Stany Zjednoczone, 2009

Pomysł i przygotowania

Pomysł na podróż do USA wziął się właściwie z kursu walutowego i szkolenia. Na przełomie 2007 i 2008 roku Kuba pojechał dwa razy do USA i zorientował się, że kraj jest ładny i niedrogi. Dolar kosztował wówczas nieco ponad 2 złote, zaś my mieliśmy nadwyżki złotówkowe. Uznaliśmy, że można by – zamiast tradycyjnie do strefy basenu Morza Śródziemnego – pojechać tym razem na inny kontynent.

Długo zakładaliśmy, że będą to wakacje z dziećmi. Jednak po dokładniejszym zastanowieniu oraz po wycieczce z dziećmi na Sarydnię na ślub i wesele Diega uznaliśmy, że wielogodzinne – a tak naprawdę trzytygodniowe – siedzenie w samochodzie nie będzie dla nich atrakcją. Zdecydowaliśmy się na wakacje bez dzieci, a na początku 2009 chęć wyjazdu z nami wyrazili Roman i Ania. Mieliśmy więc skład, zaczęliśmy składać plan, daty i budżet. Przyjęliśmy kilka założeń:

·         jedziemy na południowo-zachodnie wybrzeże

·         nastawiamy się przede wszystkim na przyrodę, czyli amerykańskie parki narodowe

·         jedziemy poza sezonem letnim, ale jeszcze wtedy, gdy jest ciepło

·         pobyt krótszy niż 3 tygodnie nie ma sensu

·         budżet nie może przekroczyć kwoty odłożonej na ten cel, czyli 3 500 dolarów + koszty przelotu

·         aby zminimalizować koszty, będziemy spać w tanich motelach i pod namiotem kiedy tylko się da

·         Roman dodatkowo bardzo chciał zejść na dno Wielkiego Kanionu Rzeki Kolorado, na co z ochotą przystaliśmy.

W efekcie, wybraliśmy przełom września i października jako optymalny czas przyjazdu. Wielką pomoc zaoferowali Rodzice, którzy zgodzili się mieszkać u nas przez te ponad trzy tygodnie, opiekując się dziećmi i domem. Przygotowania do podróży trwały właściwie przez całą pierwszą połowę 2009 roku. Tylko Kuba miał amerykańską wizę. Obie Anie oraz Roman musieli wizy zdobyć, ale na szczęście okazało się to zwykłą (choć odrobinę czasochłonną) formalnością. Krytyczny moment miał miejsce w czerwcu, kiedy zorientowaliśmy się, że zezwolenia na biwakowanie na dnie Wielkiego Kanionu trzeba zdobywać z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. Na szczęście udało się takie zezwolenie zdobyć, kupiliśmy odpowiednie bilety, zarezerwowaliśmy kluczowe noclegi (m.in. bezpośrednio po przylocie, w Las Vegas oraz w San Francisco). 18 września o 6:50, odwiezieni na Okęcie przez Magdę, o 6:50 wystartowaliśmy z Warszawy, by przez Amsterdam i Minneapolis/St. Paul dotrzeć do Los Angeles.

W Mieście Aniołów: Santa Monica, Venice, Hollywood

Przekraczanie granicy w Minneapolis było czystą przyjemnością. Bardzo miła pani zebrała od nas papierki wypisywane w samolocie, zadała parę zdawkowych pytań o koligacje rodzinne pomiędzy uczestnikami wycieczki i wbiła pieczątkę (czyli właściwą wizę) wpuszczającą nas na teren Stanów Zjednoczonych. Pierwszych kilka godzin na amerykańskiej ziemi spędziliśmy na lotnisku Minneapolis / St. Paul, podziwiając indiańskie kurtki obszyte futerkiem, maskotki łosia (symbol stanu Minnessota) oraz pierwszych grubasów – znak rozpoznawczy USA nie mniej charakterystyczny dla tego kraju niż gwiaździsty sztandar, bezkresne przestrzenie, duże samochody, tania benzyna oraz przydrożne knajpki i motele.

Wieczorem wylądowaliśmy w Mieście Aniołów, zwanym potocznie LA. Ania była wykończona niespaniem przez całą drogę, a jeszcze mieliśmy do załatwienia samochód i dojazd do hotelu. W wypożyczalni Thrifty spędziliśmy nieomal godzinę na dyskusji z panią imieniem Ana, która przekonywała nas (i przekonała), że ubezpieczenie, które uważaliśmy za opcjonalne jest jednak obowiązkowe. Na pytanie „czy może w związku z tym coś zrobić z ceną” Ana powiedziała, że ponieważ z nami są dos Anas, a ona także jest Ana, to coś zrobi. Nie obniżyła jej, ale dała nam większy samochód - Dodge Journey, którego potocznie nazywaliśmy „Dodziem”. Dodzio służył nam dobrze, a jego największą zaletą był bardzo, ale to bardzo pojemny bagażnik – który w miarę jak przybywało nam gratów, przydawał się coraz bardziej. Wreszcie, ten bardzo długi dzień zakończyliśmy w niedalekim hotelu, gdzie solidnie wyspaliśmy się, tym samym przestawiając na kalifornijski czas GMT-8.

Dzień następny upłynął nam pod znakiem zwiedzania Los Angeles oraz zakupów. Mieliśmy do załatwienia przede wszystkim zakupy turystyczne – zaopatrzyliśmy się m.in. w karimaty, kije trekkingowe, palniki, gaz, żywność liofilizowaną – czyli wszystko to, co miało się przydać na trasach i na biwakach. Dodatkowo, Kuba kupił kartę SIM do łączności komórkowej na terenie USA z tzw. unlimited data plan. Karta, wraz ze smartfonem HTC (tzw. Marzeną) oraz aplikacją Google Maps, miała oddać nam nieocenione usługi podczas podróży.

W Los Angeles odwiedziliśmy plażę w Venice. Molo obsadzone przez wędkarzy i kloszardów dzieli ją sprawiedliwie pomiędzy surferów i kąpiących się. Pogoda była znakomita i żałowaliśmy, że nie wzięliśmy kostiumów kąpielowych. Spacer po Venice był sam w sobie obserwacją socjologiczną. Jak pisze przewodnik Lonely Planet po Kalifornii, miejsce to charakteryzuje się wyjątkowo wysokim zagęszczeniem „niedoszłych Schwarzeneggerów, post-hipisów oraz innych oryginałów”. Na nas spore wrażenie zrobili zawodowi wyprowadzacze psów (wyposażeni – jak każdy Amerykanin-psiarz – w woreczki do zbierania kup swoich podopiecznych), paradujący bez koszulek wielbiciele siłowni oraz cadillac pamiętający czasy Johna F. Kennedy’ego zapakowany surferami.

Następnym naszym przystankiem było Hollywood, gdzie przeparadowaliśmy Bulwarem Zachodzącego Słońca (Sunset Boulevard), podziwając i fotografując gwiazdy, m.in. Ronalda Reagana, Hedy Lamarr oraz Paderewskiego, nie wiedzieć czemu nieposiadającego imienia. Niestety, nie było jeszcze naszych gwiazd, ale to niedopatrzenie – miejmy nadzieję – zostanie usunięte przed naszą następna wizytą w USA. Po obowiązkowej fotografii na tle znaku Hollywood, poprzez downtown, przy pomocy Marzenki, pomknęliśmy do Santa Monica, by tam podziwiać słońce, które zanurza się w Oceanie Spokojnym żeby poświecić na wyspach Samoa, Fidżi i Vanuatu, a potem wynurzyć się u brzegów Japonii i zacząć nowy dzień. Podziwiając ów spektakl, finezyjne wille ustawione na plaży pod klifem oraz ptaki szukające okruchów pozostawionych w piasku przez ludzi pożegnaliśmy pierwszy pełny dzień w USA i zaraz poszliśmy spać, by jutro wcześnie wstać i pojechać do San Diego.

Orki i wojskowi: San Diego

Plan naszego pobytu w najdalej wysuniętym na południowy zachód mieście Stanów Zjednoczonych był bardzo napięty. Bo i liczba atrakcji, które tam zgromadzono, jest imponujaca. Jak pisali w przewodniku, przeciętny Amerykanin pracuje cały rok by mieć tydzień wakacji, zaś przeciętny mieszkaniec San Diego pracuje przez pięć dni w tygodniu, by cieszyć się wakacjami przez pozostałe dwa. Ze stabilną temperaturą ok. 25 stopni przez cały rok, pięknymi plażami, licznymi atrakcjami oraz kolonialnym Starym Miastem, San Diego pozostaje wymarzonym miejscem do zamieszkania.

Gęsta mgła na autostradzie pomiędzy Los Angeles a San Diego wbudziła nasz niepokój, ale szybko okazało się, że rozwiewa się wraz ze świtem. W Parku Dzikich Zwierząt (Wild Animal Park) powitały nas kolibry zbierające poranny nektar z kwiatów. Ponieważ byliśmy wśród pierwszych osób zwiedzających park, mieliśmy okazję zapoznać się z jego atrakcjami bez męczącego towarzystwa licznych podróżnych. A było z czym. Mają w San Diego zarówno ptaki brodzące, surykatki, goryle i antylopy. Ale główną atrakcją jest przejazd autobusem z wagonikami przez tzw. Journey into Africa, czyli safari. Kolejka bez okien jedzie szosą pomiędzy wzgórzami, zaś w każdym miejscu rozciągają się kilkuhektarowe wybiegi dla zwierząt, przypominające ich naturalne środowisko. Jak podkreśla z dumą przewodniczka (i kierowca w jednej osobie), zoo łączy przyjemne z pożytecznym, prowadząc – wraz z właściwym ogrodem zoologicznym, znajdującym się z centrum miasta – programy ochrony zagrożonych gatunków. Całość jest wspaniale zakomponowana, wpuszczona w zieleń i wyposażona w budowle przypominające afrykańskie chaty. Jest nawet balon! Bardzo ciekawie jest u goryli, gdzie można przymierzyć się zarówno w całości, jak i po kawałku. W parku można by spędzić cały dzień, ale my mieliśmy bardzo ambitne plany, więc pożegnani przez węża oraz malutkiego pancernika zwiniętego w kulkę odjechaliśmy z zoo w kierunku SeaWorld, najbardziej chyba znanej atrakcji miasta.

