Wakacje nad Wigrami, 6-13 sierpnia 2004

 

Wakacje w sierpniu 2004 (w tym roku tylko tydzień) spędziliśmy w piątkę (tj. Ania, Kuba, Jaś, Emilka oraz nasz przyjaciel Artur) nad Wigrami, w leśniczówce Gawarzec. Jak zwykle, był to bardzo udany pobyt; dopisało wszystko – miejsce, pogoda, towarzystwo oraz wycieczki.

Leśniczówka Gawarzec

Jeżeli nie liczyć pogody, ponad połowa sukcesu naszego wyjazdu była pochodną miejsca, w którym się znaleźliśmy. Na stronach Wigierskiego Parku Narodowego niezawodna Ania znalazła leśniczówkę Gawarzec. Niby nie jest tak daleko od cywilizacji – znajduje się za miejscowością Gawrych Ruda, ok. 15 km od Suwałk – ale jednak jest na końcu świata. Aby do niej dojechać, trzeba skręcić w las, przejechać przez zakaz wjazdu samochodem, ok. 2 km przejechać przez las, potem wyjeżdża się na polanę, z której już widać leśniczówkę.

Miejsce było doprawdy bajkowe. Sama leśniczówka to spory, piętrowy dom, na parterze którego mieszka i pracuje leśniczy z rodziną, zaś na piętrze znajdują się 2 pokoje dla gości – jeden z dwoma łóżkami, drugi z trzema. Podzieliliśmy je na pokoje „chłopaków” i „dziewczyn”, tj. Ania i Emilka były w mniejszym, zaś Artur, Jaś i Kuba w drugim. Między nimi znajdował się obszerny hol z kącikiem kuchennym, stołem oraz ubikacją i łazienką z prysznicem. Większy pokój miał także werandę, z której rozciągał się widok na las i część gospodarstwa. Udało się nam poskładać komputerowo z paru zdjęć panoramę 180 stopni z werandy (uwaga: zdjęcie ma 0.5 MB)

Obejście składało się z dwóch wyraźnych części: gospodarczej i rekreacyjnej. W gospodarczej stała szopa i maszyny rolnicze; mieścił się tam także ogródek. W części rekreacyjnej była mała wiata, przy której jadaliśmy posiłki, krąg na ognisko, boisko do siatkówki, huśtawka, mała piaskownica oraz sauna. Wszędzie rosła regularnie koszona przez panią leśniczynę trawa. Warto powiedzieć o jeszcze jednej ważnej rzeczy: za domem można było zejść w las i po ok. 100 m dochodziło się do pomostu, który wchodził w jezioro Długie. Było to miejsce objęte całkowitą ochroną, więc pomost był do naszej wyłącznej dyspozycji. Spędzaliśmy tam czas często i z przyjemnością – z reguły szliśmy się wykąpać raz rano i raz wieczorem. Raz skorzystaliśmy też z sauny – bodaj pierwszy raz byliśmy w saunie opalanej drewnem! Był tam fachowy piec, woda, nie było światła (poza latarką pożyczoną przez pana leśniczego), a schładzaliśmy się oczywiście w jeziorze.

Zdecydowaliśmy się na dwa posiłki dziennie i była to dobra decyzja. Pani leśniczyna znakomicie gotowała i z czystym sumieniem możemy polecić jej kuchnię wszystkim. Nie szczędziła nam specjałów lokalnych (jak bliny), a większość potraw przyrządzała z rzeczy dostępnych w gospodarstwie lub w jego okolicach – jedliśmy na przykład zupę z kurek. Miejscowości Gawrych Ruda i Płociczno, spojone nieomal w jedną wieś, są mocno zagospodarowane pod względem turystycznym – jest tam sporo gospodarstw agroturystycznych i pensjonatów, sklepy, restauracje oraz wypożyczalnie sprzętu wodnego. Parę razy byliśmy tam by zjeść i popływać, ale generalnie woleliśmy naszą leśniczówkę.

Wycieczki

Niemal codziennie robiliśmy wycieczki. Suwalszczyzna to rejon bardzo malowniczy i pełen miejsc, w które można pojechać – tym bardziej, że do Wilna blisko.

Pierwszą wycieczkę zrobiliśmy do Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Weszliśmy na Cisową Górę, zwaną Suwalską Fudżijamą, gdzie pani – gdy zobaczyła Emilkę – powiedziała, że taki maluch to tu jeszcze nie był. Od razu oczywiście chciała maluchowi sprzedać „certyfikat zdobycia najwyższego szczytu Suwalszczyzny”. Emilka się nie wypowiedziała w kwestii certyfikatu, więc i my nie kupiliśmy. W tym dniu odwiedziliśmy także głazowisko Bachanowo, które z samochodu wygląda dość niesamowicie – mniejsze i większe kamienie (niektóre wielkości człowieka) porozrzucane na polach, ot tak, jakby ktoś je rozsypał. Za to miejsce, gdzie utworzono rezerwat, jest nieciekawe – nie polecamy.

