, o którym dużo (i z mieszanymi uczuciami) pisał mi Krzysztof Frydrychowicz byłem na tyle wcześnie, że jeszcze nie był otwarty. Pooglądałem go sobie tylko z dołu – rzeczywiście, jest pięknie położony – i pojechałem dalej. Od tego momentu w zasadzie nie można było jechać szybciej niż 40 km/h. Po pierwsze, droga była kręta i co jakiś czas trwały na niej roboty. Ale najważniejsze były oczywiście widoki.
Pogoda była piękna, było wcześnie rano. Ocean Spokojny był rzeczywiście spokojny, ale komuś, kto nie widział nigdy oceanu, trudno wyobrazić sobie oceaniczną falę, która zaczyna się gdzieś koło linii zmiany daty, rozpędza się przez tysiące mil i w końcu uderza o kalifornijski brzeg jest naprawdę ogromna. Nawet wtedy, gdy ocean wydaje się być spokojny jak jezioro, taka fala ma wielkość fal sztormowych na śródlądowych morzach typu bałtyckiego czy adriatyckiego. Widać to dopiero po zejściu nad sam brzeg, bo z wysokości drogi wszystko wydaje się takie nierzeczywiste. Odczucie to potęgowała poranna mgieka, unosząca się w miejscu, gdzie fale uderzały o nadbrzeżne skały.
Moim kolejnym przystankiem był mały State Park, do którego skierowały mnie strzałki. Pejzaż z morskiego zmienił się nagle na górski. Znalazłem się w dolinie wyżłobionej przez górski potok, spadający kaskadami z pobliskich gór. Las wyglądał trochę tak jak nasze lasy górskie, tylko oczywiście rosły tam inne drzewa. Choć było miejsce na kemping, nie było ani jednego samochodu. Był za to strażnik parku – starszy pan w kapeluszu i z siwą brodą, jakby wyjęty z filmu „Niedźwiedź pana Adamsa”, który skasował ode mnie 3$ mówiąc na pocieszenie, że na ten sam bilet mogę dziś wjechać do dowolnego parku stanowego w Kalifornii.
Jedyną chyba niedogodnością trasy nad Pacyfikiem jest fakt, że w wielu miejscach dojście do morza jest zamknięte (są to tereny prywatne lub wojskowe), albo skały opadają zbyt stromo, żeby dało się zejść. Natomiast nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że trafiłem najlepiej, jak można było. Po pierwsze, środek zimy to nie jest sezon turystyczny, więc ludzi było naprawdę mało. Po drugie, miałem naprawdę piękną pogodę, bo podobno czasami się zdarza, że Highway 1 jest zamykana z powodu sztormów (morze wdziera się na drogę). Po trzecie, poranek to wspaniała pora, kiedy panoramy są naprawdę cudowne.
I tak dotarłem do półwyspu Monterey. Niestety, 17 milowa trasa widokowa była zamknięta ze względu na odbywający się turniej golfowy. Nie zobaczyłem więc słynnego samotnego cyprysa, rosnącego nad Pacyfikiem, który ponoć stanowi natchnienie malarzy i źródło dochodów producentów pocztówek. Może to i lepiej, bo pojechałem za to na przepiękną plażę Asilomar Beach w miejscowości Pacific Grove. Zrobiło się południe i naprawdę solidnie przygrzewało (Ania potem mówiła mi, że właśnie tego dnia w Polsce padał śnieg i była z Jasiem na sankach). Robiąc małe zakupy w sklepie zostałem trochę zaskoczony przez pana, który poprosił mnie o dokument tożsamości, pokazując na kartkę następującej treści: „Jeżeli wyglądasz na mniej niż 30 lat, to możesz być poproszony o dokument tożsamości, bo w naszym stanie nie wolno sprzedawać alkoholu osobom poniżej 21 roku życia”.
