Najładniejszą, a może nawet jedyną atrakcyjną, miejscowością na wyspie Krk jest Krk. Warowne miasteczko, przeżywające rozkwit za czasów Frankopana, cieszy oko starą warownią, świątynią Wenery, nadmorskim deptakiem oraz ciasnymi, nastrojowymi uliczkami. Krk odwiedziliśmy aż trzykrotnie – i za każdym razem bardzo nam się podobał.
Drugą wycieczką była Rijeka i okolice. Tę niestety można uznać tylko za częściowo udaną – w Rijece dopadł nas deszcz, więc skończyło się na zwiedzaniu (interesującego skądinąd) lokalnego muzeum. Część ekspozycji ma kontekst marynistyczny (jest tam m.in. kamizelka z Titanica), część zaś opowiada historię tzw. Regencji Carnaro – operetkowej „republiki” dadaistów, której dyktatorem był poeta Gabriele d’Annunzio, a która skończyła się włoską interwencją wojskową. Podobał nam się natomiast wąwóz niedaleko góry Učka na wschodnim wybrzeżu Istrii.
Odwiedziliśmy także Opatiję – elegancki kurort z czasów austro-węgierskich, nadal imponujący szykiem i stylem, choć w tym sezonie ewidentnie pustawy. Kubę rozczarował fakt, że galeria postaci związanych z miasteczkiem nie obejmuje Johna von Neumanna – jednego z ojców-założycieli informatyki. Trzecia, najciekawsza wycieczka powiodła nas do środkowej Istrii. Najpierw odwiedziliśmy Hum – ponoć najmniejsze miasto na świecie. Położone na szczycie wzgórza, pełne kotów, bardzo klimatyczne w architekturze, z malowniczymi drzwiami prowadzącymi do wnętrza mini-fortecy – urzekło nas swoim klimatem. Jeśli z czymś się kojarzy, to z rumuńskim Viscri – i podobnie jak Viscri, pewnie wkrótce stanie się obiektem masowej turystyki. W jego zakamarkach możma było się także zgubić, czując klimat górsko-śródziemnomorski i nasłuchując odgłosów codziennej krzątaniny Chorwatów w Istrii. Był to ponoć ważny ośrodek piśmiennictwa głagolicy – pierwotnego alfabetu Słowian, dostosowanego alfabetu greckiego, pierwowzoru późniejszej cyrylicy.
Później droga powiodła nas do Buzetu – kolejnego warownego miasta na szczycie wzgórza, choć znacznie większego niż Hum. Potem zajechaliśmy do winiarni Visintin, gdzie zaopatrzyliśmy się w winno-oliwne zapasy na długie, zimowe wieczory. Na koniec wylądowaliśmy w Motovunie – który nie zrobił na nas już tak korzystnego wrażenia. Mimo, że nadal urokliwy i pełen kotów (grzecznie stojących w kolejce po loda w cukierni), to miał bardziej turystyczny klimat i nie oferował tego łagodnego spokoju, jaki emanował z Humu czy Buzetu. Ten wieczór zakończyliśmy w konobie „Batelan”, która z nawiązką spełniła nasze oczekiwania – Tomek dostal pljeskavicę, Kuba wybór mięs z grilla (w tym ćevapčići, bałkańskie kiełbaski z mielonego mięsa), zaś wszyscy chętni owoce morza. Ten wyjazd był chyba najbardziej udany.
<<
Poprzednia 1 2 3 4 5 Następna >>