Symbolem SeaWorld jest orka i rzeczywiście to te drapieżne walenie są tam największą atrakcją. Wielki basen otaczają trybuny Shamu Stadium, na których spokojnie mieści się kilka tysięcy osób. Niższe ławki oznaczone są jako soak zone, strefa przemakania. Jednak zanim orka zaczęła chlapać, odbyło się prawdziwe show. Najpierw konferansjerka poprosiła wszystkich żołnierzy, „amerykańskich i sojuszniczych, aktualnych lub byłych” o powstanie i cały stadion gromkimi brawami podziękował im za ich służbę. Potem na wielkim ekranie nad basenem wyświetlono film, który opowiadał o chłopcu, który strugał z drewna symbol ogona orki, a potem ów chłopiec jakby wybiegł z ekranu (był to aktor ubrany w biało-czarną piankę, przypominającą plamy orki), a na nim pojawiła się orka. I chwilę potem prawdziwy, potężny waleń wyskoczył z basenu wzbijając fontannę wody, zaś publiczność wpadła w ekstazę. Przez następnych kilkanaście minut orki popisywały się przed nami skacząc wysoko, wychodząc z wody na niski podest, wożąc treserkę na nosie (dosłownie) i w końcu chlapiąc ogonami publiczność. Do nas co prawda nie doleciało, ale i tak bardzo nam się podobało.

Orki i ich show zdecydowanie dominują nad całym SeaWorld, choć przecież są tam i inne atrakcje. Należą do nich m.in. delfiny szare, lwy morskie, biełuchy, płaszczki, które można było głaskać oraz białe niedźwiedzie (zdecydowanie nie do głaskania). Nam – oprócz orek – najbardziej podobały się manaty, które majestatycznie pływały w wielkim akwarium. Stamtąd pojechaliśmy – znowu pędem – do centrum San Diego, gdzie przycumowany jest USS Midway – lotniskowiec zbudowany pod koniec II Wojny Światowej, a dopiero niedawno wycofany ze służby. Podbudowani patriotycznie przez wstęp do show z orkami, ale bez możliwości wstąpienia do czynnej służby w marines, z radością zapłaciliśmy po 14 dolarów za wstęp na pokład stalowego kolosa. Lotniskowiec jest rzeczywiście gigantyczny, przypomnina małe miasto. Oprócz pokładu startowego oraz hangarów dla samolotów, znajdują się tam m.in. wielkie stołówki, pokoje odpraw i kajuty kadry oficerskiej. Zmęczeni nieco klaustrofobicznym klimatem kajut pod pokładem, wyszliśmy na wierzch, gdzie Amerykanie urządzili wystawę samolotów lotnictwa, od F/A 18 Hornet (standardowego myśliwca bombardującego marynarki), po samoloty rozpoznania elektronicznego oraz helikoptery do transportu piechoty morskiej.

Ostatnim akcentem tego dnia było spotkanie z Kubą Tatarkiewiczem, felietonistą Computerworld, który mieszka tutaj na stałe i który udzielił nam szeregu cennych rad związanych z przyjazdem i pobytem w USA. Z San Diego pojechaliśmy do Barstow, mieściny w środkowej Kalifornii, w której mieliśmy nocleg przed wizytą w Dolinie Śmierci.

W pustyni i w dżungli: Dolina Śmierci i Las Vegas

Wstaliśmy rano, zrobiliśmy zakupy w Vons (ta sieć, obok Safeway’a, miała nam towarzyszyć przez cały pobyt) i pojechaliśmy w stronę pustyni Mojave. Po drodze mieliśmy nieprzyjemne zdarzenie. Jakieś 50 metrów przed naszym samochodem nagle pojawił się tuman czerwonego kurzu, który Roman początkowo wziął za lokalny wir powietrzny. Stworzył trudną sytuację na drodze – trzeba było wjechać w pył nie wiedząc, co czai się w środku. Po chwili, gdy kurz opadł, zobaczyliśmy, że na poboczu stoi pokiereszowany samochód, zaś za jego kierownicą siedzi nieprzytomna kobieta. Na szczęście był spory ruch, a w zasięgu wzroku było miasto (co nieczęste na pustyniach Nevady), więc zaraz zatrzymało się kilka samochodów i ludzie zaczęli wyciągać kobietę z samochodu i dzwonić po pomoc. Kiedy dojeżdzaliśmy do miasteczka widzieliśmy straż pożarną i karetkę sunące w stronę miejsca wypadku. Cały czas jednak mieliśmy świadomość, że gdyby taki wypadek zdarzył się na większym odludziu, kobieta mogłaby nawet kilkadziesiąt minut leżeć ranna na upale.

Naszym pierwszym przystankiem tego dnia było wymarłe miasteczko Calico. Niegdyś służyło lokalnej kopalni. Potem podupadło, opustoszało, aż wreszcie ktoś je kupił i urządził tam mały skansen Dzikiego Zachodu. Dziś nie jest już może tak wymarłe, bo wszędzie są sklepy z pamiątkami oraz charakterytyczne dla Dzikiego Zachodu miejsca: saloon, telegraf, szkoła, kościół oraz zakład pogrzebowy. Jak widać na dawnym cenniku, łopata kosztowała tyle co szklaneczka whiskey, zaś książki dodawane były za darmo do każdego zakupu. To w Calico najpierw poczuliśmy klimat pustyni i uczucie osamotnienia wywołane bezkresną przestrzenią, biegnącą przez nią prostą jak struna drogą oraz brakiem zasięgu na komórce. Te wszystkie uczucia miały nam towarzyszyć przez następne nieomal dwa tygodnie, podobnie jak krótkie spodnie, kapelusze na głowach oraz krem ochronny na wargach.

Już dojazd do Doliny Śmierci jest niesamowity. Godzinami jedzie się przez pustynię porośniętą niskimi, rzadkimi sukulentami. Przez całe dziesiątki kilometrów nie widać nic oprócz asfaltu, słońca i czerwonego piasku pomieszanego z kamieniami. Park Narodowy Death Valley, jeden z największych w całych Stanach, obejmuje rozległą dolinę pomiędzy pasmami Panamint i Amargosa. Wysokie na 3000 metrów, suche jak pieprz góry otaczają dolinę której najniższy punkt to –85 metrów (najniżej na Zachodniej Półkuli). Panuje tam niemiłosierny upał i suchota, zaś nazwy przywodzą najczarniejsze skojarzenia: Bramy Piekieł, Góry Pogrzebowe, Diabelskie Pole Golfowe. Bramą do parku jest Zabriskie Point, skamieniałe wydmy o niesamowitych kolorach, wyglądające jak wypłowiałe górnicze hałdy. Z Furnace Creek, gdzie mieści się kilka moteli (czynnych jedynie zimą i wiosną) oraz centrum informacyjne dla odwiedzających (Visitor Center) skierowaliśmy się do Badwater, najniższego miejsca w parku narodowym. Słona, silnie zmineralizowana woda (paskudna w smaku) tworzy tam słoną pustynię. Z Badwater pojechaliśmy na krótki, czterdziestominutowy spacer do piaskowcowego łuku, by zaliczyć jeszcze tzw. Diabelskie Pole Golfowe (Devil’s Golfcourse) – fragment skamieniałego, słonego ugoru z dziurami jakby przygotowanymi na piłeczkę golfową. Odwiedziliśmy jeszcze Artist’s Pallette – przejazd koło skał, które mienią się wszystkimi kolorami, prawdziwe wydmy piaskowe jak na Saharze, oraz Mosaic Canyon, z warstwami piaskowca i wapienia ułożonymi jakby specjalnie dla zilustrowania geologicznej historii Doliny. Ania wygłosiła tam krótką przemowę o demokracji, republikańskich wartościach, wolności słowa, prawie jednostki do samorealizacji oraz dążenia do szczęścia – co uczciliśmy sformowaniem prowizorycznej Statui Wolności. Dzień pożegnaliśmy na Hell’s Gate – przełęczy, którą pierwsza grupa osadników wyszła z Death Valley w blasku zachodzącego nad pasmem Amargosa słońca, wśród nieprawdopodobnych kolorów, bogatsi nie tylko o wspomnienia i zdjęcia, ale i roczną przepustkę do wszystkich parków narodowych USA, za $80 na całą naszą czwórkę. Spłaciła się z nawiązką.

Po zmroku skierowaliśmy się do niedalekiego (jak na tutejsze standardy, czyli jakieś 150 mil) Las Vegas. Zaiste, Bugsy Siegel, pomysłodawca miasta hazardu i rozrywki w środku pustyni, miał niezłą fantazję. Miasto z daleka zapowiada się łuną niezliczonych neonów. Inaczej niż w Polsce, gdzie z billboardów ogłaszają się proszki do prania, banki oraz samochody, w Vegas swoje usługi oferują prawnicy. DUI (sprawa o prowadzenie pod tzw. wpływem) można mieć za jedyne 400 dolarów, rozwód za niewiele więcej. Billboardy zachwalają także show w poszczególnych hotelach, z nazwiskami gwiazd (jak twierdził Kuba Tatarkiewicz, przebrzmiałych) oraz cenami „od” $39.99.

Hotel Riviera, w którym mieszkaliśmy, choć położony przy rozświetlonym The Strip, lata świetności ma już za sobą. Robił wrażenie miejsca, w którym rządzi ruska mafia. Pierwszy język, który usłyszeliśmy po wejściu, to był język rosyjski. Na plakatach zachwalano magiczkę Samanthę prosto z Rosji (typowo rosyjskie imię....) oraz jej magiczki-pomocniczki – wszystkie topless. Cały dół hotelu był zapełniony automatami do gry, przy których siedzieli smutni, najczęściej starsi ludzie, obłąkanym wzrokiem wpatrując się w ekrany i mechanicznie przyciskając klawisze. Niektórzy z nich zresztą byli fizycznie przypięci do automatów czymś na kształt smyczy. Prawdopodobnie była to jakaś karta chipowa zastępująca gotówkę, ale wyglądało to jak długa, zielona pępowina i wraz z wyrazem obłędu w oczach graczy wzmacniało jeszcze wrażenie surrealizmu całej sceny. W mnogości automatów z ekranami (nawet nie jednorękich bandytów...) zwracał uwagę nieomal kompletny brak tradycyjnych rozrywek hazardowych: kości, ruletki, pokera i tradycyjnych „jędnorękich bandytów”. Tatarkiewicz mówił nam, że Las Vegas w obecnym kryzysie powoli plajtuje (zresztą dlatego się tam zatrzymaliśmy, bo były tanie hotele). Każdy, kto otarł się o technologię, wie skąd mnogość automatów sterowanych komputerowo: łatwiej można wymusić konkretne zachowanie automatu: najpierw dać trochę wygrać, potem wycisnąć z klienta trochę, potem znowu dać wygrać, a kiedy zacznie przejawiać oznaki uzależnienia (regularne, nerwowe przyciśnięcia klawisza) wydoić do dna. W niedalekim barze, gdzie jedliśmy kanapkę i zamówiliśmy piwo, automaty do gry były nawet wmontowane w bar i pociągający drinki oddawali się jednocześnie hazardowi.