W Monterey zadziwiło mnie, jak można zbudować skądinąd spore miasto w pełnej harmonii z krajobrazem. Wydmy zostały pięknie wkomponowane między budynki miasta i można je podziwiać jadąc autostradą. Zbocze góry jest zabudowane domkami, każdy z nich jest trochę inny, każdy ma inny ogród, ale wszystko wygląda jakoś tak, jak powiedzieliby informatycy, kompatybilnie. Miasto Monterey słynie też z akwarium, które oczywiście odwiedziłem. Bardzo mi się podobało, choć jeszcze bardziej podobałoby się dziecku, bo jest tam cała Splash Zone, gdzie można pogłaskać zwierzaki (np. ośmiornice albo kraby), obserwować, jak płetwonurek karmi ryby (przez cały czas rozmawia z publicznością zgromadzoną przy akrylowej, przeźroczystej ścianie wysokości paru pięter. Najbardziej imponujące są chyba takie małe stoiska, gdzie można wykonać proste doświadczenia, np. sprawdzić ściśliwość wody i powietrza, a miła, starsza pani wyjaśni, jakie to ma znaczenie dla badania głębin morskich.
Generalnie, imponująca była „interaktywność” tego akwarium, ale to nie specyfika amerykańska, tylko raczej specyfiką komunistyczną jest organizowanie ekspozycji bez pomysłu i bez próby pokazania czegoś poza eksponatami. Dowodem na to choćby wystawa Vanitas, która zaczęła się od inscenizowanego pogrzebu w stylu sarmackim, przez co wzbudziła wielkie zainteresowanie publiczności, trochę chyba nieproporcjonalne do rzeczywistej wartości polskiego portretu trumiennego z czasów I Rzeczpospolitej.
Gdy wyszedłem z akwarium, robiło się późno. Następnego dnia rano miałem spotkanie w HP, do którego musiałem się jeszcze przygotować. Wyjechałem na autostradę, ale szybko poczułem, że wrażenia dzisiejszego dnia dają już znać o sobie i jestem po prostu zmęczony. W miejscowości Capitola zjechałem z autostrady i zacząłem szukać noclegu. Zaczęło się robić naprawdę nieprzyjemnie, bo nikt wokół nie potrafił mi pomóc, znaków żadnych nie było, a ja już ledwie patrzyłem na oczy. Raz nawet wyjechałem w dwupasmową ulicę pod prąd. Wreszcie zostałem skierowany do Capitola Inn, gdzie pani o typowo kalifornijskim nazwisku Yrma Vazquez miała wolne miejsca. I wtedy przydarzyła się najmniej przyjemna przygoda w czasie całego mojego pobytu w USA. Podałem pani kartę, a ona przeciągnęła ją przez maszynę. Ta zaś zaczęła piszczeć i krzyczeć: „Zatrzymaj kartę! Zadzwoń!”. Niestety, pani nie spodziewając się tego już oddała mi kartę, ale zaczęła na mnie patrzeć jak na oszusta. Gdyby rzeczywiście zatrzymała moją kartę, byłoby niewesoło, bo nie miałem innej, ani nie miałem też gotówki na całość pobytu, tzn. miałem pieniądze albo na żarcie i zamieszkanie, albo na samochód, ale nie na jedno i drugie. Na szczęście wpadłem na to, co może być przyczyną – otóż na kartach europejskich data zapisana jest w formacie DDMMRRRRR, podczas gdy Amerykanie używają formatu MMDDRRRR. Nie wszystkie maszyny rozpoznają, że karta jest polska i w związku z tym wydaje im się, że jest ważność skończyła się 10 stycznia 2001, podczas gdy tak naprawdę ważna jest do 1 października. Kazałem jej więc wpisać numer karty i datę ważności „z ręki” i wtedy oczywiście autoryzacja udała się.