W drugi dzień pojechaliśmy do klasztoru nad Wigrami – a w zasadzie nie do klasztoru, a „zespołu poklasztornego”. Braciszkowie już tam nie mieszkają, eremy są udostępnione jako pokoje hotelowe, a miejsce jest doprawdy urocze – w szczególności w słoneczny dzień. Klasztor wygląda jak z obrazka, najlepiej chyba z wieży na końcu dziedzińca. Ponieważ Arturowi nie udało się pożyczyć kajaka, popłynął z nami stateczkiem „Tryton” na rejs po Wigrach. To ten sam stateczek, którym w roku 1999 płynął papież, co udokumentowane jest okolicznościowym albumem oraz papieskimi kremówkami, które można kupić na pokładzie. Ceny (20 zł/osoba) są stosowne do sławy statku. Bardzo miła obsługa oraz piękne widoki wynagradzają jednak te wydatki – no i poza tym niektórzy są dopuszczani do koła sterowego. Nad bezpieczeństwem stateczku czuwa ochrona, na wypadek gdyby jakiś terrorysta chciał tak przesławną jednostkę wysadzić w powietrze. Tylko Emilka nie doceniała piękna Wigier... Tego samego dnia odwiedzieliśmy jeszcze ścieżkę edukacyjną niedaleko Wigier, dowiadując się tego i owego o bobrach, jeziorach, mchach, paprociach, itd. Największe wrażenia robiły prawdziwe bobrze żeremia (chyba opuszczone), które można było podziwiać na wyciągnięcie ręki.

Trzecia nasza wycieczka prowadziła do Stańczyków. Najwyższe w Polsce wiadukty imponują wysokością, ale nie stanem technicznym. Z drogi prezentują się ładnie, ale wyraźnie wymagają remontu i niespecjalnie pewnie człowiek się czuje na wysokości ponad 40 metrów nad ziemią wśród osypujących się tynków i powyrywanych barierek. W drodze powrotnej odwiedziliśmy najsłynniejszy punkt widokowy Suwalszczyzny, który rzeczywiście robi duże wrażenie.

Podczas czwartej naszej wycieczki, najdalszej, odwiedziliśmy Wilno i zamek Troki. Jechaliśmy drogą z Suwałk, przez Budzisko, Marjampol i Troki. Pogodę mieliśmy bardzo ładną i z okien samochodu podziwialiśmy litewskie krajobrazy – pagórki leśne, łąki zielone, szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnione. Droga wiedzie – z niewielkimi wyjątkami – z dla od miast, wsi i przysiółków, więc sporą w gruncie rzeczy odległość (prawie 200 km od granicy) przejeżdża się względnie szybko – mimo raczej marnego stanu drogi. Dopiero pod samym Wilnem robi się lepiej. Miasto położone jest bardzo ciekawie, wśród zalesionych wzgórz, na obu brzegach Wilii. Oprowadzał nas po nim sam Tomas Venclova, a dokładniej mówiąc przewodnik jego autorstwa. Miało to tę zaletę, że oglądaliśmy Wilno oczyma Litwina, nie Polaka, dowiadując się tego i owego na temat np. polskiej „okupacji” tego miasta w okresie międzywojennym.

Starówka jest naprawdę śliczna. Przeszliśmy od archikatedry, opłotkami Uniwersytetu (dawniej im. Stefana Batorego), aż do Ostrej Bramy. Panna Święta, co jasnej broni Częstochowy i w Ostrej świeci Bramie, jest doskonale widoczna z ulicy. Nie ma natomiast za bardzo sensu wchodzić na galerię, bo pełno tam spoconych pielgrzymów z Polski, a miejsce jest ciasne i źle wietrzone. Stamtąd przeszliśmy ulicą Zamkową, głównym deptakiem miasta, obok licznych kościołów, cerkwi i ambasad (w tym także polskiej) w okolice góry, na której znajduje się zamek Giedymina. Weszliśmy na niego, a Jaś słuchał historii o dwóch braciach – Kiejstucie i Olgierdzie, którzy zgodnie panowali na Litwie, a potem o ich synach – Jagielle i Witoldzie, którzy najpierw z sobą walczyli, potem jeden z nich znalazł sobie kobitę aż w Krakowie, potem razem pogonili Krzyżaków, co zaowocowało złotym wiekiem tej części Europy.

Po krótkiej wizycie na górze, z której roztacza się wspaniały widok na stare Wilno, zjechaliśmy czymś, co jest pół-windą, pół-kolejką na dół i wyjechaliśmy z Wilna. W planach mieliśmy jeszcze Troki. Zamek Mendoga położony jest na wyspie na jeziorze i dochodzi się do niego przez dwa drewniane mostki. Jest ładny – zarówno z zewnątrz jak i w środku, ale Artur uświadomił nam, że został zrekonstruowany za Sowietów. A z Troków pojechaliśmy już do naszej leśniczówki.