Wieczorna wycieczka po Las Vegas, którą Ania i Roman przespali, pozwoliła rzucić okiem na słynne hotele: Camelot, Wyatt, Belaggio, Paris, Luxor, itd. Spektakularnie prezentują się wieczorem, ale w niczym nie zmienia to ogólnego odczucia Miasta Grzechu jako miejskiej dżungli i Miasta Ludzi Smutnych. W pamięci pozostają nie rozświetlone neonami dekoracje, ale obrazy zaciętych, smutnych twarzy tępo wpatrujących się w komputerowe ekrany, drobne oszustwo przy meldowaniu się w hotelu („opłata energetyczna”, $3.99, o której nie było mowy podczas rezerwacji), obraz kaplicy ślubów, ulotka Słodkiej Shelly o słowiańskich rysach, podana razem z poranną kawą oraz zasłyszana w hotelowym hallu rozmowa: „no przelej mi jeszcze trochę, kochanie... wiesz, świetnie mi idzie, już prawie się odegrałem... nie, to inne pieniądze, tamte są bezpieczne... mówię ci, na pewno dzisiaj wygram....”. Żadne z nas nie zdecydowało się na zagranie nawet w automacie na pięciocentówki, które stoją przy wyjściach, aby wyciągnąć ostatni grosz ze spłukanych klientów. Z ulgą opuszczaliśmy Miasto Grzechu, by kontynuować to, co było rdzeniem naszej podróży – czyli zwiedzanie parków narodowych.

Tam i z powrotem, czyli Wielki Kanion

Po drodze z Las Vegas czekało nas jeszcze jedno miejsce widokowe – miejscowość Boulder, a w niej – tama Hoover Dam, spiętrzająca wody rzeki Kolorado o 80 metrów i dostarczająca wodę i prąd całej okolicy. Wiedzie przez nią droga krajowa, która już wkrótce zostanie zamknięta, bo powyżej budowany jest most przez środek nieba, którą pójdzie autostrada 93. Widok jest surrealistyczny – po jednej stronie błękit jeziora zalewowego Lake Mead, czerwień piaskowców i znowu błękit nieba. Po drugiej – przepastny spillway tamy, plątanina kabli wysokiego napięcia oraz most w trakcie budowy. Na drodze jest korek oraz wyrywkowa kontrola samochodów – nic dziwnego, to jedyny przejazd przez Kolorado na przestrzeni 300 km, zaś ewentualny wybuch ładunku dużej mocy odpalonego przez terrorystę mógłby nie tylko zniszczyć tamę, pozbawić elektryczności połowę stanów Nevada i Arizona, a także zalać kilka miast po drodze.

Wielki Kanion Rzeki Kolorado, zwany przez nas Nieprawdopodobną Dziurą w Ziemi, pojawia się znienacka. Co prawda znaki drogowe od dawna mówią, ile jeszcze mil do wjazdu do parku narodowego, ale krajobraz pozostaje miły dla oka (pustynia stopniowo zamienia się w lasy sosnowe), ale nic nie jest w stanie przygotować człowieka na widok Wielkiej Dziury w Ziemi. Na krawędź zajechaliśmy o zachodzie słońca, co do wrażenia potęgi dodawało wrażenie niesamowitych barw. Kanion dosłownie poraża swoim ogromem i zróżnicowaniem. Jak okiem sięgnąć piętrzą się pionowe, czerwone piaskowce uformowane w mnniejsze wąwozy, zamki, baszty i blanki. Przejrzystość powietrza zwodzi wzrok, najodleglejsze skaliste katedry wydają się na wyciągnięcie ręki, ale kiedy człowiek zda sobie sprawę, że w istocie są odległe o kilka czy kilkanaście kilometrów, zaczyna zdawać sobie z ich ogromu. Jedynie wąska wstęga rzeki na dole i wąski pas zielni wokół niej przypominają, że ciągle jesteśmy na Ziemi, a nie na jakiejś innej planecie. Trudno uwierzyć, że to ta wąska struga wyrzeźbiła wszystko, co widzimy przed oczami.

Pierwszą noc spędziliśmy na kempingu Mather na górze kanionu. I tutaj warto zrobić krótką dygresję na temat pól namiotowych prowadzonych przez parki narodowe oraz stanowe. Na stosunkowo dużej przestrzeni rozrzucone są stosunkowo nieliczne miejsca kempingowe, z których każde zawiera miejsce na namiot (na którym pomiściłoby się z pięć namiotów), miejsce na samochód (odpowiednie bardziej dla tzw. RV, czyli domu na kółkach) oraz stół piknikowy, miejsce na ognisko, zaś na niektórych – dodatkowo pojemnik na żywność. Ranger na wjeździe daje mapkę z zaznaczonym miejscem biwakowania, instrukcję obsługi kempingu oraz plakietkę do wywieszenia na słupku przy każdym z pól. Wyrzucanie odpadków, pozostawianie na wierzchu żywności, palenie ognisk poza wyznaczonym miejscem, głośne zachowanie w godzinach ciszy nocnej albo karmienie zwierząt jest surowo zabronione. Pola namiotowe są raczej niedrogie, a dla uczniów i emerytów płatne wręcz symbolicznie (kilka dolarów). My z reguły płaciliśmy $14-$20 za noc dla nas wszystkich, co mile kontrastowało z kwotami płaconymi na przykład w Los Angeles ($77 za nas dwoje).

Wstaliśmy bardzo wcześnie rano i rozpoczęliśmy najbardziej ekstremalną część naszych wakacji – czyli zejście na dno Wielkiego Kanionu szlakiem Hermit Trail, z noclegiem na dole, na polu namiotowym Hermit Creek. W plecakach mieliśmy głównie wodę – zgodnie z obszernymi opisami dołączonymi do przepustki, trzeba pić przynajmniej 5 litrów dziennie, najlepiej cały czas, nawet wtedy, gdy się nie chce pić. Ania i Kuba mieli tzw. camelbaki, czyli plastikowe pojemniki mieszczące ok. półtora litra, z rurką z gumową końcówką, z której można pociągać małe łyki przez cały czas. Pierwszy odcinek pokonuje się szybko, bo jest stromo, a słońce ledwie wstało, więc upał nie dokuczał. W ten sposób osiąga się wysokość 1700 m n.p.m. (górna krawędź jest na 2100 m n.p.m.) i – nadal w cieniu – idzie się długim trawersem, z niewielkimi, choć stromymi zejściami do tzw. Schodów Katedralnych (Cathedral Stairs), zwanych tak zapewne od fantastycznej formacji skalnej przypominającej gotycką katedrę, a dumnie wznoszącą się niedaleko.  Cały czas towarzyszył nam coraz bardziej księżycowy krajobraz – skały, skały, nieliczne, suche rośliny i jeszcze raz skały. W jednym miejscu Kuba napotkał samotnego grzechotnika. O tej porze dnia dno kanionu było niestety już oświetlone palącym słońcem, które dodatkowo potęgowało zmęczenie. Tutaj się rozdzieliliśmy – jako że Ania i Kuba byli szybsi, poszli na dół, w kierunku pola namiotowego. Roman z Anią, nieco wolniejsi, schodzili wolniej i na rozwidleniu szlaków nie byli pewni w którą stronę iść, więc się zatrzymali. Amerykańskie szlaki są, niestety, słabo oznakowane i przy całym (ogromnym) szacunku dla National Park Service i rangerów, mogliby przyjechać na korepetycje do Polski – rysowanie kolorowych pasków naprawdę niewiele kosztuje, a pomaga bardzo.

Na szczęście, oczekiwanie nie trwało długo – Kuba zorientował się, że coś długo ich nie ma, zostawił Anię przy strumieniu Hermit Creek, a sam wrócił się po nieco przestraszonych (a na pewno skonfudowanych) towarzyszy. Wkrótce wszyscy byliśmy na polu namiotowym Hermit Creek, gdzie rozbiliśmy namioty, zamoczyliśmy stopy, zostawiliśmy większość rzeczy i na lekko zeszliśmy do rzeki Kolorado. Hermit Rapids, gdzie woda robi się  „biała” (Amerykanie używają tego eufemizmu, by określić miejsce o bystrym i rwącym nurcie), dało nam przekonanie, że pierwsza (łatwiejsza) część wyprawy za nami, a wizyta tam bardzo podbudowała morale wszystkich. Wyniosła Katedra piętrząca się nad bystrzami przypominała nam, że jutro ciężki dzień. Po powrocie na Hermit Creek upichciliśmy małe conieco i położyliśmy się spać.

Wstaliśmy ciemną nocą i ruszyliśmy o świcie, zgodnie z warunkami przepustki, zabierając z sobą wszystkie śmieci i odpadki. Gdyby jednak ktoś znalazł na polu namiotowym Hermit Creek czarny polar marki Campus, prosimy go serdecznie pozdrowić i nie przyznawać się rangerom, że to nasz. Schody Katedralne udało się nam pokonać w cieniu i dopiero po krótkim odpoczynku w Źródle Świętej Marii (Santa Maria Spring) kanion nam pokazał swoje ekstremalne oblicze. Zmęczeni po paru godzinach marszu, musieliśmy pokonać 400 metrów różnicy wysokości, w pełnym słońcu, w godzinach południowych, z całym dobytkiem (namiot, śpiwór, resztka wody) na plecach. Jak piszą rangerzy w ulotkach, „Wielki Kanion tym różni się od typowej turystyki górskiej, że najpierw jest łatwe zejście, a potem trudne wejście, a na dodatek zamiast zimna panuje morderczy upał”. Bardzo pomogły częste przystanki w cieniu, camelbak oraz kije trekkingowe – choć Ani jakoś te ostatnie nie przypadły do gustu. Znowu szliśmy osobno, ale tym razem różnica między osiągnięciem krawędzi Kanionu między jedną a drugą grupą była stosunkowo nieduża – w sam raz, by kupić zimną colę i świeże donuts, czyli obrzydliwie słodkie pączki z dziurką. Dodzio, z jego klimatyzowanym wnętrzem i miękkimi fotelami, był przez nas wychwalany pod niebiosa. We’ve done it!

W krainie Indian Navajo – Tuba City, Page i Antelope Canyon.

W miarę jak odpoczywaliśmy po trudach wycieczki na dno Wielkiego Kanionu, coraz bardziej troszczyliśmy się o dalsze punkty naszej wizyty. Planowaliśmy zanocować w Page, miejscowości nad kolejną zaporą (Glen Canyon), ale kilka telefonów wykonanych po drodze do kilku moteli zostawiło nas z przekonaniem, że noclegów albo nie ma, albo kosztują powyżej 100 dolarów. Zaczęliśmy badać okolice Page i okazało się, że 30 mil dalej znajduje się miasteczko Tuba City, w których za rozsądne pieniądze znaleźliśmy motel, przy czym pani lojalnie nas ostrzegła, że pokoje są bez łazienek. Okazało się, że może i łazienki są wspólne, ale za to przestronne i czyste, podobnie jak i pokoje – co nie zawsze mogliśmy powiedzieć o innych motelach. Zarezerwowaliśmy także wjazd do Antelope Canyon, piaskowcowego kanionu szczelinowego, który był następnym punktem naszej wizyty.

