Węgry 2012
Wakacje na Węgrzech w 2006 roku pozostawiły nas z mieszanymi uczuciami: ładnie, czysto, świetne jedzenie i wino, ale drogo i mówią raczej tylko po niemiecku. Jakiś czas temu jednak na naszym „turystycznym radarze” znalazł się Eger. Skusiły nas atrakcje miasta, ale także fakt, że znane jest z winnic, z których pochodzi m.in. wino Egri Bikaver, znane wszystkim Polakom, jako smaczny i niedrogi trunek imprezowy. Postanowiliśmy długi weekend spędzić więc tam, dzieląc czas pomiędzy zwiedzanie miasta, spacery w przyrodzie oraz baseny termalne – z których Węgry słyną. No i oczywiście odwiedzić Budapeszt, którym Kuba zawsze był oczarowany, ale którego nikt poza nimi nie widział.
Nasza droga wypadała przez Koszyce. Po raz kolejny z przyjemnością przeszliśmy się po ulicy Hlavnej, przypominającek trochę gdański Długi Targ, z dominującymi elementami architektonicznymi: katedrą św. Elżbiety (Dóm sv. Alžbety), teatr miejski (Štátne Divadlo Košice) oraz „grająca” fontanna. W tej ostatniej doskonale bawili się nie tylko Jaś i Milunia, ale także cygańska młodzież. Fantastyczna pogoda sprawiała, że spacer po mieście był naprawdę przyjemny, a dodatkowo nasze humory poprawił obiad w niedalekiej pizzerii.
Z Koszyc autostradą przecinającą pagórkowate pogranicze słowacko-węgierskie wjechaliśmy na Węgry, by piękną autostradą Miskolc-Budapeszt dojechać w zasadzie do samego Egeru.
Pensjonat państwa Lempergerów znajduje się w południowej części miasteczka, w dzielnicy willowej. Na dole mieszkają gospodarze, na górze są pokoje gościnne – nieduże i „drugiej młodości”, ale przytulne, czyste i wyposażone w balkony. Pensjonat miał dla nas trzy atuty: ogród, w którym Milunia mogła się bawić, posłki robione przez gospodynię oraz cenę – za tygodniowy pobyt ze śniadaniami w dwóch dwuoosobowych pokojach zapłaciliśmy 280 euro.
Miasto położone jest w dolinie, otoczone łagodnymi wzgórzami zagospodarowanymi pod winnice. Centralnym punktem Egeru jest plac Dobó. Kapitan István Dobó wsławił się obroną zamku w Egerze podczas tureckiego oblężenia, co utorowało mu drogę do włości i sławy, podsycanej dziewiętnastowieczną powieścią „Gwiazdy Egeru”. Dość powiedzieć, że sam Sulejman Wielki oblegał zamek i przez 39 dni tracił żołnierzy próbując go zdobyć. W końcu odstąpił, a dzielny kapitan dorobił się sławy, literackiego panegiryku oraz pomnika w samym centrum Egeru.
Otoczony (plac, nie kapitan) secesyjnymi kamienicami i kościołami (zwłaszcza dużym, wieczorem pięknie podświetlonym kościołem minorytów), stanowi główny punkt orientacyjny w wycieczkach po mieście. Ciekawym rozwiązaniem, którego nie widzieliśmy jeszcze nigdzie, była makieta placu przeznaczona dla niewidomych. Milunia najlepiej bawiła się pomiędzy współczesnym pomnikiem węgierskiej jazdy pokonującej Turka, a w kościele minorytów znaleźliśmy ciekawy dowód odwiecznej przyjaźni polsko-węgierskiej.
Egerski zamek (Egri vár) wznosi się na wzgórzu nad miastem. Mimo, że jest to w dużej mierze rekonstrukcja, prezentuje się znakomicie, zwłaszcza z armatami wycelowanymi na miasto. Panorama Egeru z zamku też jest niezapomniana; zwłaszcza, że pozwala spojrzeć na miasto od strony niezdewastowanej komunistycznymi blokowiskami. Zwiedzliśmy zarówno mury, jak i wykopaliska archeologiczne, nieco podobne do naszej Lednicy i mniej więcej z tego samego czasu. Fundatorem kapilicy w Egerze był zresztą sam Stefan I Święty.
