Wietnam i Katar 2024
Na wyjazd do
Wietnamu namówiły nas dzieci, a konkretnie Jaś. „Macie przed sobą jeszcze
najwyżej 10 lat fizycznej sprawności, kiedy jeszcze będziecie mieli trzy tygodni
wolnego, nie zastanawiajcie się tylko jedźcie!” – tak to mniej więcej brzmiało.
Więc zamówiliśmy bilet i… prawie pojechaliśmy. „Prawie” – bo niestety okazało
się, że jest kwestia drugiego imienia na wizie. Wietnamska wiza musi
odzwierciedlać dokładnie dane z paszportu, a formularz, automatycznie
wypełniony ze skanu paszportu pomijał drugie imię. Pole nazywało się „First Name” – i na lotnisku okazało się, że choć paszporty mają
Anna Joanna Chabik oraz Jakub Jan Chabik, to wizy mają Anna Chabik i Jakub
Chabik – a to według Wietnamczyków nie są te same osoby. Ostatecznie udało się
przesunąć lot o trzy dni, wyrobić nową wizę – i zamiast w niedzielę
polecieliśmy we środę, z kilkugodzinnym postojem na ładnym lotnisku w Doha.
W Hanoi
wylądowaliśmy około południa i Wietnam zaatakował nas od razu pełną gamą
doznań. Przede wszystkim – ulice. Wypełnione samochodami, autobusami, rikszami,
rowerami i (przede wszystkim) skuterami, stanowią krwiobieg miasta. Choć
gdzieniegdzie są światła – przechodzenie przez wietnamską ulicę stanowi
umiejętność sama w sobie. Trzeba iść jednostajnie, pewnie – a rzeka motorowerów
omija cię i oblewa, nie robiąc krzywdy. Wymaga to żelaznych nerwów na początku
– a potem trochę przyzwyczajenia. Ale potem idzie jak z płatka, aż do momentu,
gdy człowiek pierwszy raz bierze skutek i zaczyna być po tej drugiej stronie.
Ale i to zaskoczenie mija – i po paru razach można się uznać prawie za
Wietnamczyka.
W Hanoi
odwiedziliśmy Świątynię Literatury. Pod to ostatnią nazwą skrywa się po prostu
najstarsza szkoła administracji w Wietnamie, która funkcjonowała już w XIII
wieku. Kształcono się w retoryce, prawie, moralności oraz kaligrafii; uczniów
karano chłostą za nieodrabianie zadań i nieobecność na zajęciach, a za złamanie
tabu (?) – nawet skracano o głowę. Wszystkiemu przyglądała się wielka, złota
figura Konfucjusza, nauczyciela wszystkich nauczycieli. Zahaczyliśmy o
mauzoleum Ho Chi Minha – ale tylko z daleka, zresztą
wujaszkowi Ho (bo tak jest tytułowany) nie podobała się krótka sukienka Ani i
musieliśmy kupić nową spódnicę. Stamtąd poszliśmy pod pagodę Tran Quoc – gdzie zaznajomiliśmy się z pedagogicznymi komiksami
na temat reinkarnacji oraz nagrody lub kary, która czeka w kolejnym życiu.
Kolejnym
miejscem było więzienie Hoa Lo.
Za czasów Francuzów więziono w nim komunistów, a potem Wietnamczycy przerobili
ja na miejsce odosobnienia amerykańskich pilotów, zestrzeliwanych nad Północnym
Wietnamem. Przypomina o tym wystawa, która przekonuje, że Amerykanie w zasadzie
wypoczywali – ubierali choinkę, uprawiali sporty i pisali listy do wujaszka Ho.
Tyle że oni sami jakoś inaczej to zapamiętali – o czym przypomina film Hanoi
Hilton oraz słynne zdjęcia, gdzie jeden z jeńców mówi „mamy tu wszystko,
jedzenie, leki, ubrania” – a mrugnięciami oczu, alfabetem Morse’a pokazuje
T-O-R-T-U-R-E.
Jednym z
ciekawszych miejsc jest ulica, przez którą jeździ pociąg. Kiedyś był to jeden
ze wstydliwych zakątków tego szybko modernizującego się, ale ciągle jednak
raczej biednego miasta. Pociąg przejeżdżający dosłownie dwa metry od domów
mieszkalnych był czymś raczej niebezpiecznym, świadczącym o nieumiejętnym
planowaniu przestrzennym. Ale Wietnamczycy zrobili z tego atrakcję turystyczną:
teraz w każdej wnęce znajduje się kafejka z jednym-dwoma
stolikami, wszędzie jest pełno świateł, ludzie kładą monety na szynach, a
kelnerzy zapraszają do środka. Dwa razy dziennie – o 15-tej i 19-tej – rozlega
się syrena, policjanci wrzeszczą, gwizdki gwiżdżą i kilkaset ton stali, tj.
pełnowymiarowy pociąg z kilkoma wagonami, przetacza się z normalną, przelotową
prędkością przez ten chaos. I choć wydaje się, że powinna mieć miejsce jakaś
straszliwa masakra, to jakoś wszyscy wychodzą z tego bez szwanku i impreza trwa
dalej. Sen wariata.
<<
Poprzednia 1 2 3 4 5 6 Następna >>