W ogóle Arizona na zachód od Grand Canyon Village to tereny Indian. Coraz częściej natykaliśmy się na tzw. trading posts, czyli indiańskie posterunki handlowe, w których dzieci Wielkiego Manitou wymieniają wykonane przez siebie towary na banknoty powołujące się na bliżej nieokreślonego Boga, w którym cała nadzieja (In God We Trust). Twarze mijanych kierowców były coraz bardziej żólto-czerwone, domy coraz biedniejsze i bardziej prowizoryczne, zaś zatkniętym amerykańskim flagom towarzyszyła flaga Ludu Navajo (Navajo Nation).

Tuba City to coś w środku niczego. Miasteczko składa się w zasadzie z jednego skrzyżowania, dwóch stacji benzynowych (po każdej stronie drogi jedna), kilku sypiących się moteli oraz paru sklepów i restauracji szybkiej obsługi. I to w jednej z nich, w KFC, postanowiliśmy zjeść kolację. Poza nami na kurczaki przyszli sami Indianie, dosłownie wszyscy w wersji XXL i XXXL (wg. europejskich standardów, bo w Ameryce są to odpowiednio M i L). A ponieważ byliśmy bardzo głodni, to wymyśliliśmy kubełek nr 3 (średni) dla dwóch osób. Przytomny młody wojownik Navajo, który nas obsługiwał, obrzuciwszy nas krytycznym okiem powiedział: lepszy byłby nr 2 – i to nie na dwójkę, a na całą czwórkę. Jak się okazało, miał rację, bo i tej „dwójce” nie daliśmy rady.

U Wodza Tsosie w Page, który prowadzi interes pod nazwą AntelopeSlotCanyon.com, okazało się, że przywitały nas zamknięte drzwi. Szybka kontrola czasu pokazała, że jest godzinę wcześniej niż myśleliśmy. Dlaczego? Rozwikłanie tej zagadki wymagało poznania zasad rządzących światem amerykańskich Indian. Otóż na terenach, na których stanowią większość (i to nie tylko w rezerwatach), stanowią również prawo. I tak w Tuba City, gdzie Navajo są zdecydowaną większością (zaś mniejszością bynajmniej nie Biali, ale Indianie Hopi), ustalili, że będą przestrzegać czasu letniego. Tymczasem reszta stanu Arizona, na terenie którego mieści się Page (zdominowane przez Białych – głównie personel przemysłu turystycznego związanego z Lake Powell oraz obsługę pobliskiej tamy Glen Canyon oraz elektrowni), nie uznaje letniej zmiany czasu. W związku z tym w Tuba City była ósma, a w Page – siódma i Chief Tsosie, zamiast przygotowywać turystów do wycieczek, zapewne otwierał jedno oko. Tytułem dygresji warto dodać, że Lud Navajo ma w nosie stan Arizona (oraz inne stany, na terenie których mieszka), uznaje zwierzchnictwo jedynie rządu federalnego. Ma to praktyczne konsekwencje – na terenach zarządzanych przez Nawahów niższe są podatki. Jeśli kierowca zostanie złapany przez szeryfa na terenie Ludu Navajo, ma obowiązek dać wybór kierowcy: albo płaci mandat stanowy, albo „nawahański”. Ten drugi jest niższy, a dodatkowo – informacja o nim nie jest przekazywana ubezpieczycielowi (czytaj: nie wpływa na wysokość OC). Indianie więc uprawiają swoisty „dumping cenowy”, pozyskując środki na działalność.

W każdym razie, Navajo dobrze pilnują interesów. Do organizowania wycieczek na teren Antelope Canyon dopuszczają tylko swoich, wśród których był Wódz Tsosie. Odegrał smętną melodię na indiańskim flecie, po czym wsadził nas w ciężarówki pod opieką indiańskiej przewodniczki zawiózł piaszczystą równiną na miejsce. Kanion Antylopy to fascynujące miejsce. Szeroka miejscami na kilka metrów, ale częściej na jeden-dwa metry szczelina, zwężająca się ku górze, przez którą wpada odrobnia światła – nadając miejscu inne barwy w zależności od pory dnia. Indianka chodziła po niej, pokazując co ciekawsze miejsca do robienia zdjęć. Zresztą, o Antelope Canyon nie ma co pisać – to trzeba zobaczyć na tym, tym, tym i jeszcze tym zdjęciu. I jeszcze tym i tym. No i tym oraz na tym, oczywiście. A w ogóle, to zdjęcia tak naprawdę niczego nie pokazują – to trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy. I pomyśleć, że miejsce kiedyś było wykorzystywane przez indiańskie dzieci jako miejsce na wagary...

Po zwiedzeniu Kanionu Antylopy pojechaliśmy jeszcze w okolice Page, na tzw. Horseshoe Bend. Rzeka Kolorado – spokojna w tym miejscu – robi tam zakręt o 180 stopniu w kanionie wysokim na jakieś dwieście metrów. Miejsce jest niesamowite, bo surowa czerwień skał na górze kontrastuje z rajskim błękitem rzeki i soczystą zielenią porastających jej brzegi zarośli. Odległość (wysokość) potęguje wrażenie nierzeczywistej oazy zagubionej wśród arizońskiej pustyni.

Jadąc z Page w stronę Monument Valley odwiedziliśmy jeszcze miejsce zwane Navajo National Monument. Niedługą, dobrze utrzymaną ścieżką idzie się do miejsca, skąd z dość dużej odległości (ok. kilometra) widać wykute w ścianie kanionu pueblo Indian Anasazi, którzy mieszkali tu 700 lat temu. Atmosfera miejsca jest niesamowita, bo nie ma w nim tłumów ludzi, zaś odległe domy sprzed kilku stuleci, wykute w litym piaskowcu, robią ogromne wrażenie – podobnie jak muzyka, którą zakupiliśmy. Z Navajo National Monument skierowaliśmy się w stronę Monument Valley, krainy pionowych skał spopularyzowanych przez westerny.

Wśród wyniosłych piaskowców – Monument Valley

Przekraczając granicę stanu Utah rozpoczęliśmy główną część naszego pobytu, czyli parki narodowe stanu Mormonów. Najpierw było Monument Valley, rejon monumentalnych, piaskowcowych ostańców sterczących z płaskiej jak stół ziemi. Zajechaliśmy o zachodzie słońca – akurat w chwili gdy Amerykanie wylegli tłumnie na taras hotelu The View, nazwanego bardzo trafnie. Aktualnie rządzą tam Indianie Navajo, co sprawia, że nasza roczna przepustka do parków narodowych nie pozwalała nam na darmowy wjazd. Wstęp do najpiękniejszej części parku Tse'Bii'Ndzisgaii, jak nazywają go Navajo, kosztuje jednak zaledwie $5 od osoby. W zamian otrzymuje się naprawdę niezapomniane widoki. Trasa widokowa, rozpoczynająca się od hotelu, ma 17 mil i jest drogą gruntową. Naszemu Dodziowi nie sprawiła jednak żadnych problemów. Duże wrażenie robią właściwie wszystkie formacje, ale szczególnie pionowe, sterczące w niebo słupy takie jak Three Sisters, Totem Pole albo oddalony nieco Mexican Hat.

Monument Valley wiele zawdzięcza dwóm ludziom – niejakiemu Gouldingowi, który osiedlił się w okolicach by wypasać tam bydło, ale urzeczony pięknem miejsca porobił zdjęcia i pojechał z nimi do Hollywood, aby tam przekonać producenta westernów Johna Forda do osadzenia ich fabuły w dolinie, oraz Johnowi Wayne, najbardziej znanemu aktorowi westernowemu, który w tych westernach grał. O obu się tam pamięta. My spaliśmy na Goulding’s Campground, miłym i niedrogim kempingu, z darmowymi prysznicami, sklepem i oświetleniem lampowym. Niedaleko znajduje się zaś kino, w którym na okrągło wyświetlane są filmy z Waynem.

Przez dziurę w skale – Arches

Z Monument Valley pojechaliśmy długą i bezosobową drogą w stronę parku narodowego Arches. Po drodze minęliśmy kilka smutnych miejsc amerykańskiego Zachodu, w którym jest raczej biednie – choć zwróciliśmy uwagę na popularność polskich psów. Zapewne chodzi o rodzaj hot-doga z polską kiełbasą... Zaraz na początku czekała nas niemiła niespodzianka – okazało się, że pole namiotowe, na którym planowaliśmy spać, było już całkowicie zapełnione. Nie pozostało nam nic innego jak poszukać noclegu w poblskiej miejscowości Moab, zwanej „bramą do Arches”. Okazało się, że nad rzeką Kolorado (tą samą) mieścił się całkiem przyjemny, prywatny kemping o dość wysokim standardzie. Obok łazienek z ciepłą wodą, wydzielonych i zacienionych miejsc kempingowych, mógł się poszczycić także pływalnią, z której wszakże nie skorzystaliśmy. Rozbiliśmy się szybko i pojechaliśmy, by w promieniach zachodzącego słońca obejrzeć Delicate Arch – jeden z najbardziej widowiskowych skalnych łuków w parku i całej Ameryce. Dość powiedzieć, że stoi jakby na postumencie, z widokiem na odległe góry Sal. Mieszkańcy stanu Utah umieścili go na swoich rejestracjach samochodowych. W promieniach zachodzącego słońca prezentował się okazale, zaś im niżej było słońce, tym więcej na niedalekiej galerii zbierało się fotografików-amatorów, by go uwiecznić. Nie czekając do zachodu słońca uwieczniliśmy siebie, zeszliśmy do Dodzia i odwiedziliśmy po drodze miejsce znane jako The Windows oraz Balanced Rock – kilkusettonowy głaz trzymający się na wysmukłym filarze. Ania trochę pomogła mu się trzymać...

Po uroczystej kolacji (świętowaliśmy rocznicę ślubu Ani i Kuby, z opóźnieniem zresztą) i nocy spędzonej przy ruchliwej drodze, pojechaliśmy rano na Devil’s Garden Trail. Wyposażeni w wodę, krótkie rękawy, kapelusze dobre buty poszliśmy w kilkugodzinną trasę, której piewszym akcentem był Landscape Arch. Choć dziś nie można już oglądać pejzaży zza jego łuku (skąd pochodzi nazwa), Landscape Arch przede wszystkim urzeka swoją rozpiętością i smukłością. Aż trudno uwierzyć, że skała trzyma się bez żadnego sztucznego wspomagania. Dalej nasza trasa wiodła wokół innych łuków, mniej albo bardziej okazałych. Jej zwieńczeniem był Private Arch w sekcji zwanej Devil’s Garden Primitive Trail. „Prymitywność” szlaku przejawiała się m.in. w jego słabym oznaczeniu, co sprawiło, że w którymś momencie zabłądziliśmy omijając szeroko reklamowany Double-O Arch. Kto wie, może jeszcze kiedyś się uda – jeśli tylko łuk nie zawali się do tego czasu, co zdarza się raz na parę lat? Przyroda w Arches na każdym kroku przypomina, że to pustynia. Tylko w jednym miejscu znaleźliśmy wodę – i to akurat w środku szlaku, gdzie stanowiła trudną do pokonania przeszkodę terenową. W parku Arches nawet słupki-oznaczenia szlaków – budowane są  inaczej.