Kolejną bardzo widoczną atrakcją Egeru jest minaret – jedyna zachowana pamiętka architektoniczna po panowaniu tureckim. Wznosi się samotnie nad miastem (meczet wyburzono po wygnaniu Turków), a jego bryła przypomina o kilkusetletniej, ottomańskiej „gościnie” w tej części Europy.
Obok znajduje się muzeum marcepanu. To placówka jedyna w swoim rodzaju, w którym główne wyposażenie stanowią marcepanowe torty w najprzeróżniejszych kształtach. Jest tutaj wszystko: jedno euro (wyrzeźbione z marcepanu z okazji wejścia dziesięciu krajów do Unii), poduszki, święconka z jajkami, reprodukcja Van Gogha, dziecięcy obraz z kredkami, ale największe wrażenie robi cała barokowa komnata z psem myśliwskim – wszystko z marcepanu! Dzieci były zachwycone, choć pewnie jeszcze bardziej zadowolone byłyby, gdyby dało się to zjeść.
Z atrakcji Egeru warto jeszcze wymienić „miasto pod miastem” (Város a Város Alatt), system piwnic wydrążonych w miękkim, wulkanicznym tufie (cały Eger na nim spoczywa i jest nim otoczony). Swego czasu biskup Egeru przechowywał tutaj zbieraną z okolicznych wsi dziesięcinę – a że miejscowi zajmowali się głównie uprawą winnej latorośli, to i dziesięcinę odbierał w winie. Dzisiaj po dawnej świetności pozostały nieliczne pamiątki, ale nietrudno wyobrazić sobie, jak wyglądały tysiące beczułek, gąsiorów i butelek egerskich win leżakujących w chłodnym, łagodnym klimacie piwnic.
Ale najprzyjemniej po Egerze po prostu pochodzić, wśród knajpek i cukierni, przysiąść na ławeczce. No albo pójśc do term – ale o tym niżej.
Chyba najbardziej znaną atrakcją Egeru jest Dolina Pięknej Pani (Szépasszony-völgy). Mieści się w zachodniej części miasta. Po obu jej stronach rozciągają się winniczki drążone w wulkanicznym tufie. Każda oferuje kilka gatunków wina, zarówno butelkowanego, jak i nalewanego do pojemników bezpośrednio z beczki.
Gwarno w Dolinie Pięknej Pani robi się wieczorem, z okolicznych restauracji dochodzą dźwięki cygańskich kapel i rozchodzą się zniewalające zapachy. Języki słychać wszystkie, ale głównie jednak węgierski i polski, nieliczny angielski, niemiecki i rosyjski. Nic dziwnego, że zagościliśmy w niej aż trzy razy, dwukrotnie jedząc kolację, a raz zaopatrujac się w wino.
Winnice w Szépasszony Völgy to osobny temat. Przed wejściem jest kilka stolików. Potem cała sala, często ozdobiona pamiątkami, dyplomami albo stylowym wystrojem. Katalog z winami obejmuje różne gatunki, ale największą atrakcją jest degustowanie. Gość dostaje kieliszek, a do niego – ładne 50 ml wina (należy poprosić o mniej, wtedy dłużej można degustować). Kiedy już wybierze, prosi o nalanie określonej ilości do baniaczka. Na przykład dwulitrowy baniak ma kształt piersiówki, trzylitrowy – beczułki. Można także dostać (droższe) szklane bańki. Do wyboru do koloru, także wina – półsłodki muskotály, łagodny czerwony kékfrankos albo prawie czarny pinot noir. Dlatego warto do Doliny Pięknej Pani pójść piechotą. Nasza gospodyni mówiła, że niejakim problemem może być dziwne zjawisko związane z odleglością – tam idzie się pół godziny, z powrotem – można i dwie. Po dwóch kolacjach w Szépasszony-völgy zrozumieliśmy dlaczego.