Generalnie, Wilno zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie – jest ładne, czyste, zadbane, a panorama z góry robi naprawdę duże wrażenie. Ta część Litwy, którą widzieliśmy z samochodu, wyglądała jednak nieszczególnie – domy niezbyt zadbane, obejścia zapuszczone, drogi podłe i słabo oznakowane. No i Litwini, jak na naród postkomunistyczny przystało, rzadko się uśmiechają. To niestety problem także w Polsce... Ceny mniej więcej takie same jak u nas – tylko benzyna tańsza.

Ostatnią z naszych wycieczek odbyliśmy już bez Artura. Przejechaliśmy się kolejką wąskotorową z Płociczna do Kruszynian i z powrotem. Kolejka jest odkryta, trasa wiedzie przede wszystkim przez las. Zatrzymuje się w kilku ładnych miejscach. A w Kruszynianach dołączył do nas najbardziej niesamowity pojazd, jaki widzieliśmy – drezyna zrobiona z motoru WSK. Ten wyjazd zakończyliśmy w restauracji przy kolejce, której jednak nie polecamy – obsługa najwyraźniej nie radzi sobie z liczbą klientów, myli się w zamówieniach i godzinami trzeba czekać aż zostanie się obsłużonym.

Za wycieczki można uznać także odwiedzone przez nas Gierłoż oraz Świętą Lipkę. Oba miejsca pełne niemieckich emerytów. Święta Lipka, odnowiona w ostatnich latach, robi na odwiedzających naprawdę spore wrażenie. W każdym miejscu są oznaczenia, że nie wolno robić zdjęć z fleszem w środku, ale Niemiec najwyraźniej jest karny jedynie we własnym kraju, bo prawie wszyscy robią zdjęcia z lampami błyskowymi. Aż chce się z tym towarzystwem zrobić jakiś ordnung.

Wrażenia ogólne

Przede wszystkim dopisała nam pogoda. Bez niej byłoby marnie. Na siedem dni naszego pobytu dosłownie jedno przedpołudnie było nieszczególne – wszystkie pozostałe dni były śliczne. Ani raz nie jedliśmy w leśniczówce – zawsze na dworze. Ponadto, dopisała nam Emilka – można powiedzieć, że była bardzo grzeczna. A zabieraliśmy ją wszędzie – z wyjątkiem Wilna. Wszędzie wywoływała zdumienie: ojej, cztery miesiące i tak zwiedza! Dopisał Jaś, który – choć chory i nie mógł się kąpać – bardzo miło spędzał z nami czas. Jest autorem przynajmniej dwóch uroczych powiedzeń: jedno to „zawodnik ogólny” (to jest taki, jak tłumaczył, co nie gra w lidze), drugie zaś – odżywka (pomyliło mu się z rozgrzewką). Pewnie długo jeszcze będziemy na Emilkę mówić „zawodnik ogólny”, a zamiast rozgrzewka – odżywka. Zrobiliśmy sobie też ognisko – upiekliśmy kiełbaski oraz ziemniaki, które jeszcze następnego dnia były znakomite i Jaś pałaszował je aż mu się uszy trzęsły.

Nie mieliśmy przygód samochodowych, choć powrót w deszczu drogą „siódemką” był koszmarem. Wszystkim Warszawiakom należałoby odebrać prawa jazdy, skierować na trzymiesięczny kurs, urządzić pranie mózgu co drastyczniejszymi filmami nakręconymi w wypadkach i przed przyznaniem nowego prawa jazdy zamontować tachografy oraz kamery w ich samochodach. Może to pomogłoby na chamstwo, wręcz bandytyzm (cisną się na usta jeszcze mocniejsze słowa), jaki uprawiają kierowcy samochodów z rejestracjami na literę „W” na drogach.

Suwalszczyzna to bardzo przyjemne miejsce do spędzenia czasu, choć atrakcji wystarcza jedynie na tydzień. Gdyby chcieć tam spędzić więcej czasu, należałoby jednak albo więcej plażować, albo robić dalsze wycieczki.

Pierwszy raz od wielu lat spędzaliśmy wakacje w Polsce. Po raz kolejny przekonujemy się, że nie ma na świecie piękniejszego kraju niż Polska. Jeżeli tylko świeci słońce, polskie lasy, jeziora, wzgórza, wioski z szachownicą pól nie mają sobie równych. Suwalszczyzna zresztą pełna jest Niemców, Francuzów, Włochów i Holendrów. Standard usług turystycznych bardzo się podniósł – poza nielicznymi wyjątkami w miejscach, które odwiedziliśmy, było czysto, schludnie, niedrogo, a obsługa była uprzejma i uczynna. Miejsca atrakcyjne turystycznie były dobrze oznaczone i opisane w przewodnikach. Zobaczymy – być może następne wakacje znowu spędzimy w Polsce... :)