Wymieniliśmy jeszcze olej w Dodziu, zrobiliśmy małe zakupy w supermarkecie w Moab i pojechaliśmy dalej. Nasza droga wiodła teraz przez bezkres pustyni w Utah, a potem żyzną dolinę miasta o zasłużonej nazwie Richfield. Zjedliśmy tam w Pizza Hut, gdzie po raz kolejny zaskoczyła nas wielkość porcji oraz otyłość klientów restauracji i z ulgą podziwialiśmy zadbane podwórka mormonów. Wierni Kościła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich (a może ich liczne żony) zdecydowanie lepiej dbają o domy, niż Indianie Navajo, którzy wydają się żyć głównie w przyczepach kempingowych oraz domach na kółkach.

Szczęśliwie udało się nam zarezerwować nocleg w przytulnym motelu w miejscowości nie wiedzieć czemu zwanej Tropic (w której było całkiem chłodno, bo to prawie 2000 m n.p.m.). W Bybee Steppingstone Motel mieliśmy okazję zobaczyć fajny zegar. Właśnie, who cares, skoro jesteśmy na wakacjach?

Tytułem dygresji warto opowiedzieć, że po drodze, w Richfield, znaleźliśmy darmową gazetkę z ogłoszeniami drobnymi. Ich lektura więcej powiedziała nam o świecie pobożnych Mormonów niż jakiekolwiek przewodniki. Obok standardowych ogłoszeń na temat działek, domów i samochodów, znajdowały się także ciekawsze. „Gotówka za trofea: racoon $50, jeleń $100, bawół $600”. „Kredyty pod zastaw. Przynieś swojgo guna, wyjdziesz z pieniędzmi”. „Zamiast wynajmować, kup mój dom na kółkach: jedyne $600”. Ale były też ciekawsze, np. „Po co się męczyć? Rozwód z załatwieniem spraw majątkowych i opieki nad dziećmi od $499. Rzetelność i dyskrecja”. Cóż, przy praktykowanej przez mormonów poligamii, rozwód musi być dla wielu również doświadczeniem wielokrotnym. Ale najlepsze było „Kochana, pamiętaj o college’u! Białe, bezdzietne małżeństwo z Colorado zaopiekuje się twoim maleństwem. Dom, dziadkowie, edukacja. Zadzwoń”. Po tej lekturze zielone pola Richfield wyglądały jakby mniej sielsko, ale bardziej swojsko... nawet Święci w Dniach Ostatnich mają podobne problemy, jak inni ludzie.

Dom szalonego rzeźbiarza – Bryce Canyon

Następnego dnia wstaliśmy wcześniej, aby obejrzeć wschód słońca w Bryce. Mimo zimna i ciemności ustawiliśmy się na Sunrise Point, jak sama nazwa wskazuje, miejscu specjalnie przeznaczonym do tego rodzaju spektaklu. Słowo „spektakl” wydaje się bardzo odpowiednie, bo widzowie też byli. Nie wiedząc, co nas czeka, a z napięciem oglądaliśmy szare kształty wyrastające z wielkiego amfiteatru skał. W stopniowo pojawiającym się świetle dziennym zaczęły ukazywać się pierwsze hoodoos, piaskowcowe skały zaludniające amfiteatr jak niema armia. W promieniach wschodzącego słońca kanion mienił się całą gamą barw, od jaskrawobiałego do intensywnej pomarańczy. Bryce wygląda jak dzieło szalonego artysty, który najpierw wyrzeźbił z piaskowca tysiące wystających skał, wyglądających trochę jak kredki stojące zatemperowanym końcem do góry, a potem machnął na to wszystko niedbale farbą.

Zejście do kanionu dobrze przygotowaną (dostępną zarówno dla ludzi, jak i dla koni) ścieżką było dużym przeżyciem. Ksztalty i kolory zmieniały się jak w kalejdoskopie, a każdy zakręt odsłaniał coraz bardziej fantazyjne kształty wyrzeźbione przez samą naturę, a nazwane przez ludzi Katedrą, Podwójnym Oknem czy Ogrodem Królowej Wiktorii. Kanion z dołu prezentuje się nie mniej okazale niż z góry, a palce dosłownie nie chciały zejść z migawki. Po ziemi biegały gęsto chipmunks, gryzonie podobne do wiewiórek, ale nieco od nich mniejsze. Zrobiliśmy tzw. dużą ósemkę po dnie kanionu i mimo, że spędziliśmy w nim właściwie cały dzień, w ogóle się nam nie nudziło.

W przewodniku piszą, że gdyby ktokolwiek miał odwiedzić Amerykę na jeden, jedyny dzień i zobaczyć tylko jedną,jedyną atrakcję, to powinien być to kanion Bryce. To może trochę zbyt ostry sąd, ale rzeczywiście jego piękno jest urzekające.

Jeszcze tego nie wiedzieliśmy, ale Bryce miał być ostatnim miejscem, w którym problemem był upał, szczególnie dotkliwy w niskich, osłoniętych od wiatru częściach kanionu.

W krainie patriarchów i aniołów – Zion

Bryce jest wspaniały, jednak nie ma tam za bardzo co robić dłużej niż przez jeden dzień. W związku z tym pojechaliśmy do Zion, ostatniego z parków narodowych w Utah, które mieliśmy w planie. Parę dni wcześniej udało nam się zarezerwować miejsce na polu namiotowym Watchman, rozłożonym u stóp wielkiej góry o tej samej nazwie. Zion położony jest u wejścia do kanionu rzeki Virgin, która wyżłobiła w miękkich piaskowcach wspaniały kanion, głęboki w niektórych miejscach nawet na 1000 metrów i obramowany niemal pionowymi ścianami gór o biblijnych nazwach: Sad Patriarchów, Lądowisko Aniołów, Świątynia Sinawavy, nadanymi przez pobożnych chrześcijan. Ale nic dziwnego – majestat gór okalających dolinę rzeki Virgin doprawdy przywodzi na myśl proroków i świętych. Wozi po niej autobus na gaz – wjazd prywatnymi samochodami jest zabroniony. Transport po parku zorganizowany jest świetnie – autobusy jeżdżą dosłownie co kilka minut, a kierowcy przez całą podróż spełniają rolę przewodników i opowiadają o mijanych miejscach.

Następnego dnia z samego rana poszliśmy na najważniejszą wycieczkę tego dnia – spacer korytem rzeki do Narrows. Parafrazując nasz przewodnik, Narrows to nie tyle konkretne miejsce, co stan ducha. Nie wiedzieliśmy, że przyjdzie nam iść przez większość czasu po kolana w wodzie – a w jednym momencie nawet niemal po pas. Niestety, tylko Ania była dobrze wyposażona – wzięła sandały. Pozostali szli boso, co opóźniało nasze tempo. W miarę, jak dzień stawał się coraz cieplejszy, grzaliśmy się w nielicznych nasłonecznionych plamach. Niemniej, kilkugodzinny spacer wąską gardzielą uważamy w sumie za udany. Na koniec dnia, poszliśmy jeszcze na mały spacerek do miejsca zwanego Emerald Pools, gdzie woda spadała ze skały i tworzyła małe jeziorka.

Następny dzień był najzimniejszy z dotychczasowych – zaczęliśmy go w swetrach, a niektórzy nawet w rękawiczkach. Na szczęście w sumie okazał się pogodny, a my mieliśmy ambitny plan pójścia na Angel’s Landing – szlak niezbyt może długi, ale słynny z powodu widoków i dużych trudności technicznych. Rzeczywiście, wycieczka okazała się bodaj najtrudniejsza technicznie z wszystkich, które mieliśmy podczas pobytu w USA. Po pierwszym, względnie łatwym odcinku (momentami nawet wyasfaltowanym), szlak wspinał się na grań. Po jednej stronie było dwieście metrów, po drugiej trzysta, a pośrodku – wąska  ściezka z łańcuchem. Tylko wiewiórki i chipmunks nic sobie nie robiły z przepaści i ganiały wesoło między ludźmi podkradając resztki ciasteczek... Widoki ze szczytu wynagradzały techniczne trudy wspinaczki – rzeczywiście, Lądowisko Aniołów ma taką nazwę jaką ma. Widoki są spektakularne, zarówno w dół rzeki Virgin, jak i na pobliski Great White Trone, okazałą ścianę wznoszącą się nad zakrętem rzeki.

Po zejściu pojechaliśmy jeszcze do Las Vegas, by się wyspać w miękkim i ciepłym łóżku, oprać i wypić amerykańskie piwo. Opuściliśmy Utah, kranę mormonów, piaskowców, parków narodowych i dom Indian Navajo.

Z misiem łapa w łapę – Yosemite

Z Miasta Grzechu pojechaliśmy przez pustynię w stronę jeziora Mono, mijając po drodze słynną bazę wojskową o kryptonimie Area 51, w której rzekomo przechowywane są zmumufikowane ciała kosmitów, a która w amerykańskiej popkulturze pełni misję szczególną. Jak trafnie ktoś zauważył, niewielu Amerykanów wierzy w UFO, ale nieomal wszyscy wierzą, że rząd federalny ukrywa coś w tej sprawie przed opinią publiczną. Niemniej, poza stacją benzynową, która reklamowała się sloganem „Zatankuj tutaj, przed tobą Area 51”, nie ma tam nic ciekawego. Kolejne sto kilometrów bezkresnej pustyni i wjechaliśmy z powrotem do stanu Kalifornia, przywitani przez funkcjonariusza inspekcji rolno-sanitarnej, którego interesowała jedynie nasza flaga. Pod wieczór dotarliśmy do Mono Lake, słonego jeziora, którego główną atrakcją są wędrujące ptaki morskie oraz tzw. tufas, czy skamieniałe kominy wystające kilka metrów na ziemię. Niegdyś były to złogi soli obrastajace gorące źródła mineralne na dnie jeziora, potem, kiedy miasto Los Angeles skierowało rzekę Owen w swoim kierunku, a wody jeziora opadły, wyszły nad powierzchnię. Dziś stanowią z jednej strony malowniczy element krajobrazu, z drugiej zaś – przypomnienie tamtej „historii o spragnionym gigancie” – jak pisał nasz przewodnik.