Odwiedziliśmy oczywiście węgierską stolicę. Aż trudno uwierzyć, że tak piękne miasto jest jedną z najmłodszych stolic Europy. Jako jeden organizm powstało dopiero w drugiej połowie XIX wieku, kiedy połączono Budę i Peszt. Dlatego na Węgrzech w miastach i miasteczkach próżno szukać ulicy Budapesztańskiej, tak jak na gdańskiej Morenie. Są za to ulice Budańskie oraz Pesztańskie, bo miasta kształtowały się wtedy, gdy jeszcze Budapesztu nie było.
I dziś widać tę różnicę. Wystartowaliśmy w Peszcie na Deák Ferenc tér, placu nazwanym imieniem Franciszka (Ferenca) Deaka, architekta ugody austro-węgierskiej kładącej podwaliny pod CK Monarchię. Reprezentacyjną ulicą poszliśmy w stronę naddunajskiej promenady, skąd rozciągają się już wspaniałe widoki na Wzgórze Gellerta oraz pałac królewski. Mostem łańcuchowym przeszliśmy na drugą stronę i obok kolejki (kolejka do kolejki była zbyt długa...) poszliśmy na górę, skąd rozciągają się wspaniałe widoki. Mieliśmy szczęście – na zamku w Budzie trwała właśnie zmiana warty i żołnierze wychodzili, by wokół pałacu widowiskowo zmieniać kolegów. Upał był niemożebny i aż słabo się robiło, kiedy widzieliśmy tych biedaków w butach z cholewami oraz mundurach galowych.
Spod pałacu przeszliśmy pod kościoł św. Macieja (Mátyás-templom), z Basztą Rybacką oraz pomnikiem Stefana I Świętego, założyciela chrześcijańskich Węgier. W odróżnieniu od gwarnego Pesztu, Buda jest cicha i spokojna – przeszliśmy przez nią w kierunku Mostu Arpada, a po obejrzeniu wspaniałych widoków węgierskiego Parlamentu dotarliśmy na Wyspę Małgorzaty – gdzie na kilka godzin „zalegliśmy” wśród wielu innych osób, które w upalny dzień przyszły się poopalać, pograć, pojeździć na rowerze, coś zjeść i poplotkować, albo po prostu posiedzieć na trawie i pozbierać strokrotki.
20 km na północ od Egeru, w Górach Bukowych, w miejscowości Szilvásvárad, znajduje się dolina Szalajka. Wbrew nazwie, nie ma w niej nic szalonego, jest spokojnym i przytulnym miejscem przeznaczonym do spacerów i turystyki górskiej. Nasza wycieczka zaczęła się od przejazdu historyczną wąskotorówką. Potem poszliśmy z górnej stacji kolejki ku jeziorku i jaskini, aż wreszcie wyszliśmy na turystyczny szlak wiodący na jeden z wyższych okolicznych szczytów. Po całodniowym marszu zwiedziliśmy jeszcze niecodzienną wystawę starych maszyn i narzędzi leśniczych i tą samą kolejką zjechaliśmy na dół. W sam raz, aby tego dnia zaznać jeszcze przyjemnej kąpieli.
Oprócz wina, papryki i gulaszu, Węgry słyną jeszcze z ciepłych basenów. Odwiedziliśmy aż trzy.
W samym Egerze termy znajdują się nieomal w centrum miasta. Podobno jeszcze Turcy założyli w tym miejscu łaźnie – więc ich część termalna nazywa się łaźniami tureckimi (Török fürdő). Teraz jest to duży obszar, głównie basenów pod otwartym niebem. Jest ich chyba kilkanaście i mimo, iż nie wszystkie były czynne, i tak bawiliśmy się doskonale. Jedną z najbardziej oryginalnych chyba części jest zagłębienie w zoe,o, gdzie woda wylewa się w rur w kształcie dzbanów, co pozwala ustawić się pod spodem i pomasować ramiona i plecy.