Rano znowu wstałem wcześnie, wsiadłem w mojego Chevroleta i pojechałem do Hewlett Packarda. Okazało się, ze siedziba firmy mieści się w Cupertino, tuż koło hotelu, w którym mieszkałem i niedaleko siedziby Symanteca. Niesamowite, na jak małej powierzchni tworzy się znaczną część światowej technologii. Po wejściu do HP od razu moją uwagę zwróciła hala wielka jak dwa boiska piłkarskie, cała wypełniona boksami, w których siedzieli ludzie. Poinformowano mnie z dumą, że w HP każdy ma swój boks, nawet pani prezes Carly Fiorina. Nie skomentowałem, chociaż, gdyby przyszło mi pracować w takich warunkach, zwariowałbym chyba.
Spotkania było dość ciekawe, tzn. ludzie, z którymi przyszło mi rozmawiać byli na poziomie. O ile pomysł płacenia za wykorzystanie mocy oraz objętości dysków i pamięci za ich wykorzystanie wydaje mi się znakomity i perspektywiczny, to nie mogę tego powiedzieć o technologii e*speak. Myślę, że HP na razie obraca się w świecie marzeń, a nie rzeczywistości biznesowej. Poza tym nie mają dobrego kanału do developerów, tak jak choćby Microsoft, a to oni przecież decydują o tym, na jakiej infrastrukturze będą chodziły aplikacje. Ale może po prostu nie doceniam e*speak.
Spotkania skończyły się około południa, a potem zaproszono mnie na lunch, gdzie mój opiekun, niejaki Nam Lamore (sympatyczny gość, choć po gościach od Public Relations widać pewną schematyczność w traktowaniu dziennikarzy) opowiadał różne ciekawe rzeczy o pięknych. choć mniej znanych miejscach w Kalifornii. Może następnym razem będę miał okazję je odwiedzić...
Tego dnia planowałem dotrzeć do miejscowości Merced, będącej niedaleko parku narodowego doliny Yosemite, który chciałem zwiedzić następnego dnia rano. Pojechałem więc autostradą na południe, a potem – przez niesamowite, bo całkiem łyse i pustynne góry Diablo Range – do tzw. Środkowej Doliny (Central Valley). To Kalifornia, ale miejsce wyglądało jak Wielkie Równiny – ogromna, płaska połać, która zapewne latem jest spalona słońcem i półpustynna (teraz gdzieniegdzie były ogłoszenia o świeżych truskawkach i pomarańczach!). Wzdłuż całkowicie prostych i prostopadłych do siebie dróg rozrzucone są farmy, składające się z domu i ogromnej szopy. Po drogach jeździ mnóstwo pickupów, czasami z przyczepami z koniem. Wreszcie miałem poczucie, że widzę trochę „prawdziwej Ameryki”, choć Bóg jeden wie, czy tak wygląda w sercu amerykańskiej prowincji.
Merced to, jak dobrze się zastanowić, przerażające miejsce. Ulice ponumerowane są liczbami (w osi północ-południe), albo opisane literami (oś wschód-zachód). Miejscowość to kilkaset domów, autostrada i parę tanich moteli (tam spałem najtaniej, bo za jedyne 33.99 $ plus podatek). Miałem dużo czasu, więc postanowiłem tego wieczora dokonać kilku obserwacji socjologicznych. Przeciętny Amerykanin w taki normalny wieczór w Merced ma następujący wybór. Po pierwsze, może oglądać telewizję. Po drugie, może się urżnąć w barze. Po trzecie, może iść do kina. Po czwarte, może iść do knajpy. Ponieważ na urzynanie się nie miałem ochoty ani pieniędzy, telewizja jest gorsza od naszego Polsatu, pozostała mi knajpa i kino. Celowo nie wybrałem się na ambitny film z Jackiem Nicholsonem, ale na „Sugar and Spice”, durną komedię o grupie panienek od wspomagania sportowców (cheerleaders), które robią napad na bank. Głupie było koszmarnie i prawie wcale mnie nie śmieszyło, ale siedząc na dużej sali (jako jedna z niewielu osób), zażerając popcorn i popijając colę, miałem poczucie, że spędzam czas jak prawdziwy Jankes. A potem poszedłem do meksykańskiej knajpy, gdzie podano mi znakomite chile verde oraz meksykańskie piwo. Wszyscy klienci, oprócz mnie, mieli rażącą nadwagę, co potraktowałem jako reklamę szefa kuchni. W każdym razie, nie zawiodłem się, jedzenie było świetne.