Nad brzegiem Mono porządnie zawiało, więc pojechaliśmy do pobliskiego sklepiku i zaopatrzyliśmy się w rękawiczki oraz mapę i skierowaliśmy w stronę przełęczy Tioga. Leżąca na wysokości ponad 3000 m n.p.m., przenosi nas ze świata bezkresnych pustyń i suchych gór Nevady w świat granitowych skał i szumiących lasów Sierra Nevada. Pejzaż zmienia się dosłownie nagle, człowiek czuje się jak w Tatrach i nagle ma wrażenie, że zza zakrętu wyłoni się góralska bryczka, kierdel „łowiecek” i pilnujący ich baca. Po dłuższym poszukiwaniu trafiliśmy wreszcie na pole namiotowe Hodgdon Meadows. Budka rangerów była już zamknięta, ale na wywieszonej za szybą kartce znaleźliśmy nasze nazwiska, zaś w skrzynce – garść ulotek na temat pola, z których najważniejsze traktowały o misiach.

Niedźwiedzie czarne, czyli baribale, są prawdziwą zmorą w górach Sierra Nevada – tym większą, że właśnie była jesień, czas gromadzenia przez nie zapasów na zimę. Nocami krążą po okolicach nawiedzanych przez ludzi, poszukując pożywienia – przede wszystkim w śmietnikach i wśród żywności pozostawianej na wierzchu przez ludzi. Ulotka, którą wzięliśmy przy kiosku rangerów, instruowała szczegółowo: żywność, śmieci oraz kosmetyki (w tym np. chusteczki zapachowe) powinna być zamknięta w specjalnej, pancernej skrzynce antymisiowej, która stała na każdej parceli na polu. Niczego nie wolno było zostawić w samochodzie – dla głodnego misia blaszane drzwi nie są przeszkodą, co zilustrowane było zdjęciem niedźwiedzia wygarniającego zapasy z samochodu, obok którego leżały zgięte i zmięte niczym kartka papieru drzwi samochodowe. Wszystkie kosze na śmieci, które widzieliśmy zarówno na kempingach, jak i w Yosemite Village, były zamykane i posiadały specjalne zabezpieczenia. Nawet autobusy parku narodowego, rozwożące turystów pomiędzy największymi atrakcjami i początkami szlaków, zamiast numerów mają napisy: Keep bears wild, lock your food.

Mimo licznych informacji, misia nie udało się nam spotkać – przynajmniej na żywo. Ryczał gdzieś w lesie nocą – może z żałości, że nikt nie zostawił mu na wierzchu żadnego kosza piknikowego, ulubionego przysmaku Yogiego z parku Yellowstone? Rano pojechaliśmy do Yosemite Village, gdzie rangerka doradziła nam dwie wycieczki. Pierwsza wiodła do wodospadów Vernal Falls i Nevada Falls. Drugiej, na Glacier Point, mieliśmy nie zrealizować.

Wodospady Vernal i Nevada leżą nad sobą, o jakąś godzinę marszu dobrze przygotowanym i – jak to w USA – kiepsko oznaczonym szlakiem. Vernal Fall jest bardzo widowiskowy, z jeziorkiem u stóp i wspaniałą tęczą skrzącą się w opadającej wodzie – najchętniej fotografowanym obiektem na całej trasie. Trasa jest momentami dość stroma, na dole raczej zatłoczona (na górze jest lepiej). U szczytu wodospadu obszerne jeziora i wartkie strumienie aż zachęcają do kąpieli – jednak ostrzegają przed nią obrazowe tablice. Woda, jak piszą, jest zdradliwa i potrafi znieść aż do wodospadu. Nevada Falls, położony wyżej bardziej kładzie się po stopniach skalnych niż spada z nich. Z całej drogi rozciągają się widoki na dolinę Yosemite, a szczególnie na Half Dome – najbardziej stromą górę Ameryki i najbardziej wymagający szlak turystyczny w Yosemite. Na wieczór pojechaliśmy jeszcze pod El Capitan – legendarną, granitową ścianę. Poufale w środowisku wspinaczy nazywana jest El Cap, uważana jest jednak za skałowe magisterium, jeśli nie doktorat. Po raz pierwszy klasycznie została pokonana dopiero w 1988 roku! Wzięliśmy po pamiątkowym granicie z El Cap, może kiedyś tam wrócimy.

Pogoda podczas całego dnia była letnia, ale pod koniec powiał zimny wiatr i zamiótł żółte liście, przypominając, że to już jesień. W pełni mieliśmy to poczuć następnego poranka, który przywitał nas mrozem i wilgocia na ziemi. Choć na polu namiotowym nie leżał śnieg, to spotkaliśmy go już kawałek dalej, jadąc do doliny. Od początku było jasne, że zasnuta mgłą dolina nie jest dzisiaj przyjazna dla wędrowców. Rangerka, żegnając nas, mówiła: „Mam nadzieję, że nie jedziecie przez Tioga Pass, bo dzisiaj ją zamknęliśmy. Jest tam heavy snow i być może otworzymy ją dopiero w maju”. My zaś wiedzieliśmy, że Glacier Point będzie oblodzony i zachmurzony. Po chwili zastanowienia i po obfotografowaniu pięknych w swej surowości, zachmurzonych gór zdecydowaliśmy pojechać wcześniej do San Francisco. Przez rolniczą dolinę Central Valley, z niewielkim przystankiem w Mariposa (gdzie znaleźliśmy jedyne miejsce w USA z dobrą kawą, Pony Expresso), przyjechaliśmy na kalifornijskie wybrzeże, kończąc tym samym okres intensywnego hikingu na rzecz zwiedzania miast i ich okolic. Przed Bay Bridge ($4) wjechaliśmy do Miasta nad Zatoką.

Pod tęczową flagą – San Francisco

Po drodze Kuba przeczytał obszerne fragmenty przewodnika. Wychodzi na to, że typowy mieszkaniec San Francisco jest Chińczykiem, gejem/lesbijką, komputerowym geekiem albo maoistą. Kuba bezdyskusyjnie był geekiem, do zagospodarowania zostały pozostałe role. Chińczyk cieszył się stosunkowo największym powodzeniem...

Greenwich Inn, niedrogi motel, położony był w tzw. Cow Hollow, rejonie miasta odległym od centrum o jakieś 20 minut spaceru. I choć nie był szczególnie piękny ani czysty (ale w granicach rozsądku), to ciepłe łóżko i gorący prysznic stanowiły miłą odmianę po karimatach, namiocie i polu namiotowym bez ciepłej wody. San Francisco jest jednak jednym z tych nielicznych amerykańskich miast, gdzie komunikacja publiczna rozwinięta jest stosunkowo dobrze. Pierwszego dnia pojechaliśmy więc trolejbusem do Chinatown, gdzie zjedliśmy smaczny i niedrogi obiad w knajpce, w której jedynie my nie mieliśmy skośnych oczu.

Następnego dnia od rana pojechaliśmy przez Golden Gate (po drodze robiąc zdjęcia) do Muir Woods, niedalekiego rezerwatu (National Monument) z rosłymi sekwojami wiecznie zielonymi (redwoods). Osiągają ponad sto metrów wysokości (!!!), co tak naprawdę można docenić jedynie oglądając zawaloną sekwoję – kiedy bowiem patrzy się z dołu, korona jest w ogóle niewidoczna. Muir Woods urzekło nas swoim spokojem i atmosferą; trudno uwierzyć, ale gdyby nie przemysłowiec i kongresmen z San Franciso, William Kent, dolina w latach 20-tych zostałaby zalana na potrzeby jeziora zaporowego.

Z rezerwatu pojechaliśmy w miejsce zwane Twin Peaks, które kojarzy się ze znanym serialem, ale którego wygląd lepiej oddaje hiszpańska nazwa: El Pecho de la Chola, czyli „piersi Indianki”. Dwa szczyty piętrzą się nad San Francisco, zaś widokowy taras pozwala obserwować i fotografować panoramę miasta, które latem nazywane jest Fog City, ze względu na gęsto snującą się mgłę, ale dla nas było łaskawe. Na koniec przejechaliśmy przez Castro – dzielnicę gejów, nad którą powiewa tęczowa flaga – i pojechaliśmy zobaczyć tramwaj na linie (cable car), kręcącą się zakosami uliczkę Lombard Street oraz Fisherman’s Wharf i Pier 39 – turystyczne nadbrzeże San Francisco, przy którym największą atrakcją są widoki na Alcatraz i lwy morskie. Dzień był udany dla wszystkich, może z wyjątkiem kraba, który wjechał na talerz Ani wywołując konfuzję i pewien jakby niesmak, ale potem jednak padł pod połączonymi siłami Ani, Romana z pomocą Kuby.

Następny dzień upłynął nam niemal w całości w Exploratorium, muzeum nauki, w którym wszystkiego można dotknąć. Robiliśmy tam kilkumetrowe bańki mydlane, nosiliśmy na głowach odwracacze słuchu, bawiliśmy się trąbą powietrzną oraz obserwowaliśmy, jak wzrok oszukuje ten sam obraz interpretując raz jako wizerunek Marylin Monroe, a innym razem jako Alberta Einsteina. Resztę tego krótkiego dnia spędziliśmy na plaży Blacks Beach, ze wspaniałymi widokami na Golden Gate oraz nurkujące w poszukiwaniu ryb pelikany oraz towarzyszące im lwy morskie. Spóźniliśmy się niestety do ogrodu Japanese Tea Garden, ale mieliśmy niezapomniany przejazd przez Haight-Ashbury, dzielnicę słynącą z alternatywnych pubów, maoistowskich księgarni, klubów anarchistów i łatwego dostępu do marihuany. Niedaleko stąd narodziły się grupy The Grateful Dead, Jefferson Airplane, zaś skręty odpalała Janis Joplin. Trolejbus zaludnił się dziwnie wyglądającymi typami w kurtkach Armii Czerwonej, z kolczykami większymi od uszu i brezentowymi plecakami w stylu późnego socjalizmu. W ogóle kulturę alternatywną, a w szczególności hipisowską, widać niemal na każdym kroku. Naszą skołataną duszę ukoił dopiero obiad we włoskiej restauracji obok motelu.