Do niedalekiej miejscowości Mezőkövesd trafiliśmy po nieśmiałych protestach dzieci, które chciały mieć zjeżdżalnie. Zjeżdżalnie były, sztuk jeden, ale baseny termalne Zsóry Gyógy-és Strandfürdő to raczej miejsce kuracyjne niż rekreacyjne. Cały kompleks jest spory, zasilają go wody termalne (nad wieloma z nich unosi się wyraźny zapach siarkowodoru), zaś niecki pełne są starszych osób w zorganizowanych grupach. Między nimi przewijają sie pracownicy w białych kitlach, wyglądający jak pielęgniarze. Baseny rekreacyjne były niestety czynne tylko w połowie – mimo to, bawiliśmy się nieźle, choć pozostał nam pewien niedosyt.
Niedosyt ten byliśmy w stanie zaspokoić dopiero w kolejnym dniu, kiedy wybraliśmy się do budapesztańskiego Aquaworld. Wreszcie dzieci dostały czego chciały – przede wszystkim Jaś, bo Milunia niestety okazała się być zbyt „krótka” na większość zjeżdżalni. Mimo to doskonale bawiła się w nadmuchiwanej kuli, skacząc z wysokości trzech metrów oraz zjeżdżając na mniejszych zjeżdżalniach. W Aquaworld było pustawo, bo byliśmy w piątek około południa. Pozwoliło nam to skorzystać z wszystkich atrakcji – więc dzieci wyjechały zadowolone.
W żadnym z miejsc nie dane było nam poznać saun. Po pierwsze, nie zachęcała do tego pogoda – skłaniając raczej do wypoczynku na świeżym powietrzu. Po drugie – obyczaje saunowe na Węgrzech bardziej przypominają polskie niż niemieckie, co nas nie zachęca.
Węgry jako kierunek wiosennego wypadu sprawdziły się doskonale. Podobno mieliśmy sporo szczęścia z długim weekendem – nie musi być wcale tak ładnie, jak my mieliśmy. Jest też niedrogo – ceny są takie jak w Polsce, może ciut niższe. Jest czyściej niż w Polsce, drogi są lepsze, aczkolwiek odnieśliśmy wrażenie, że ludzie są trochę mniej uprzejmi i trochę mniej przedsiębiorczy – u nas na każdym kroku spotyka spotyka się jakiś biznes, na Węgrzech niekoniecznie. Jedyna egzotyka, na jaką można się natknąć na Węgrzech, to liczne trabanty, łady, wartburgi i maluchy, którym tutejszy łagodny klimat służy chyba lepiej niż polski i mimo podobnej zamożności społeczeństwa, częściej spotyka się je na drogach.
Węgrzy potrafią dobrze gotować i lubią dobrze zjeść. Na każdym kroku znajduje się restauracja (étterem) albo karczma (csarda) Nieomal codziennie jadaliśmy w innej knajpie i właściwie ani raz się nie zawiedliśmy. Dwa obiady w Dolinie Pięknej Pani pozwoliły nam poznać to, co najlepsze w węgierskiej kuchni: mięsa, bogracze, pikle. Mieliśmy także okazję zjeźć ucztę dla czworga – wniesiono wielki, drewniany talerz pełen smakołyków, którym – wspólnym wysiłkiem! – daliśmy radę. Ostatecznie jednak dwa razy byliśmy w naleśnikarni w Egerze, gdzie raczono nas naleśnikami na różną (raczej międzynarodową) modłę oraz francuską zupą. Mieliśmy także przyjemność zjeźść ucztę u naszej gospodyni – były to mięsno-ryżowe klopsiki w kapuście kiszonej, zakrapiane egerskim winem oraz palinką przygotowywaną osobiście przez naszego gospodarza, pana Janósa.
Reasmując, wyjazd trzeba uznać za bardzo udany.