Tradycyjnie wstałem wcześnie rano i znowu się opłaciło. Jakkolwiek nie zobaczyłem kanionu rzeki Merced, który ponoć jest ładny, ale za to szybko i bez przeszkód dotarłem do bramy parku Yosemite. W miarę wspinania się na góry Sierra Nevada zaczynało się robić coraz chłodniej, a w samej dolinie pojawiał się śnieg. Na szczęście miałem firmowy polar, w który Naczelny mojej gazety wyposażył mnie przed wyjazdem.
Yosemite właściwie ogląda się z okien samochodu. Przez dolinę prowadzą dwie drogi – po północnej i południowej jej stronie. Atrakcje doliny to przede wszystkim dwa wodospady, potężna i bardzo stroma skała El Capitan, która stanowi perłę w koronie każdego wspinacza. Warto także obejrzeć panoramę doliny z okolicy tunelu prowadzącego na drogę do Fresno. Ludzi było niewielu, choć powoli się zjeżdżali, ale znowu urzekła mnie poranna mgiełka. Było więc kogo poprosić o pstrykanie zdjęć. Yosemite jest ładne, choć dla kogoś, kto widział Morskie Oko z Mięguszowieckiej Przełęczy od Chłopkiem albo Dolinę Gąsienicową ze szczytu Kościelca, jest chyba wtórne. Jednak słusznie zwrócił mi uwagę Krzysztof Frydrychowicz z Computerworlda, że wypowiadać się na temat Yosemite po obejrzeniu doliny z perspektywy szos prowadzących przez nią, to tak jakby pojechać na Krupówki i na tej podstawie wyrabiać sobie zdanie o Tatrach. Niestety, wszystkie szlaki piesze były zamknięte ze względu na śnieg, zresztą i tak nie miałem czasu.
Niemiła niespodzianka czekała mnie przy wyjeździe z doliny. Pani ranger z parku narodowego kazała mi zapłacić 20$ za wjazd i na nic zdały się moje tłumaczenia, że jestem tu tylko dwie godziny i tego samego dnia lecę do Europy. Byłeś w dolinie, płać, mówiła z nieustępliwą miną, a ja bałem się jej powiedzieć komplement (choć bardzo seksownie wyglądała w rangerskim kapeluszu z szerokim rondem), pamiętając, że w Ameryce powiedzenie czegoś miłego kobiecie to od razu sexual harrassment i można za to pójść do więzienia. Zresztą, miś Yogi nienawidził rangerów z parku narodowego i miał pewnie swoje racje.
Na śniadanie zatrzymałem się u stóp gór Sierra Nevada, na samotnym kempingu położonym nad potokiem. Było naprawdę pięknie, słonecznie i cicho. Zjadłem też śniadanie i napiłem się kawy, płacąc za to jakieś śmieszne 3 $, obejrzałem też podobno prawdziwe indiańskie tipi. A potem już tylko czekała mnie długa i monotonna droga w kierunku San Francisco, z którego miałem odlecieć na Stary Kontynent. Urozmaicałem sobie czas zatrzymując się w co ciekawszych miejscach. Jedno z takich miejsc szczególnie mnie zainteresowało – samotny dom, w nim najpotrzebniejsze rzeczy (jedzenie, picie, lód, benzyna), a najdziwniejsze, że była tam australijska flaga. Pstrykałem też fotografie zza kierownicy (np. wiatraki na Diablo Range) i podziwiałem amerykańskie trucki, które trudno sobie w ogóle wyobrazić, gdy na co dzień ogląda się Volvo i Jelcze.