Krzem, tekstylia i piasek – od San José do Carmel

Rano autostradą 101 ruszyliśmy w stronę San Jose przez Krzemową Dolinę. Mijane zjazdy na autostradę – Palo Alto, Sunnyvale, Mountain View, Cupertino, wreszcie samo San Jose – znane są doskonale każdemu entuzjaście komputerów. My wylądowaliśmy w Milpitas, w wielkim centrum handlowym, gdzie Ania i Roman dokonali zakupów (głównie ciuchowych), zaś druga Ania i Kuba pojechali do Muzeum Historii Komputerów (Computer History Museum). Kuba czuł się tam jak ryba w wodzie, wszystkie legendy swojego dzieciństwa i młodości widząc tuż na wyciągnięcie ręki. W muzeum zgromadzono m.in. rekonstrukcję maszyny Babbage’a, fragmenty komputera Zusego, pierwsze mikrokomputery, PDP-11 i Cray-2 oraz jedną z pierwszych szaf serwerowych Google’a. Nie zabrakło Enigmy, przy której zresztą szczegółowo opisano rolę poznańskich kryptologów. Ściany zdobią portrety tuzów informatyki, z których zdecydowana większość ma w podpisie tylko datę urodzenia. Ania zwróciła uwagę, że nie zna innego muzeum, w której tak wielu „autorów” eksponatów byłoby nadal żyjącymi ludźmi, często zasiadającymi w radzie powierniczej.

Potem nasza droga powiodła w kierunku Monterey, gdzie po nocy spędzonej w miłym motelu pojechaliśmy do Monterey Bay Aquarium. Na powierzchni ładnych kilku tysięcy metrów kwadratowych zgromadzono tutaj zarówno ekponaty, jak i – czy raczej przede wszystkim – żywe zwierzęta. A wszystko zaaranżowane jest tak, jak w naturalnym środowisku. Tuńczyki, rekiny i sardynki pływaja w wielkim akwarium, meduzy majestatycznie dryfują podświetlane kolorowym światłem, pingwiny spacerują po wybiegu, rafa skrzy się wszystkimi kolorami, zaś wesołe wydry morskie pływają na plecach i wcinają kraby. Duże wrażenie zrobiła nas wystawa koników morskich, pokazanych w różnych fazach rozwoju i w różnym środowisku oraz część dla dzieci (tzw. splash zone) – w której można było m.in. dotknąć płaszczki, wyciągnąć z dziury pluszową murenę albo pobawić się na placu zabaw z motywami morskimi.

Przed akwarium zaliczyliśmy tzw. 17 Mile Drive, przejażdżkę wybrzeżem półwyspu Monterey, wśród luksusowych rezydencji, pól golfowych, alg i nadmorskich cyprysów. Był to przejazd rozczarowujący i to dwojako – widoki nie były szczególnie atrakcyjne ze względu na pogodę (było pochmurno), a na dodatek wjazd kosztował prawie $10. Rozczarowanie nieco złagodziły foki wylegujące się na skałach, jeleń na polu golfowym (może grał?) oraz samotny cyprys (lone cypress), jeden z najbardziej znanych widoków Zachodniego Wybrzeża.

Następnym naszym przystankiem było Carmel. Przewodnik pisze, że w miasteczku zabronione są neony, zaś tamtejsza plaża to jedno z nielicznych miejsc, gdzie psy mogą biegać bez smyczy, a także miasto, które – uwaga! – zabrania nosić obcasy wyższe niż 2 cale, jeśli podeszwa nie ma więcej niż 1 cal. Jeśli policja zauważy psa siedzącego w środku samochodu bez wody i dopływu świeżego powietrza, ma obowiązek włamać się do środka, by ulżyć doli czworonoga, a potem odszukać właściciela i ukarać go grzywną. Lokalne prawa zabraniają także publicznego jedzenia lodów, co zresztą stało się osią kampanii Brudnego Harry’ego, czyli Clinta Eastwooda, na burmistrza.

Rzeczywiście, właścicieli z psami było naprawdę wielu, my zaś wygrzewaliśmy się w słońcu i doskonale bawiliśmy, gdy jedna z pań-psiarek zostawiła swoje rzeczy by pójść po czworonoga, a wokół jej siatki zaczęly natychmiast kręcić się mewy i wiewiórki. Wcześniej odwiedziliśmy misję Carmel, przeurocze miejsce gdzie Junipero Serra, hiszpański zakonnik, nawracał Indian, co upamiętniają ich groby obłożone wielkimi muszlami i krzyż z wpisaną w ramiona indiańską strzałą. Carmel to także jedno z tych miejsc, gdzie na prośbę o broszurę po polsku otrzymaliśmy ją i choć poprawność językowa pozostawiała wiele do życzenia, to było to miłe. Kolejnym „polskim akcentem”, jeśli można tak powiedzieć, była tablica upamiętniająca wizytę Jana Pawła II w 1987 roku. Misja Carmel to jedno z tych nielicznych miejsc w USA, gdzie jest cicho, spokojnie i gdzie budynki są naprawdę stare. Dosłownie czuć atmosferę życia zakonników,  cywilizujących Indian za pomocą Słowa Bożego, wynalazków koła, pługu i płodozmianu, ale również często ciężkozbrojnego hiszpańskiego żołnierza.

Na kraniec zachodniej cywilizacji – Highway 1 do Los Angeles

Z Carmel pojechaliśmy wybrzeżem Pacyfiku na południe słynną drogą Highway 1. Wybudowana w latach 30-tych XX wieku, jako jeszcze jedna inwestycja rządu mająca zapewnić popyt i pracę podczas Wielkiego Kryzysu, prezentuje się niezwykle malowniczo. Poranne mgły dawno opadły i 100 mil, które dzieliło nas od miasta San Simeon, w którym planowaliśmy nocleg, przebyliśmy w parę godzin głównie ze względu na liczne postoje w celu robienia zdjęć. Dosłownie za każdym zakrętem wyłaniał sie nowy pejzaż – wśród nich skały Big Sur, słynny most Bixby Creek, parki stanowe Point Lobos i latarnia morska Piedras Blancas. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze uroczy sklepik połączony z knajpką. Zawodzący śpiew Janis Joplin, długie, siwiuteńskie włosy gospodyni oraz asortyment jednoznacznie wskazał nam, że to jeszcze jedna pozostałość złotych lat 60-tych i siedemdziesiątych, gdy rockandroll osiągnął wiek dojrzały, hipisi robili miłość nie wojnę, a każdy po 30-tce był podejrzany.

Ostatnią noc na polu namiotowym spędziliśmy niedaleko San Simeon, początkowo nieco skonfudowani pustką (która rano okazała się po prostu małym obłożeniem). Był to zresztą kemping samoobsługowy – należało pobrać małą kopertę przy wjeździe, wypisać swoje dane, odedrzeć kwitek, do koperty włożyć odliczoną kwotę opłaty, zakleić ją i wrzucić do skarbonki. Raz dziennie na pole namiotowe przyjeżdża ranger, opróżnia skarbonkę i sprawdza, czy wszyscy mają kwitki z aktualną datą. Proste? Proste, ale wymaga dużego kapitału zaufania społecznego i skutecznych mechanizmów egzekucyjnych w przypadku nieuiszczenia opłaty.

Następnego dnia po ostatniej nocy pod namiotem pojechaliśmy do San Simeon, aby zwiedzić tzw. Zamek Hearsta (Hearst Castle). Mimo zapowiedzi, że bilety trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem, udało się nam je bez kłopotu zakupić. Hearst Castle wcale nie jest zamkiem, a rezydencją – zaś główny dom przypomina katedrę. Magnat prasowy z początku wieku wybudował go na ziemiach, które odziedziczył po ojcu. W efekcie, większość eksponatów, które mijaliśmy zwiedzając pokoje gościnne oraz sam dom (wyglądający z zewnątrz jak kościół, w środku zaś – jak skrzyżowanie zamku nad Loarą z brytyjskim collegem), ma setki i tysiące lat, a ich wartość trudno ocenić – bo już dzisiaj nikt nie pozwala na handel tej klasy zabytkami. Sam był fanem sztuki starożytnej, wyposażył więc swoje rancho w najznakomitsze kolekcje sztuki, wyprzedawane po I wojnie przez rody arystokratyczne zrujnowanej Europy i zapraszał uznanych ludzi owych czasów – aktorów, pisarzy, gwiazdy sportu  – by odpoczęli z dala od zgiełku miast, wśród takich jak oni, w łagodnym klimacie wybrzeża Pacyfiku. Najbardziej fotogeniczna jest zewnętrzna pływalnia, w stylu rzymskich łaźni, urządzona ze smakiem i stylem, czego nie da się raczej powiedzieć o reszcie tego muzeum pod gołym niebem. Zaś najbogaciej wygląda wewnętrzny basen – niektóre kafelki są podobno z 24-karatowego złota.

Mimo subtelnej konstrukcji i ozdobnych ścian, la cuesta encantada (jak Hearst nazywał swoje rancho) to solidna konstrukcja z żelbetonu – wszak rejon jest sejsmiczny. Ziemie, które należały do niego, obejmowały setki kilometrów kwadratowych. Gdy jedna z aktorek zapytała Hearsta „chce pan powiedzieć, że to wszystko, aż do tamtej góry, należy do Pana”. „Ależ skądże znowu” – roześmiał się Hearst – „ta góra i ziemie za nią także!” Szczególnie zapadła nam w pamięć anegdota opowiadana przez przewodniczkę o tym, jak Walt Disney opowiadał Hearstowi o swoich planach, by nakręcić pełnometrażowy film animowany. „Godzina i czterdzieści minut rysowanych obrazków? Walt, zwariowałeś? Na tym nie da się zarobić.” – powiedział mu Hearst, skądinąd również producent filmów niemych i dźwiękowych osiągający sukcesy na rynku. Jak widać, każdy ma własny horyzont wyobraźni. Disney – a raczej jego ludzie – osiągnęli go kilkadziesiąt lat później, gdy podobną rozmowę odbyli z przedstawicielami Pixara, z podobnym skutkiem.

Z San Simeon pojechaliśmy do Santa Barbara, kurortu nad Pacyfikiem, znanego jako miejsce wypoczynkowe oraz miejsce zamieszkania takich gwiazd filmu jak Tom Hanks, Ronald Reagan, Kevin Costner i Tom Cruise. Poza plażą z widokiem na góry Santa Ynez, zagospodarowaną przez nastolatków i bezdomnych, nie ma tam właściwie nic ciekawego. Niestety, była piąta po południu i autostrada do Los Angeles była zatłoczona. Pięć pasów posuwało się w żółwim tempie, co miało swoje wady, ale i jedną zaletę. Otóż podczas tej podróży Kuba wpadł na pomysł, że jako pracownik GE ma prawo do zniżkowej wizyty w Universal Studios. Właściwą stronę internetową udało się znaleźć szybko, zaś korek na autostradzie dał czas na sfinalizowanie transakcji – a dokładniej, dwóch transakcji, o czym za chwilę.

Los Angeles oglądane po raz drugi wydaje się równie bezosobowe jak po raz pierwszy. It's the edge of the world / and all of Western civilization – jak śpiewa Red Hot Chili Peppers w utworze Californication. Przez następne dwie noce mieliśmy poczuć nastrój krawędzi spędzając noce w tanim motelu, określanym przez niektóre portale jako zapchlona, śmierdząca dziura w której rządzą fałszerze kart kredytowych. Nie było tak źle i właściwie jedyne, co można mu zarzucić, to kłopoty ze spłukiwaniem toalety.

O mumii i innych demonach – Universal Studios

Przez nieporozumienie staliśmy się posiadaczami dwóch kompletów biletów do Univeral Studios Hollywood – jednego pracowniczego, na normalne zwiedzanie, i drugiego na Halloween Horror Night. Początkowo ten drugi chcieliśmy oddać, ale po zastanowieniu i usłyszeniu paru opinii w kolejce („nareszcie dzisiaj Halloween Horror Night, cały rok czekałem!”) postanowiliśmy tam jednak pójść.

Póki co jednak czekało nas „normalne” zwiedzanie. Univeral Studios to pomieszanie wesołego miasteczka z filmowo-teatralnym show. Rozłożone na dużej powierzchni, łączy się z faktyczną wytwórną filmową i jej halami. Na miejscu byliśmy bardzo wcześnie, co pozwoliło nam skorzystać z wielu atrakcji bez kolejek. Byliśmy m.in. na filmie Shrek 4D (trzy wymiary, plus woda pryskająca na twarz, ruszające się fotele, powietrze zza ramienia oraz szmatki łechtające po łydkach), przedstawieniu na temat zwierzaków w filmach i efektów specjalnych, pływających po Parku Jurajskim łodziach (uwaga, mokre!) i rollercoasterze, z motywami z „Mumii” i paru innymi atrakcjach. Szybko się opisuje, ale zwiedzania było na cały dzień. Największe wrażenie zrobiły na nas chyba show z Water World (w oryginalnej dekoracji filmowej, przygotowanej przez Kevina Costnera na potrzeby filmu i z wpadającym w środku show samolotem) oraz Backdraft – pokaz ognia na żywo. No i bardzo podobali się nam Blues Brothers – klasyka gatunku oraz kosmonauci Apollo 13, do których dołączyła Ania.

Wieczorem, po obiedzie i drobnych zakupach, pojechaliśmy na Halloween Horror Night. Już wejście na teren Universal Studios było emocjonujące. W ciemności, w ciemnym przejściu, między ludzi wmieszali się ludzie przebrani za duchy, trupy, świnie z rzeźni. Niektórzy byli wyposażeni w piły łancuchowe i zamierzali się nimi na przechodzących – strasząc przede wszystkim dziewczyny. Przy bramie piekieł na szczudłach chodził sam Lucyfer, a w oparach dymu tańczyły skąpo ubrane diablice. Oprócz scare zones, czyli terenów, w których straszono, była kilka stałych ekspozycji. Z reguły były to labirynty oparte na motywach wybranych filmów wytwórni Universal. Chodziło się po pokojach, w których były porozrzucane zakrwawione koszule, trupy, dowody zbrodni, a raz na jakiś czas skądś wypadał człowiek przebrany za szwarccharakter z filmu i głośnym „łaaaa!” straszył przechodnia. Momentami było to naprawdę sugestywne, szczególnie w labiryncie The Life and Crimes of Michael Myers, gdzie wrażenie bezpośredniej obecności w miejscu zbrodni było spotęgowane smrodem. Brrr... Jednak tradycja Helloween, obca polskiej kulturze, okazała się być nużąca po pewnym czasie, kiedy człowiek przyzwyczaił się już do gości z nożami powbijanymi w głowę, sterczacymi kośćmi i przechodniami o twarzach trupów. Najjaśniejszym punktem Halloween Horror Night by Rocky Horror Picture Show – The Tribute był musical o wampirach-transwestytach. Stosunkowo szybko znaleźliśmy się w motelu, by następnego dnia wykonać ostatni, obowiązkowy punkt naszej wycieczki: kąpiel w Pacyfiku.

Dzień ostatni i powrót

Na koniec linie Northwest zafundowały nam niespodziankę – bez naszej wiedzy przebukowały nas na późniejszy lot, przez Paryż. Niestety oznaczało to, że będziemy w Warszawie o 9 wieczorem – co dość skutecznie eliminowało możliwość pójścia do pracy we wtorek. Na szczęście udało się z powrotem przebukować na lot wcześniejszy – kosztem dodatkowej przesiadki i wcześniejszego wylotu. Rano pojechaliśmy jeszcze na plażę w Venice, by wykonać ostatni akcent tego pobytu – kąpiel w Pacyfiku. Tylko Ani i Kuby nie przestraszyły wysokie, oceaniczne fale i chmury. Mimo wszystko, woda była cieplejsza niż w Bałtyku latem. Potem oddaliśmy naszego Dodzia (czule go żegnając) do wypożyczalni, pojechaliśmy na lotnisko i bez dalszych przeszkód polecieliśmy. Na deser czekał nas jeszcze bieg przez lotnisko w Minneapolis, gdzie omal spóźniliśmy się na samolot do Amsterdamu. Na szczęście okazało się, że zdążyliśmy nie tylko my, ale i obsługa lotniska – nasze bagaże doleciały razem z nami.

Refleksje i obrazy pod powiekami

Ameryka widziana z perspektywy czysto turystycznej jest bardzo zróżnicowana. Od rozległych plaż Santa Monica, poprzez bezludne pustnie Nevady, aż po równinę Monument Valley i mesy w Arches – zwraca uwagę Przestrzeń. Ducha tego kraju i ludzi go tworzących definiują pewne stereotypy, właśnie stereotyp Przestrzeni i jednocześnie Drogi wiodącej przez nią. Pół Ameryki jest w Podróży – jedni przemieszczają się swoimi truckami, inni podróżują domami na kółkach, jeszcze inni na stałe mieszkają w przyczepach albo mobile homes, często od dziesiątków lat. Bezdomni w Los Angeles i Las Vegas, których widać naprawdę wielu, także sprawiają wrażenie bezdomnych raczej z wyboru niż z konieczności. Może po prostu wybrali pozostawanie w Drodze jako swój los?

Ameryka jest sama w sobie i sama dla siebie. Brak tutaj wyraźnych symptomów istnienia świata poza Ameryką. Nieliczne znamiona, że gdzieś jest jakiś inny świat, w którym dzieje się coś ciekawego (np. hotele Paris albo Venetian w Las Vegas; meksykańskie, włoskie albo chińskie knajpy, ludzie o innych kolorach skóry) są w jakiś sposób oswojone i zamerykanizowane, albo też – jak w Vegas – ujęte w kulturowy cudzysłów. Tylko tutaj można przeżyć całe życie korzystając tylko z amerykańskich produktów – samochodu Dodge, komputera Dell, zup w puszce Campbell’s i telefonów Motorola, w błogiej świadomości, że może poza Ameryką istnieje jakiś świat, ale niczego istotnego nie wytwarza. Oczywiście duża część tych produktów tworzona jest w Chinach, ale obecność amerykańskich marek na ich obudowach „naturalizuje je” w taki sposób, w jaki naturalizowane jest środowisko imigrantów. 29% mieszkańców Kalifornii urodziło się poza USA, zaś w sumie ponad 50% jest imigrantem w co najmniej drugim pokoleniu. To „oswojenie” ma swoje dobre zalety, np. wszędzie traktowano nas bardzo życzliwie i nikt nie przejawiał wobec obcokrajowców żadnego dystansu ani podejrzliwości, o które łatwo nie tylko w Polsce (w miarę jednolitej etnicznie), ale i teoretycznie wielokulturowych społeczeństwach Zachodniej Europy.

Imponuje podejście Amerykanów do przyrody i parków narodowych. Centralny system rezerwacji wszystkich pól namiotowych i kempingów należących do NPS, znakomita informacja turystyczna, dbałość o to, by każdy wychodzący w teren wiedział jak się tam zachować, przepustki wydawane do najbardziej obleganych lub najbardziej „wrażliwych” miejsc – widać, że uczyli się tego przez dekady. Ceny są wysokie, ale tylko wtedy, gdy ktoś przybywa jednorazowo i sam – bo roczny Annual Pass dla samochodu i 4 osób kosztuje $80 i nawet przy takiej wizycie jak nasza opłaca się go kupić bez chwili zastanowienia. Amerykanie są o lata przed resztą świata. Miarą tej kultury i profesjonalizmu w podejściu do przyrody w Polsce będzie wyrzucenie śmierdzących i powolnych końskich zaprzęgów na drodze do Morskiego Oka i zastąpienie tego transportu elektrycznymi lub gazowymi autobusami, takimi jak w Zion.

Parę rzeczy w Ameryce przeraża. Najważniejsza to chyba otyłość społeczeństwa – monstrualna i powszechna. U Indian Navajo w Tuba City nie było na oko nikogo, kto ważyłby mniej niż 150 kilogramów. W San Diego SeaWorld są specjalne wózki, teoretycznie dla inwalidów, faktycznie – dla grubasów. W Europie też można spotkać grubasa, ale nie jest ich aż tyle i nie ma chyba ludzi tak monstrualnie, nieprawdopodobnie beczkowatych jak w USA. Przeraża Las Vegas, miasto-monstrum, miasto-wampir. Jak to możliwe, czy naprawdę jest aż tylu ludzi, którzy chcą się spłukać z pieniędzy i obejrzeć przebrzmiałych artystów, żeby utrzymać milionowe miasto pośrodku pustyni? No dobrze, pojechać tam raz, pobawić się – ale wybrać się tam na cały tydzień i to co rok?

Z podróży zostanie nam kilka obrazów pod powiekami, nieujętych na zdjęciach. Na pewno będzie wśród nich ogrom Wielkiego Kanionu, niemożliwy do oddania na jakimkolwiek zdjęciu. Inną – bezkres pustyni Mojave we wschodniej Nevadzie. Jeszcze innym – surowe piękno piaskowcowych skał podziwianych o świecie na drodze z Tuba City do Page. Atmofera chińskiej „badziewiarni” w San Francisco albo trolejbusu przejeżdżającego przez Haight & Ashbury – i widok starszego pana w czerwonej sukience damskiej, fioletowym polarku i adidasach, który wszedł do trolejbusu i jakby nigdy nic siadł, przy braku reakcji kogokolwiek.

Z podróży pozostanie zachwyt dla wyobraźni i jednocześnie podziw dla inżynierskiego kunsztu twórców mostu Golden Gate czy Hoover Dam – obu powstałych w latach 30-tych XX wieku. I zadziwienie – jak to się stało, że w jednym miejscu, na przestrzeni zaledwie kilkudziesięciu kilometrów autostrad 101 i 280 pomiędzy San Jose i San Francisco powstała większość światowego przemysłu informatycznego oraz duża część odkryć w innych przemysłach nowoczesnych technologii?

 

A oto mapa naszej podróży