Ciekawym wydarzeniem był zwrot samochodu. Spodziewałem się, że sporo ludzi pożycza i oddaje samochody na tak dużym lotnisku jak San Francisco, ale to, co zobaczyłem, przeszło moje oczekiwania. Przy dojeździe do lotniska pojawia się znaczek „Oddawanie samochodów – zjazd San Bernardino. Potem znaki prowadzą do car rental garage, a gdy dojeżdża się do samego wielopoziomowego garażu, znaki i logo firmy pokazuje, na którym piętrze znajduje się która firma. Wjechałem na piętro, gdzie urzęduje Avis. Podjechałem do znaku STOP, gdzie pan w pomarańczowej kurteczce szybko wziął ode mnie kluczyki, wpisał do naręcznego komputerka numer rejestracyjny samochodu i stan licznika, dał mi wydruk, który komputerek wypluł. Wziąłem bagaże i poszedłem zapłacić w kasie. Wszystko zajęło nie więcej niż dziesięć minut, a właściwie zajęłoby, bo zapomniałem moich przeciwsłonecznych klapek na okulary. Wróciłem więc pod budkę, gdzie zauważyłem kosz z czterema dziurkami, opisanymi: portfele, okulary, gazety, inne. Niestety, moich klapek nie było, więc uprzejmy pan w pomarańczowej kurteczce wziął mój rachunek, wklepał numer mojego Chevroleta w komputer, powiedział „jest już odprowadzony na inne piętro, proszę poczekać chwileczkę”, po czym wsiadł w pierwszy z brzegu samochód stojący obok, a po nie więcej niż trzech minutach przywiózł moje klapki i z uśmiechem mi je podał, moje podziękowania kwitując stwierdzeniem, że to no problem. Mamy już niby kapitalizm, ale obym dożył, że w Polsce sprawy będą tak dobrze zorganizowane, a klient będzie traktowany tak uprzejmie.
Niewiele później siedziałem w samolocie wsłuchując się w jednostajny szum silników potężnego Boeinga i patrząc, jak Kalifornia zostaje w dole. Mieszkać tutaj nie chciałbym, choć przyjechać jeszcze raz byłoby miło. Ale, jak mówi przysłowie, nigdy nie mów nigdy. Do zobaczenia, Ameryko!
Doprawdy nie wiem, na ile Kalifornia jest miarodajna dla Ameryki. Gdybym miał jednym tchem wymienić, co mi się podobało, wskazałbym krajobrazy, tanią benzynę, powszechny szacunek dla prawa i uśmiechniętych ludzi. Po stronie tego, co mi się nie podobało, umieściłbym pośpiech, drożyznę, powszechną i czasami wręcz monstrualną otyłość ludzi. I chyba też brak głębszej refleksji i prymat użyteczności nad innymi cechami (w traktowaniu przedmiotów, krajobrazu i ludzi), obserwowalny – naprawdę! – nawet w czasie tak krótkiego pobytu.
Krótko przed moim wyjazdem mówiło się o kryzysie energetycznym w Kalifornii i stanie wyjątkowym. Osobom, które pamiętają prawdziwy stan wyjątkowy, może to się wydawać śmieszne. Na rogatkach nie stoją SKOT-y ani żołnierze w kufajkach, a konwoje i patrole nie jeżdżą po ulicach. Prądu nie wyłączono mi ani raz, a jedynym chyba echem kryzysu była prośba w motelu, żeby nie włączać zbędnych świateł.
Ku swojemu zadziwieniu, nie miałem najmniejszych problemów z językiem. Pewnie dlatego, że znaczna część Kalifornijczyków urodziła się poza nią, często poza Stanami, więc nie dziwi ich, że ktoś mówi z dziwnym akcentem i robi błędy. Miałem kilka śmiesznych potknięć cywilizacyjnych, np. nie wiedziałem, jak włącza się światło w lampce przy łóżku, albo czy przypadkiem nie kazałem sobie wyświetlić w hotelowej kablówce filmu tylko dla dorosłych na koszt Symanteca (a ja, z charakterystyczną dla informatyków pasją, zacząłem po prostu wypróbowywać możliwości pilota); na szczęście nie zakupiłem.